piątek, 2 listopada 2018

Szczęśliwy od zaraz

"Życie wieczne, szczęście wieczne" - mówimy, ale jakoś nikt się do niego nie kwapi. Wierzymy, że kiedyś tam, w niebie będzie świetnie, ale myślimy również, że rzecz jest niepewna (czy aby na pewno się dostanę do nieba?!), a brama do szczęścia odstraszająca (nawet, jeśli nie boimy się samej śmierci, to umierania na pewno). Więc nie pędzimy ku temu szczęściu, raczej zwalniamy kroku, jeśli to możliwe.
Ale życie wieczne nie zaczyna się po śmierci. On już się zaczęło. W tym znaczeniu, o wiele bardziej znaczącą granicą w twoim życiu był moment Chrztu św. To wtedy przeszedłeś ze śmierci do życia. Zacząłeś swojej wieczne szczęście.
No, ale zaraz, zaraz. Czyż nie jesteśmy na "łez padole"? Gdzie jest to szczęście? Bo jeśli nawet uznać, że jest życie i ono się nie skończy, to żyć bez końca i bez szczęścia, to marna perspektywa....
Gdzie jest nasze szczęście?
Ktoś nawet mi takie pytanie postawił akurat w tych dniach: 
"Jak mam skutecznie przyjąć tożsamość dziecka Bożego, jeśli pochodzę z rodziny silnie patologicznej? Nawróciłam się wiele lat temu i usilnie pracuje nad sobą ale nadal mam b. silne deficyty emocjonalne".
To pytanie pojawiło się akurat w czasie, gdy po mojej głowie krążył, nie do końca dla mnie zrozumiały obraz... figi.
Gdy król Ezechiasz się rozchorował, prorok kazał mu pakować manatki, bo umrze. "To jest Słowo Boga" - powiedział. A Ezechiasz zaczął płakać i modlić się. Przecież się starał. Był wierny. I co?
Zanim prorok doszedł do wyjścia z pałacu, Bóg kazał mu się wrócić i powiedzieć: "Zmieniłem zdanie. Wyzdrowiejesz, tylko weźcie figi, rozetrzyjcie je i z takiego powidła zróbcie opatrunek na wrzód".
Powidła z fig... yummy! :-)  A jedliście kiedyś świeże figi?
Ten obraz nie chciał wyjść z mojej głowy, ale nie umiałam go sobie wytłumaczyć. Wiedziałam jedno: figi są słodkie.
Potem pojawiło się jeszcze jedno skojarzenie: to owoc Ziemi obiecanej!
Po latach spędzonych na pustyni Izraelici w końcu mogli jeść figi z własnych drzew. Ten obraz raz po raz powraca w Biblii.
Figi to smak bycia u celu, w domu, słodycz ziemi obiecanej.
Bingo!
Tak. Jest taki czas, gdy, chociaż zostaliśmy już uwolnieni z niewoli, to jednak idziemy przez pustynię i nie doświadczamy owoców tego uwolnienia. Jednak pustynia to nie jest miejsce docelowe! Nawet w perspektywie naszego ziemskiego życia!
Co prawda, św. Paweł mówi, że "jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z daleka od Pana" (2 Kor, 5,6), bo pełnia widzenia będzie dopiero po drugiej stronie życia, ale wyraźnie stwierdza też, że "nie jesteśmy już obcymi i przychodniami, ale jesteśmy współobywatelami świętych i domownikami Boga" (Ef 2, 19).
Domownikami! Zatem jesteś u celu. W domu.
Wolą Boga jest to, byśmy byli już teraz w domu. Byśmy mieszkali w ziemi opływającej w miód i mleko, pod własną winoroślą i figą.
Co zatem stoi na przeszkodzie, by być szczęśliwym od zaraz? Przecież zostaliśmy wyzwolenie z Egiptu, z domu niewoli...
Izraelici krążyli po pustyni wiele lat, chociaż droga z Egiptu od ziemi Obiecanej nie była długa. Raz prawie byli u wejścia, ale... wycofali się. Uznali, że to nie dla nich. Byli wolni, ale w sercu ciągle mieli mentalność niewolników. Tak trudno było im uwierzyć, że... mogą wszystko, bo są dziećmi Boga.
Tak samo jest z nami.
Na pustyni Bóg daje znaki swojej potęgi i miłości. Ale one nie dają sytości. Raczej mają jedynie zapalić nadzieję, wiarę i ... powoli zmieniać nasze samopoczucie. Kształtować naszą prawdziwą tożsamość, byśmy mogli z satysfakcją korzystać i cieszyć się obfitością domu.
Kiedy przychodzi moment, gdy jesteś gotowy zaryzykować w wierze, jak Jozue i Kaleb (jedyni, którzy nie umarli na pustyni z pokolenia, które doświadczyło niewoli), wyprostować się i, pomimo historii życia, zaufać, jesteś zwycięzcą. 
Od tej chwili zaczyna się ekspansja. A ty jesteś zdobywcą, a nie wystraszonym niewolnikiem, który żebrze o jałmużnę. 
Nie, to nie jest pycha. to jest spełnienie Bożego marzenia. Bo On chce mieć szczęśliwe dzieci, a nie niewolników.


"Świętym być, to znaczy być szczęśliwym i szczęście wokół siebie roztaczać"
M. Paula Tajber. 

piątek, 26 października 2018

Życie według Ducha

"Ci, którzy żyją według ciała, Bogu podobać się nie mogą" (Rz 8,8) - mówi św. Paweł.
To zdanie dawniej zawsze mnie wewnętrznie mroziło. Wiedziałam, że wiele moich postaw i czynów wypływa z egoizmu, czyli jest "życiem według ciała" i nie umiałam tego zmienić. Słyszałam to zdanie jako bezlitosne wymaganie: "Musisz się bardziej wysilić, bo jak nie, to Bóg nie będzie na ciebie patrzył życzliwie!" To bardzo frustrujące. I w żaden sposób, nie dodaje sił do przemiany życia. Wprost przeciwnie! Do tego, gdzieś w podświadomości, nosiłam błędne wyobrażenie, że te "uczynki według ciała" to są moje potrzeby, przyjemności i td, czyli wszystko, do czego w sposób naturalny ciążyłam, a "według ducha", no... to jest ten świat wartości, obowiązków, wzniosłych rzeczy, które oczywiście, mi się podobają, ale są poprzeczką, do której trzeba ciągle podskakiwać. Ale czy można ciągle podskakiwać, by czuć, że Bóg ma w tobie upodobanie?
Dzisiaj wiem, że to raczej moje pojmowanie tej nauki było "według ciała", bo przesłanie Pawła jest uwalniając i uzdrawiające, a nie dołujące! To jest Dobra Nowina!
Po pierwsze to, niby przyjemne życie "według ciała", wcale nie jest takie przyjemne. Paweł mówi: "Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci," Rz 8, 6. Jest ona przeciwna temu, co objawia nam Ducha. A co objawia Duch? To, że jesteśmy kochani przez Boga i otrzymaliśmy Boże synostwo. Jesteśmy kochani! Wszystkie skarby Boga, należą do nas! Życie w Duchu to życie według tej rzeczywistości. Natomiast ten, kto żyje według ciała, nie czuje się kochany i bogaty. Jest jak sierota, która musi walczyć o swoje bezpieczeństwo, pozycję i własność z całym światem. Życie według ciała to lęk, smutek i gniew, tłumiony namiastkami przyjemności. Zresztą św. Paweł w liście do Galatów wymienił owoce życia według Ducha. Są nimi: "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" Ga 5,22n). Radość i pokój! dobroć i łagodność, które zawsze rodzą się z wewnętrznego ukojenie i poczucia bezpieczeństwa. Wierność, cierpliwość i opanowanie! Tylko ten, kto czuje się kochany może panować nad sobą, bo nie cierpi z powodu niezaspokojonych głodów emocjonalnych, które wprowadzają nieustanny niepokój i frustrację. To jest życie według Ducha, które prowadzi do "życia i pokoju" (Rz 8, 6).
I druga kwestia. Przesłanie Pawła o napięciu między duchem a ciałem, ma sens tylko w kontekście głównego przesłania Listu do Rzymian. A jest nim usprawiedliwienie z łaski. 
Najpierw człowiek przyjmuje tę niepojętą łaskę Boga, który nie czekając na nasze nawrócenie, poprawę czy nawet prośbę, okazał "nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami." (Rz 5, 8). A dopiero potem podejmuje współpracę z łaską, by dostosować swoje życie do tego kim jest. Cały wysiłek, by żyć według ducha, a nie według ciała, jest dostosowywaniem się do swojej tożsamości, a nie staraniem się by stać się kimś innym. Jeśli jestem dzieckiem Boga, to.... nie muszę zachowywać się jak żebrak, nie muszę walczyć o uznanie, nie muszę się bać...
To zmienia jakoś życia.
I jest to proces, bo ten, kto całe życie czuł się nikim, potrzebuje czasu, by przyzwyczaić się, że może stawać jako równy wobec innych ludzi. Ten, kto chodził w łachmanach, potrzebuje czasu, by nauczyć się chodzić w królewskiej szacie. Ktoś, kto głodował, nie od razu uwierzy, że nie musi chować jedzenia na zapas.
Najpiękniejsze jest zatem przed nami :-)


poniedziałek, 15 października 2018

Tu jest coś więcej...

Śledziłam sobie w wolnych chwilach na FB to, co się działo na "Sercu Dawida". Nie ukrywam, że zdjęcia uśmiechniętych znajomych, opatrzone komentarzami: "Nie mogło nas tam nie być", sprawiały, że żmijka zazdrości w mojej, ciągle mało pobożnej, duszy podnosiła z sykiem łebek :-) Ach, oni tam, a ja tu w zwykłej codzienności. Bez mikrofonów i reflektorów. Bez relacji na żywo w mediach społecznościowych i bez selfików z gośćmi z górnej półki. :-O
Ok, troszkę sobie śmieszkuję, ale temat, który chcę poruszyć jest poważny.
Celowo zwróciłam uwagę na oprawę i medialny wymiar tego spotkania (to dotyczy także innych tego typu wydarzeń). Profesjonalnie, z rozmachem zrobione "Serca Dawida" cieszy. Jestem pełna uznania dla organizatorów (pozdrawiam serdecznie Maćka i Dorotkę Wolskich i wielu innych, którzy współtworzą to wydarzenie). Jeśli chcemy głosić Jezus współczesnemu człowiekowi trzeba to robić współczesnymi metodami, a nie przy pomocy przaśnych środków, które jedynie utwierdzają przekonania, że to, co pobożne jest nudne. W tej kwestii nie ma co dyskutować.
Jednak cel, który chcemy osiągnąć, to sprawić, by ludzie umieli widzieć obecność Jezusa ciągle. Nie tylko w czasie świetnie zaaranżowanych eventów.
Dlatego tak ważny jest ten moment, gdy gasną reflektory, a ludzie wracają do swoich domów i do codzienności.
Jezus jest zawsze TU, nigdy TAM.
Był w hali Expo dla tych, którzy tam się modlili i był w tym samym czasie w mojej zakonnej kaplicy. A nade wszystko jest obecny w nas, w naszych duszach, bo jesteśmy Jego Mistycznym Ciałem - Kościołem.
On jest. 
Niezależnie od okoliczności.
Jeśli robimy wielkie ewangelizacyjne czy uwielbieniowe spotkania, to tylko po to, by bardziej Go zauważyć. 

Kiedy gaśnie światło reflektorów, najważniejsze Światło płonie dalej jasnym blaskiem. Właśnie tu gdzie jesteś, jest coś więcej niż Jonasz, niż Salomon, niż Mojżesz, niż którykolwiek z dawnych lub współczesnych proroków.
On tu jest.

Jezus i Maria Magdalena Tycjan

piątek, 12 października 2018

All for the soul

Bardzo dawno nie było rekolekcji w Siedlcu. I w najbliższym czasie nie planujemy kolejnych. Może to trochę jesienne spowolnienie tempa, a może po prostu porwały nas inne wyzwania i zadania. Mniejsza o to.
Dla tych, jednak, którzy mieszkają w Krakowie lub okolicach mam zaproszenie:
18 października w naszej kaplicy w Krakowie przy ul. Matki Pauli Tajber 1 będę mieć konferencję p.t. "Gdy chcesz stać się lepszym człowiekiem i ci nie wychodzi..."
Jest to kolejne nauczanie z serii "All for the soul", które zapoczątkowaliśmy w Krakowie. W każdy III czwartek miesiąca zapraszamy na 19.30. Pół godziny wcześniej jest Adoracja Najśw. Sakramentu.
Aaa, jeśli chodzi o adorację. W każdy I czwartek miesiąca w naszej kaplicy przez cała dobę trwa adoracja. Można w ciągu dnia wpaść i pogadać z Panem Jezusem. Szczególnie zapraszam w czwartkowe wieczory. Od 19 godziny trwa wspólne uwielbienie...
Zapraszam


czwartek, 11 października 2018

owcowilki - ciąg dalszy

W komentarzu do ostatniego posta na stronie Gościa Niedzielnego skrytykowano mnie za moją miękką postawę wobec wilków, które według mnie z natury są owcami, tylko pokąsanymi.

"Wilkowi nie da się przywrócić pierwotnej łagodności, bo ta istniała tylko przed upadkiem pierwszych rodziców. Wilk zatem pozostanie wilkiem. Znacznie więcej realizmu od s. Bogny miał Benedykt XVI, który po swoim wyborze na następcę Piotra prosił: "Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami."

W sumie dobrze, bo lepiej podciągać się do poziomu papieża, niż być bardziej papieskim niż papież :-)

Ale poważnie, rozumiem dobrze intencje piszącego. Nie można być naiwnym i wpuszczać wilków do stada. Ta zasada jest słuszna.
Jednak sprawy się komplikują, gdy zadamy pytanie: "A kto ma być tym sędzią, który oddziela wilki od owiec?". Znam kilku samozwańczych i, powiem tak, wydaje mi się, że dużo zamieszania robią w owczarni. Nie wiedzę dobrych owoców. Serio. Mnie samej marzyłaby się taka klarowna sytuacja: kogo unikać, z kim trzymać. Tylko ja nie wiem who is who? I nie chodzi o to, że nie umiem oceniać czynów. To można i trzeba robić: "Według mnie ta i ta postawa czy ten czyn jest zły..." ale określić kogoś wilkiem, to powiedzieć; "Ty jesteś zły". A to daleko przekracza nasze kompetencje.

"Jeden jest Prawodawca i Sędzia, w którego mocy jest zbawić lub potępić. A ty kimże jesteś, byś sądził bliźniego? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika." Jk 4, 12.14

Tylko Jezus, gdy przyjdzie w chwale, oddzieli owce od kozłów/wilków. A teraz, popatrzcie co robi. Popatrzcie i pozwólcie, by Jego postawa, nawet, jeśli was bulwersuje, a może dzięki temu, pozwólcie, by ona was przemieniała:
On pozwala się ugryźć wilkom. Podchodzi do każdego człowieka - złego czy dobrego, bezbronny. I ugryziony, uzdrawia go mocą swojej Krwi.

To nie jest bajka. Popatrz na krzyż. Jezus jest pokrwawiony przez nas. Nie przez nich. I nie zasłonił się przed nami. Nie chronił się przed moim okrucieństwem, obojętnością, agresję, zawiścią. Nie odrzucił mnie jak wilka. Właśnie dlatego mogę stawać się owcą.

to ja z koleżankami :-)

poniedziałek, 8 października 2018

Jak owce między wilkami

W historiach o wilkołakach, czy w ich nowoczesnej inkarnacji - zombie, jest dużo prawdy. Nie w znaczeniu, żeby gdzieś się tam po nocy szwendały, ale w warstwie mądrościowej, którą zawierają wszystkie bajki.
Ukąszenie wilkołaka, czy też jego bardziej odrażającej wersji - zombie, sprawia, że ugryziony delikwent zamienia się w podobnego stwora. I tak rzeczywiście dzieje się w rzeczywistości. Kiedy zostajemy ukąszeni przez zło jakiegoś człowieka, który nas rani, robi krzywdę, poniża czy pozbawia czegoś, do naszego duchowego krwiobiegu zostaje wprowadzona trucizna, która ma moc upodobnić nas do krzywdziciela. W odruchu bólu chcemy odpowiedzieć pięknym za nadobne albo po prostu gorszymy się i przestajemy ufać ludziom, zamykając się w skorupce egoizmu. A tej skorupie stopniowo przepoczwarzamy się w całkiem podobnego zombiaka. Nie od dziś psychologia zna ten mechanizm: ofiara często przemienia się w kata.
Chociaż to nie temat tego posta, to warto w tym kontekście pomyśleć o wszystkich "katach", których spotkaliście. Tak. To są biedne ofiary ukąszenia złem. Kiedyś sami doświadczyli krzywdy i teraz zadają ją innym...
Co jednak robić, by uchronić się przed zakażeniem? Przecież niemożliwym jest ukryć się przed wszelkim złem i niesprawiedliwością.
Jezus posyła nas "jak owce między wilki" i podstawową naszą troską nie jest to, by nie dać się zjeść (o to troszczy się Pasterz! Wiecie jaki On jest. Sam da się zabić, ale nie ucieknie, będzie nas bronił do końca, do zwycięstwa!), ale to, by pozostać owcą i nie zmienić się w wilka.
Pozostać łagodnym, dobrym, zdolnym do czynienia dobra, pomimo doświadczanej niewdzięczności, obojętności, wrogości.
I to nie dlatego, że jesteśmy tacy wspaniali i sami z siebie to umiemy. Ale dzięki temu, że jesteśmy w ciągłej relacji z Pasterzem, który daje nam tak wiele miłości, troski, czułości i słodyczy, że starcza dla nas i jeszcze wylewa się na innych.
Dostęp do troski Pasterza ma jednak tylko owca. Wilk tak na zdrowy rozum, może się spodziewać od Pasterza tylko ciosu w zęby.
Ale ten dziwny Pasterz nawet w wilku umie rozpoznać swoją zzombiałą (co za wyraz :-))) owieczkę. I wiecie co wtedy robi? Pozwala się ugryźć temu wilkowi/chorej owcy. Jednak zamiast ulec zakażeniu złem, mocą swojej Krwi przemienia wilka w owcę, przywracając jej pierwotną łagodność. Ale to jest już opowieść z następnej bajki...



sobota, 6 października 2018

Oczy szeroko zamknięte

Osiem miesięcy temu nasz przyjaciel Darek po urazie głowy zapadł w śpiączkę. Pamiętam, że kiedy modliłam się za niego niedługo po tym wydarzeniu, otrzymałam takie słowo z Księgi Syracha: "Henoch podobał się Panu i został przeniesiony jako przykład nawrócenia dla pokoleń" Syr 44, 16.
Ten dziwny stan "przeniesienia", w którym Darek jak Henoch, nie ujrzał śmierci, a jednak został zabrany, trwa do dzisiaj. Gdy patrzę na codzienne życie Darka i jego żony Irenki, jest to niewątpliwie żywy przykład nawrócenia dla pokoleń. 
Myślicie, że to jest smutny tekst o chorobie? Mylicie się.
To tekst o życiu.
Nie wierzycie? Nie tak dawno Darek i Irenka byli razem w kinie. Tak. To nie żart. Dawniej lubili chodzić do kina, więc czemu teraz nie? Nie wiemy jaki jest stan świadomości Darka, ale wiemy na pewno, że każdy bodziec stymulujący jest dobrym krokiem w stronę wybudzenia.
Dzisiaj z Darkiem, Irenką i Mariolą byliśmy razem w Siedlcu w naszym domu rekolekcyjnym. Dawniej często przeżywaliśmy tam wspólnie rekolekcje. Pamiętam, jak Irenka i Mariola kilka lat temu modliły się razem w tym miejscu za Pawła. Po tej modlitwie i Sakramencie Namaszczenia Paweł został uzdrowiony z guza wątroby i HCV. Darek też tam wtedy był i modlił się wstawienniczo w innym zespole. Dzisiaj także prosiliśmy Jezusa w tej samej kaplicy, przed obrazem Jezusa Promieniującego, by jeśli Pan tego chce, kazał Darkowi powrócić do nas. 
Dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Wierzę w to głęboko, że może tego dokonać. I wierzę w to, że każdy dzień, gdy nasz Henoch leży pomiędzy życiem a śmiercią, ma swój sens - jako przykład nawrócenia dla pokoleń.

 
W kaplicy, gdzie znajduje się obraz Jezusa Promienującego, nawet zdjęcia wychodzą ze świetlistą poświatą :-)))))

czwartek, 4 października 2018

Synodalne słuchanie

No i zaczął się synod o i z młodzieżą w roli głównej. Jednak, chociaż się nim interesujemy,  dla wielu zwykłych katolików synody dzieją się gdzieś ponad ich głowami, w jakiejś przestrzeni odległej o zwykłego życia. Instrumentum laboris, dyskusje, dokument końcowy... trochę medialnego szumu wokoło. 
A jednak synod to nie tylko wydarzenie, ale styl życia Kościoła, który może i powinien przenikać do naszej codzienności.
Synodos to wspólne wędrowanie. Tak siebie pojmuje Kościół - lud Boży w drodze. Idziemy razem, zmierzając do celu. To bardzo ważne w rozumieniu własnej tożsamości. Nikt z nas nie może powiedzieć, że osiągnął wszystko. Nikt nie jest guru, bo jesteśmy braćmi w drodze. Nikt też nie może mieć pretensji do brata, że nie jest doskonały. To nie jest pretekst do usprawiedliwiania bylejakości i grzechu. Warunek jest jasny: musisz iść i to w dobrym kierunku!
Papież Franciszek na początek synodu wskazał na potrzebę słuchania. Och! Jak wiele jest spotkań, na których wszyscy mówią i nikt nie słucha. Pomysł, by po kilku wystąpieniach zachować przez chwilę ciszę, jest genialny w swojej oczywistości i prostocie! Tylko w tej ciszy Duch Boży może przetwarzać w nas tę "informacyjną sieczkę", która dociera do nas w ogromnej ilości (to są ważne dane, ale nie przetworzone, pozostawiają tylko chaos informacyjny) w objawienie.
Już na tym etapie możemy wiele skorzystać z rozpoczynającego synodu.
Dialog, słuchanie, wspólne wędrowanie. Styl życia chrześcijańskiego.

środa, 3 października 2018

Jak iskra po ściernisku...

Warszawa wkrótce będzie mocno tętnić Bożym życiem. Stadion Młodych, Serce Dawida. Tysiące bliskich mi w Chrystusie (a pewnie setki znanych mi osobiście :-)) ludzi ruszy do stolicy, by wielbić Boga i ogłaszać Jego Królestwo. 
A ja sobie tu w Krakówku będę w tym czasie. I żeby było śmieszniej, jak jakiś zapóźniony gość, dotrę do Warszawy akurat na koniec miesiąca już po wszystkim, kiedy będę prowadzić tam CDM.
I dla tych właśnie, którzy, z różnych powodów, nie mogą uczestniczyć w wielkich spotkaniach, jest ten tekst.
Hey, Bracia, żal Wam? 
Troszkę żal, nie?
Dobrze jest się ogrzać przy wielkim ogniu, oj, dobrze.
Ale przychodzi taki moment, że samemu trzeba płonąć tam, gdzie Pan nas postawił. I nie tylko płonąć, ale i rozpalić innych.
Właśnie te miejsca, które wydają się tchnąć chłodem, domagają się naszej obecności.
Wchodzisz do autobusu, do biura, idziesz ulicą. Nikt nie uwielbia Pana, nikt rąk nie podnosi. Nie słychać "alleluja!". Zamiast uciekać w bezpieczną przestrzeń, zostań i chociaż ty oddaj chwałę Bogu na tym skrawku ziemi, który przecież też należy do Niego! Może będziesz jedyny w tym miejscu, który pomyśli o Jezusie, może tylko ty zwrócisz się do Niego i wniesiesz błogosławieństwo w jałową przestrzeń.
I to wystarczy. 
Światło w ciemnościach świeci i ciemność jej nie ogarnie! Nawet, jeśli twoje światło wydaje ci się tak małe jak płomyk zapalonej zapałki, to i tak ciemność ustępuje. Jesteś zwycięzcą.


Uczniowie Jezusa rozbiegną się jak iskry po ściernisku.
Amen.


poniedziałek, 1 października 2018

Prawda - dom na skale

Obiecałam tekst o drodze do wolności od opinii ludzkiej i akurat w tych dniach znalazłam się w miejscu, które można nazwać wyjątkowym laboratorium wolności. Spędziłam, bowiem, ten weekend w ośrodku Monaru.
Byłam tam drugi raz i, zaprawdę, był to czas błogosławiony.
Pośród wielu, wielu wrażeń, to jedno powraca do mnie nieustannie, wybijając się na pierwszy plan: atmosfera życia w prawdzie!
Ludzie, którzy podejmują leczenie, kończą z zaprzeczaniem faktom. Przestają uciekać przed prawdą o swoim zniewoleniu. Ściągają maski i porzucają pozory, ale odzyskują autentyczne twarze.
To tworzy niepowtarzalny klimat. Jakbyś po dniach spędzonych w zasnutym smogiem mieście, wyjechał w góry.
Pojawia się tlen  - prawda.
(Nawiasem mówiąc, to jest świetna, żyzna gleba pod zasiew ziarna Ewangelii. Właściwie głoszący nie musi się zbyt wiele wysilać. Łaska rozlewa się sama!)
Mimo tego, że atmosfera prawdy jest błogosławioną przestrzenią, w której rodzi się wolność, nowe życie i autentyczna siła. A przede wszystkim, gdzie może działać Bóg, niechętnie rozstajemy się z zatrutym klimatem pozorów.
Kochamy maski, grę pozorów i zajmowanie się rzeczami nieważnymi. Dopiero, gdy dom zbudowany na piasku rozlatuje się w drobny pył, zaczynamy wołać do Pana.
A i wtedy, często, zamiast wywalić gruzy, pieczołowicie zbieramy szczątki kolorowej fasady i kleimy znowu i znowu, chociaż czujemy, że to tylko kamyki, nie prawdziwe życie.
Dlatego, te chwile, gdy świat pozorów rozlatuje się nieodwracalnie, są tak błogosławione, chociaż bardzo bolesne.
Wolność zaczyna się od uznania prawdy. Od zobaczenia nagiej skały prawdy bez nadbudowy fasady i ozdóbek.
Może ta skała nie wygląda tak kolorowo i efektownie, ale jest autentyczna i trwała. Bóg kocha to miejsce i  zaczyna na nim budować dla ciebie dom niezniszczalny.


"Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" J 8, 32



czwartek, 27 września 2018

W oczekiwaniu na wyrok

Dla skazańca dodatkową karą jest oczekiwanie. Siedzi i czeka aż się otworzą drzwi...
Wbrew pozorom, to doświadczenie nie jest obce tysiącom ludzi na świecie. 

Nie, to nie jest tekst o karze śmierci.
To tekst o... zależności od ludzkiej opinii.

Zrobiłeś coś, powiedziałeś, zachowałeś się.
I teraz siedzisz i czekasz aż się otworzą drzwi... I ktoś wejdzie, powie, popatrzy, skrzywi się, albo, to najgorsze, nie wejdzie - zlekceważy.
W oczekiwaniu, oddech jest krótszy, zdolność skoncentrowania się na czymś innym znikoma, energia życiowa ograniczona tylko do jednego - do oczekiwania.
A tu trzeba jakoś funkcjonować, podejmować nastepne działania. A każde kolejne, skutkuje nowym oczekiwaniem na reakcję otoczenia.
Koszmar skazańca razy dziesięć.

Może pomyślisz, że to dotyczy nadwrażliwców. Być może. Jednak jestem pewna, że mnóstwo ludzi, nawet, jeśli sobie tego nie uświadamia, doświadcza tego skróconego oddechu i niezdolności do aktywności, z powodu ciągłego oczekiwania na cios - wyrok - opinię - reakcję.

Nie zawsze jest to bierne oczekiwanie. Czasem owocuje ono permanentną agresją wobec otoczenia. Po co czekać na wyrok, skoro można pierwszemu zadać cios.
Czasem, gdy oczekiwanie staje się nieznośne, przeradza się ono w żebranie o wyrok. Jakikolwiek: uniewinniający - gdy ktoś pochwali, dowartościuje, lub skazujący. Łatwiej jest znieść cios niż na niego czekać. Nieraz, chociaż jest to forma perwersji, skazaniec, prowokuje otoczenie do wydania wyroku skazującego, zniechęca do siebie, drażni. Jednym słowem, robi wszystko, by dostać feedback: "Jesteś zły, nie taki, niegodny, nie warty...". Takie zachowanie wydaje się samobójczym, a jednak ma swoją logikę.
Pochwała, uznanie, miłość, akceptacja jest tym czego pragnie skazaniec w sądzie ludzkich opinii. Pragnie tego, bo mu tego straaaaaaasznie brakuje. Bo nie myśli o sobie jako o kimś godnym, dobrym, wartościowym. I właśnie dlatego tak rozpaczliwie czeka na opinie innych. Ale opinia pozytywna, chociaż na chwilę koi bolesne pragnienie, nie zgadza się z tym przekonaniem, jakie on sam nosi o sobie. "Jak to dobry, kochany, mądry?! Ejże, chyba się ten ktoś pomylił! To nie może być prawda". I nieświadomie zaczyna prowokować tego, kto okazał mu uznanie do zmiany zdania.

To co? Jest to jedynie historia dla nadwrażliwców? A może każdy z nas może się w tym lustrze nieco przejrzeć?

Spróbujmy popatrzeć na życie modlitwy skazańca. W grupie, to wszystko jakoś jeszcze idzie. Ale kiedy skazaniec staje do modlitwy osobistej, sprawy się bardzo komplikują. Bóg często każe czekać na odpowiedź. Te chwile ciszy, są dla skazańca męką. To nie jest błogie trwanie w Bożej miłości! To trauma oczekiwania na cios! Równie trudne są chwile, kiedy Bóg intensywnie okazuje swoją miłość i bliskość. Nawet, jeśli na chwilę, skazaniec pozwoli się obłaskawić i zacznie czerpać radość z doświadczenia Bożej bliskości i życzliwości, czerwone światełko w jego głowie zapali się bardzo szybko: "To zbyt piękne, by było prawdziwe!". I po zabawie.

No i? Jest to li tylko historia dla nielicznych?

Jeśli jest ona tylko dla nielicznych osób, to zapewne zainteresowanie następnym tekstem, o tym, jak wyjść z tego pokoju skazańców, będzie mizerne... Może w ogóle nie warto pisać...? 
Ok, trochę drażnię się z Wami. Dawno nic nie publikowałam, więc próbuję obudzić Was, Drodzy Czytelnicy, z letargu :-))))).
Tekst, oczywiście, napiszę. nie będę się mądrzyć psychologicznie, ale oprę się o własne doświadczenie drogi ku wolności. Bo my wszyscy jesteśmy na drodze od bycia niewolnikami-skazańcami do bycia wolnymi synami i córkami Boga.
Dzisiaj zostańmy na etapie uświadamiania sobie jak mocno jeszcze rządzi nami strach przed opinią i bolesne znamię już wytatuowanych na nas krzywdzących opinii. 
Jeśli uważasz, że ten tekst może komuś posłużyć na drodze uwolnienia, prześlij dalej, polub, upublicznij... Niech służy.

sobota, 30 czerwca 2018

Czułość jest w cenie

Ciągle wraca do mnie temat "serca z ciała" i "serca kamiennego". To ważny temat. Właściwie decydujący o jakości życia. Albo raczej, decydujący o tym, czy żyjesz naprawdę. Z kamiennym sercem bowiem można jedynie imitować życie.
Jednak nad sercem nie mamy pełnej władzy. Jego "zatwardziałość" jest skutkiem wielu czynników niezależnych od nas: trudne doświadczenia, zdrady, zawiedzione nadzieje.... Któż z nas tego nie zna? Ileż razy można startować z nową otwartością w świecie, który na różne sposoby próbuje nas wyrolować? Nasze serca się starzeją, tracąc ten niepowtarzalny walor delikatności i czułości. A szkoda, bo właśnie tego światu dzisiaj najbardziej potrzeba. Tak, bardziej dzisiaj potrzeba delikatnej, czułej obecności niż wzrostu gospodarczego i wielkich dzieł (także w dziedzinie kościelnej).
Co zatem możemy zrobić, żeby nie poddawać się duchowej kardiosklerozie? Oczywiście, to Duch Boży, przemienia nasze serca i zawsze i wszędzie musimy Go prosić, by rozpuszczał w nas skrzepy nieprzebaczenia, urazy, krzywdy i samousprawiedliwień. Pamiętacie te słowa: 
"Posyła słowo i lód topnieje
Powieje wiatrem i wody płyną". 
Właśnie tak działa Bóg - topi twardość naszych serc przez Słowo i Wiatr. Przez miłość.
Jednak my sami także musi dbać o nasze serca, by każdego dnia zachowywać je zdolnymi do czułości i delikatności. 
W dzisiejszym czytaniu znajdujemy jedną z rad, w jaki sposób to czynić, szczególnie w chwilach cierpienia i bolesnych doświadczeń:
"Wylej swoje serce jak wodę w obecności Pana"
Zanim ból stężeje w tobie jak lód. zanim "weźmiesz się w garść", z postanowieniem, że sam musisz sobie dać radę, zanim pomyślisz, że jesteś zdany tylko na siebie,
przyjdź do Pana i wylej przed nim wszystko, co masz w sercu. Wszystko. Bez wahania i obaw, że nie będziesz dobrze zrozumiany. Nawet, jeśli masz pretensje do Boga. Wylej to.
Zobaczysz, że cierpienie straci moc "mrożenia" twojego serca. Tak. bo najgorsze, co może nas spotkać, to nie cierpienie, ale sytuacja, gdy w cierpieniu tężejemy w zimny głaz. 
Niech Bóg nas przed tym chroni.