piątek, 22 września 2017

Wyznania zakonnicy

Raz po raz w necie pojawiają się wyznania ex-zakonnic, więc i ja postanowiłam zrobić coming out (to jedno z tych pojęć, które, nie wiedzieć czemu, zostało zawężone jedynie do środowisk gejowskich... Proszę je oddać wraz z tęczą!)
Zatem chciałam wyjść z szafy i opowiedzieć coś osobistego.
W mojej wspólnocie zakonnej mamy takie pozdrowienie (coś w stylu jak "Oi!" u skinów :-)) Brzmi ono: "Niech żyje Jezus w duszach naszych!". Odpowiedź: "Teraz i wieczności!"
Rzecz wydaje się prosta: Jezus mieszka w duszy człowieka, który jest świątynią Boga. Jeśli jesteśmy w stanie łaski uświęcającej i, w dodatku, przyjęliśmy Chleb Eucharystyczny, w którym, jak wierzymy, jest obecny nasz Pan, to obecność Jezusa w naszych duszach jest faktem.
Ale to pozdrowienie nie jest w trybie oznajmującym. Ono jest życzeniem, rozkazem, zachętą: "Niech żyje!".
Sami przyznacie, że to nawet brzmi trochę jak na jakimś wiecu: "Pierwszy sekretarz partii, nich żyje!" :-)))))
Słyszę to pozdrowienie każdego dnia. Sama je wypowiadam, gdy spotykam, którąś z moich sióstr. I co?
Przez długi czas było ono dla mnie jak "cześć", "dzień dobry", "się masz". Aż wreszcie (dlaczego dopiero teraz) zabrzmiało ono w moich uszach jak trąbka wzywająca do ataku. 
Co rano, ktoś podchodzi do mnie i mówi: "Bogna, otrząśnij się. Niech Jezus wreszcie zacznie w tobie żyć naprawdę!". Niech żyje, nie tylko "będzie obecny", bo można być obecnym i nic z tego nie wynika, a życie to ruch, twórczość, działalność. Jezus jest obecny we mnie, ale czy On może naprawdę swobodnie żyć? Zrodziło się we mnie pragnienie, żeby Jezus mógł swobodnie żyć w moim rozumie, czyli żeby w mojej głowie były Jego myśli, Jego pomysły, Jego prawda, Jego Słowo. Żeby żył w mojej woli. Niech Jego pragnienia, chęci, pomysły pobudzają mnie do działania. Chcę także, żeby Jego uczucia poruszały mnie. By przejawiały się w moich odruchach, postawach, reakcjach. Strasznie tego chcę. 
Właściwie, jeśli chodzi o moje ambicje, to jest to wszystko, czego pragnę.
Jestem świadoma swojej ułomności i niepodobności do Jezusa, ale ostatecznie to On sam tego dokona. Do mnie należy chcieć.
Więc niech to zrobi. A to mi wystarczy.
Niech, więc Jezus żyje w duszach naszych!
Jeśli pociąga Was taka relacja z Jezusem, to odpowiedzcie: "Teraz i w wieczności". Zresztą to hasło nie jest opatentowane, możne je używać do woli.
A gdybyś tak jutro przywitał sąsiada słowami: "Niech żyje Jezus w duszach naszych!", to, co by było? J

środa, 20 września 2017

Staję po stronie Jezusa - przebaczam

Taki komentarz, dzięki Bogu, pojawił się. Jego treść, pomiędzy świstającymi jak kamienie słowami innych komentarzy, kieruje nasz wzrok ku jedynemu, dobremu rozwiązaniu - ku przebaczeniu.
"Kochane Siostry, Kochani Bracia. Tytułuję tak po raz pierwszy. Patrząc na komentarze, a przede wszystkim treści jakie są tu na blogu śmiem twierdzić, że takie tytułowanie jest jak najbardziej na miejscu. Zatem ponownie Kochane Siostry, Kochani Bracia. Zwracam się do Was z takim pytaniem, które mocno nurtuje mą duszę, przygnębia moje serce. Proszę odpowiedzcie mi w jaki sposób człowiek powinien przebaczać. W jaki sposób powinien wybaczyć by zapanował pokój w jego sercu? W jaki sposób powinien wybaczyć tym wszystkim, którzy skrzywdzili, zranili, opluwali, szydzili. Często za nic, a może czasem za wyświadczone dobro. Powiedzcie proszę jak unieść ten ciężar gdy za dobro człowiek dostaje zło?"
Zanim będziemy szukać odpowiedzi na pytanie, jak przebaczać, to warto zauważyć, że już Duch Święty działa w nas, gdy podpowiada nam, że przebaczenie jest jedyną drogą, która prowadzi do życia. A jeśli On już w nas działa, to także poprowadzi nas dalej i ukształtuje nasze serca w taki sposób, by wylewało się z niego przebaczenie. Bo przebaczenie to nie jest ludzka sprawa. To dzieło Boga, który jako pierwszy darował każdemu z nas ciężar 10 000 talentów (słownie dziesięć tysięcy). Przyjmując, że jeden talent to 34, 27 kg, mamy do czynienia z niewyobrażalnym zadłużeniem. Ponad trzysta czterdzieści dwa tysiące kilogramów srebra lub złota! Nawet wyobrazić sobie trudno taki majątek. A Pan nam to darował jednym gestem. Co więcej, daruje nam nieustannie, gdy gestem kapłana w konfesjonale, odpuszcza nasze grzechy.
Bo nasze przebaczenie, to nie jest akt naszej osobistej dobroci względem złego człowieka, to przekazanie dalej przebaczenia, którego sami doświadczyliśmy. Przebacza ten, kto sam doświadczył przebaczenia.
Zanim staniesz przed człowiekiem, który cię skrzywdził, stań przed Bogiem, któremu wbiłeś ostrze grzechu w samo Serce i zobacz, jak z tego Serca wypływa Krew i Woda, by "natychmiast" obmyć cię z tego grzechu. Taka jest odpowiedź Boga na nasze zło. Kto tego doświadczył, zrozumie. 
Nie chodzi o to, że przebaczenie jest amnezją, zapomnieniem o bólu, ale jest miłością mimo, czy nawet poprzez ból. Tak kocha nas Bóg.
Blokuje nas nie ból, ale poczucie własnej sprawiedliwości, poczucie bycia lepszym. 
Przebaczenie rodzi się stopniowo. I Bóg towarzyszy nam na tej drodze cierpliwie. Ważny jest kierunek - ku przebaczeniu.
Wiele w ostatnich komentarzach pojawiło się ostrych słów, które, jak się domyślam, były napisane w trosce o wartości. Jednak zanim zaczniemy walkę o dobro i prawdę, trzeba zbadać swoje serce, z jakich źródeł wypływa ta gorliwość. Jeśli z uraz i nieprzebaczenia, to najpierw trzeba stanąć pod Krzyżem. Bo się może zdarzyć, że walczymy, ale nie po stronie Jezusa.
Chciałabym tu też wspomnieć, jak pięknie, pomimo tej naszej ludzkiej skłonności do rzucanie kamieniami słów (mówię to także o sobie), działa Duch Boży tu i teraz. Ktoś napisał mocny komentarz, a potem przyszła refleksja i poprosił by go wykasować. Nie trzeba cenzurować czy krytykować drugich. Jeśli tworzymy klimat prawdziwej miłości, ludzie sami zauważą, że słowa dobre są lepsze od złych.

sobota, 16 września 2017

Jedność w różnorodności

Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:
- Ci charyzmatycy to strasznie dziwaki, proszę Pani. Nie mają żadnego szacunku dla tego, co święte. Wszędzie by tańczyli i machali flagami. Głośne to jest. Po prostu emocje bez żadnej głębi!
- Tak, tak. I ciągle mówią o miłości Boga, że jest za darmo i ludzie już całkiem przestaną chodzić do spowiedzi.
Albo w innym miejscu placu targowego:
- Ta tradycyjna religijność to strasznie sztywna jest. Ksiądz w parafii całkiem nie ma Ducha Świętego. Gdyby miał, to by inaczej odprawiał Mszę świętą. A tak, nie ma uzdrowień ani spoczynku w Duchu Świętym. Nuda, proszę Pana, po prostu nic się nie dzieje.  
- Ciągle mówią tylko o wymaganiach. Moralizują i moralizują. Taki Stary Testament... 

Oczywiście, wszystkie te dialogi są zmyślone i nie mają żadnego odniesienie do rzeczywistości. Albowiem w Kościele powszechnym jesteśmy jednością w różnorodności i wzajemnie się szanujemy :-)

środa, 13 września 2017

Wola Boża - strach się bać!

Po raz kolejny sięgnę do fragmentu komentarza. 
"Proszę, nie piszcie, że pójść za wolą Bożą równa się znaleźć się w niebie i spijać same słodycze. Bo to kłamstwo. Czasem wola Boża jest taka, że strach się bać."
Nie ma dwóch zdań, temat woli Bożej, zgadzania się na nią, poddania się Bogu, zaufania jest polem walki duchowej. Moim zdaniem największej walki duchowej. Bo, jeśli zgrzeszysz jakoś, ale ufasz Bogu, to przyjdziesz do Niego ze skruchą i doświadczenie Jego przebaczenia i miłosierdzia sprawi, że jeszcze mocnej do Niego przylgniesz. Ale jeśli diabłu uda się podważyć w nas zaufanie do Boga, to zaczynamy dryfować w kierunku śmierci, jak ktoś pozbawiony swojej planety, a w związku z tym grawitacji (oglądaliście "Grawitację"? No to, tak to wygląda).
Diabeł próbuje wbić nam do głów iluzję, fałsz na temat tego, jaki jest Bóg i Jego wola.
Wracając do treści komentarza, ja też jestem przeciwko opowiadaniu bzdur, że powierzenie się Bogu, oznacza jedno wielkie pasmo przyjemności i sukcesów. I to nie tylko dlatego, że takie są fakty, czyli, że żyjemy w świecie skażonym złem (to nie był pomysł Boga, ale to już inny temat). Także dlatego, że celem człowiek i tym, co mu daje szczęście, nie jest komfort psychiczny i sukces, ale miłość. A miłość czasem boli.
Ale nie zgadzam się też z wizją, że Wola Boża boli. Bo Bóg, w którego wierzę jest Dobry i chce mojego dobra. Strach jest owocem braku zaufania. Mniej lub bardziej zakorzenionej w nas (w każdym z nas po grzechu pierworodnym) podejrzliwości, że Bóg zabiera nam coś cennego (jabłko czy coś w tym rodzaju). Wola Boga jest dobra, bo Bóg, który jest Miłością może chcieć tylko dobra. Dla mnie i dla Ciebie.
Jednak ta Wola jest realizowana w konkretnej rzeczywistości. Właśnie rzeczywistości naznaczonej grzechem i jego skutkami. One są przyczyną wszelkiego cierpienia na ziemi, bo "śmierć weszła na świat przez zawiść diabła" (Mdr 2,24). Bóg zaś posłał swojego Syna, "aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli." (Hbr 2,14-15). Te skutki nazywamy Bożym dopustem (nazwa taka sobie, raczej niefortunna, ale innej nie znam. Może ktoś wymyśli coś lepszego), czyli, że Bóg nie machnął czarodziejską różdżką, by odkręcić to, co człowiek zrobił przy użyciu swojej wolnej woli (taka cena podobieństwa do Boga) i musimy się zmagać z cierpieniem i złem, które są na świecie. Dobra Nowina jest taka, że pomimo tego, a nawet poprzez to, Bóg może nas poprowadzić skutecznie do szczęścia. Oczywiście, jeśli damy się Mu poprowadzić.
I ja chcę się dać Mu poprowadzić. Ufam Mu, chociaż nieraz musi mnie przekonywać, a czasem mówi: "Bogna, nie bądź jak koń i muł bez rozumu. Wiesz, że można je okiełznać tylko wędzidłem. Inaczej nie podejdą do ciebie. A Ja nie chcę mieć z tobą takiej relacji. Zaufaj Mi" (to takie moja wolne tłumaczenie Ps 32 :-)

muł bez wędzidła :-)

poniedziałek, 11 września 2017

Klasyka zwodzenia

W komentarzu pod tekstem "Między młotem a kowadłem"
znalazłam zdanie, które podziałało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka (w sumie nic nie wiem o przeżyciach byków względem tkanin :-) Nie żeby komentarz mi się nie spodobał. Wprost przeciwnie, zachęcam do przeczytania całości świadectwa, które jest piękne i mądre. Ale w tym opisie drogi ku Bogu, pojawia się właśnie to: zdanie śmierdzące siarką i syczące na każdej spółgłosce. Zdanie - zwodzenie. Zdanie - pokusa, którym zły duch próbuje nas zatrzymać z dala od Boga. W tym świadectwie jest ono, na szczęście, w czasie przeszłym, ale znam zbyt wielu osób, dla których jest ono aktualne, bym mogła obok tego przejść obojętnie. 

"Miałam takie doświadczenie dawno temu, na początku nawrócenia (ok, nie tak dawno temu, lat kilka), że już się owszem nawróciłam z letniości (a przedtem był ateizm), ale zaufać tak na 100% nie umiałam. Mało tego, wydawało mi się, że jak powiem fiat, jak Maryja, to mi się straszne rzeczy będą może dziać, dla mojego dobra a ja nie jestem na nie gotowa. I walczyłam z tym ze dwa tygodnie. Aż puściłam. I strasznie mi ulżyło. Bo zrozumiałam, że Bóg przecież wie na co ja jestem a na co nie jestem gotowa." 

Podkreślenie jest moje, bo o to zdanie właśnie mi chodzi. Raz po raz słyszę te słowa. "Zaufałbym Bogu, ale będzie bolało". 
TO JEST KŁAMSTWO!!!
I kiedy pojawia się w Twoim życiu, (a pojawi się, bo to jest podstawowa strategia złego ducha) to, cytując klasyka: "Nie pozwól mu otworzyć nawet tej rogatej gęby, tylko wersetem go!" (Michał Nikodem jest autorem tej oto wzniosłej porady duchowej :-)
"Wersetem go!". Z Biblii, oczywiście. To jeden ze sposobów.
Ale rzecz się komplikuje, gdy już jesteśmy ukąszeni podejrzliwością wobec Boga. Trucizna ta, gdy dosięgnie rozumu i serca, potrafi sprawić, że nawet Pismo święte odczytujemy w fałszywym kluczu, interpretując je opacznie. Ja sama pamiętam taki czas, gdy zdanie: "Kto chce iść za mną, niech weźmie swój krzyż", rozumiałam jako groźbę: "Bóg ukrzyżował Jezusa i mnie też chce tak załatwić!". Rozumiecie, że z takiej przesłanki  nie rodzi się zaufanie, ale opór i lęk.
Co robić zatem?
Dać szansę Bogu, by się w naszym życiu objawił takim jakim jest naprawdę. Przestańmy Mu przyprawiać gębę, a dajmy Mu przemówić.
On się już objawił i tylko trzeba chcieć Go poznać.
Objawił się w Jezusie Chrystusie.
Czy ten Człowiek zrobił komuś krzywdę? Czy sprowadził na kogoś chorobę, albo nieszczęście? (raczej przeciwnie, czyż nie?). Czy ten Człowiek kogoś znienawidził, przeklął, odrzucił?
Jest takie miejsce, gdzie ta podła "rogata gęba" (do tej pory się zastanawiam jak gęba może być rogata :-)) musi się zamknąć. Jest ono pod krzyżem Jezusa. Stań tam. I usłysz, że Jezus mówi: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". I potem popatrz, jak z przebitego boku Jezusa, natychmiast wypływa Krew i Woda. To jest jedyna odpowiedź Boga na ludzki grzech - Miłość i Miłosierdzie.
Natychmiast. Czy takiego Boga można się bać? 

Jezu, Baranku zabity, ześlij do naszych serc swojego Świętego Ducha. Niech otworzy nasze oczy na prawdę Twojej Miłości. Niech zrodzi w nas bezgraniczne zaufanie do Boga, który jest Abbą - Tatusiem. Amen.

sobota, 9 września 2017

Oczy szeroko otwarte

Nieraz modląc się, zamykamy oczy. I dobrze. Św. Teresa od Jezusa mówiła nawet, że jest taki moment, gdy człowiek ma przemożne pragnienie, by już nie patrzeć na nic, tylko skupić się na Bogu.
Ale w momencie najważniejszego i najpewniejszego spotkania z Bogiem, otwórz oczy. Bo Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie - Człowieku, w którym zamieszkała pełnia Bóstwa. I Ten Bóg-Człowiek jest obecny w kawałku Chleba, bo tak chciał.

Zatem, gdy chcesz Go spotkać, otwórz oczy i patrz. Oto Twój Bóg.


piątek, 8 września 2017

Między młotem a kowadłem, czyli o formacji duchowej chrześcijanina

Wczoraj, gdy modliłam się, przyszedł mi do głowy pewien obraz. W wyobraźni zobaczyłam rozgrzany do czerwoności pręt w rękach kowala. Kowal położył go na kowadle i zaczął uderzać weń młotem.
Ten obraz pozwolił mi jasno zrozumieć pewną regułę życia duchowego.
To dotyczy nas jako poszczególnych chrześcijan, ale także całych wspólnot.
My, bowiem, jesteśmy tym, metalowym prętem. Piecem, w którym pręt rozgrzewa się do czerwoności jest doświadczenie Bożej miłości, a uderzenia młotem procesem formacji (w tym obrazie młot nie miał żadnego negatywnego znaczenia, nie chodziło o jakieś uciski czy cierpienia, ale jedynie o kształtowanie).
Jeśli wchodzimy w doświadczenie Bożej miłości przez uwielbienie, przyjmowanie łaski, pomnażanie wiary i nadziei, przez słuchanie świadectw innych, którzy tej miłości doświadczyli, to miłość Boża rozpala nas, a zaufanie czyni nas podatnymi na formację. Wtedy jesteśmy zdolni kształtować się według Słowa Prawdy. Zaczynamy wchodzić w proces formowania się, czyli zmiany sposobu myślenia, a w konsekwencji w zmianę sposobu mówienia, działania, a nawet odczuwania zgodnie z Ewangelią. Jest to nawrócenie, które dokonuje się w duchu synowskiego zaufania, a nie niewolniczego lęku.
No właśnie, czy czasem sami dla siebie i dla innych nie jesteśmy takimi głupimi kowalami, którzy walą wściekle młotem w zimne żelazo? Chcemy siebie i innych  nagiąć do zasad Ewangelii, ale nie osiągamy żadnego skutku (chyba, że uderzamy tak mocno, że w końcu pokruszymy metal), bo bez doświadczenia, że Bóg stoi po nasze stronie próba zmiany kończy się porażką. Zresztą to całkiem zdrowy odruch w człowieku, że opiera się ingerencji z zewnątrz. Tylko miłość ma prawo wywierania wpływu, bo rodzi zaufanie i podatność, a nawet pewnego rodzaju bezbronność.
Zatem trzeba nam nieustannie rozgrzewać się doświadczeniem Bożej miłości, a potem... na kowadło i dalejże, kształtować swoje życie według Prawdy. I znowu, i znowu.
Z drugiej strony, zauważam nieraz we wspólnotach także i przeciwne wynaturzenie. Jest ciepełko miłości i uwielbienia i... tyle. Kowal rozgrzał żelazo i.. podziwia, że ładne. Nie znam się na kowalstwie, ale podejrzewam, że powtarzany wielokrotnie taki zabieg szkodzi metalowemu prętowi, który niszczeje (jeśli ktoś z Was ma wiedzę w tej dziedzinie, to proszę o informacje :-). Przyjmowanie miłości Bożej nadaremno jest jej marnowaniem. Przecież jesteśmy powołani do tego, byśmy nie tylko miłość przyjęli, ale także ją przekazywali. A do tego potrzebny jest proces formacji, bo nie urodziliśmy się bez grzechu pierworodnego. Io tym też trzeba pamiętać.


A swoją drogą, to ogromnie ważne, że są takie miejsca, gdzie właściwie nie da się pozostać zimnym wobec ogromniej temperatury uwielbienia Boga i promieniowania Jego miłości. Pozdrawiam wszystkie zaprzyjaźnione wspólnoty w Krakowie, w Warszawie i na Śląsku :-)

czwartek, 7 września 2017

Wiara i już

„Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. Ale jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia. Wszak mówi Pismo: żaden, kto wierzy w Niego, nie będzie zawstydzony. Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony. Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? Jakże mogliby im głosić, jeśliby nie zostali posłani? Jak to jest napisane: Jak piękne stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę! Ale nie wszyscy dali posłuch Ewangelii. Izajasz bowiem mówi: Panie, któż uwierzył temu, co od nas posłyszał? Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa. Pytam więc: czy może nie słyszeli? Ależ tak: Po całej ziemi rozszedł się ich głos, aż na krańce świata ich słowa. Pytam dalej: czyż Izrael nie zrozumiał? Mojżesz mówi: Wzbudzę w was zawiść do tego, który nie jest ludem, wzniecę w was gniew do ludu nierozumnego. Izajasz zaś odważa się powiedzieć: Dałem się znaleźć tym, którzy mnie szukali, objawiłem się tym, którzy o Mnie nie pytali. A do Izraela mówi: Cały dzień wyciągałem ręce do ludu nieposłusznego i opornego. ” Rz 10,8-21

Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, a słyszy się Słowo Ewangelii. Pytanie św. Pawła: „czy może nie słyszeli?” dotyczy nie tylko Żydów, ale i nas. I my również musi odpowiedzieć: „Ależ tak!”. Słyszeliśmy Dobrą Nowinę. 
Jednak pomimo tego, można pozostać na obojętnym na Słowo, tak jak Żydzi wspomniani przez Pawła. Można mieć uszy pełne innych słów. Człowiek ma ograniczoną zdolność przyjmowania treści. Jeśli karmi się słowem tego świata, staje się nieczuły na Głos Boga. Dlatego zawsze warto zadawać sobie pytanie: Czym się karmię? Ile czasu poświęcam na czytanie Biblii? Jakich treści szukam w książkach, na stronach internetowych?
Jeśli karmimy się świadectwami wiary oraz samym Słowem Dobrej Nowiny to wcześniej czy później staniemy przez nieuniknionym pytaniem: "Wierzysz w to?"
Nie da się pozostać obojętnym. Albo trzeba temu wszystkiemu zaprzeczyć, albo paść na kolana i wyznać, że Jezus jest Panem, który powstał z martwych i zwyciężył. Nie da się na dłuższą metę pozostać w rozkroku. 
Albo stajemy się ludźmi, którzy cynicznie i kpiąco podchodzą do wiary w Jezusa, bo „nauka krzyża jest głupstwem dla tych, którzy idą na zatracenie” (1 Kor 1,18). Albo Słowu Boga staje się dla nas „mocą”, motorem życia, siłą, która przenosi góry i nadaje sens każdemu wydarzeniu.
Właśnie dzisiaj Słowo jest blisko. Jest na naszych ustach, gdy czytamy słowa Ewangelii lub gdy recytujemy brewiarz. To jest ten moment, by na nowo wyznać ustami swoimi wiarę. Wtedy Słowo, staje się słodkie i przynosi Dobrą Nowinę, na którą czeka każdy człowiek. A brzmi ona: "Jesteś zbawiony". Jesteś drogi w oczach Boga i kochany bez granic. Nie jesteś niczyj. Jesteś Dzieckiem Boga. Jego Synem, Córką, Dziedzicem Królestwa. Jesteś tak cenny, że Jezus oddał za Ciebie swoje życie.
Czyż nie jest to najbardziej upragnione przez ludzkie serce Słowo? 


środa, 6 września 2017

Byleby zdrówko było...

Modlimy się do Pana o uzdrowienia fizyczne. I dobrze. Czy robimy to w formie prośby, wstawiennictwa ("Jezu, proszę Cię, uzdrów tę nogę") czy w formie nakazu w autorytecie Pana ("W Imię Jezusa, nakazuję tej chorobie odejść") to wydaje mi się być sprawą drugorzędną. Ważne, że wierzymy, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. 
O wiele bardziej istotnym jest szersze spojrzenie na tę posługę.
Bo nie jest tak, że Pan Bóg postanowił posłać na bezrobocie wszystkich lekarzy i teraz sprawi (a wielu by tak chciało!), że wszyscy będziemy żyć długo (bez końca?) i szczęśliwie na tej ziemi (niebo przestanie być wtedy atrakcyjne :-)). Uzdrowienie fizyczne, chociaż jest wielce pożądane (szczególnie, gdy naprawdę cierpienie przyciśnie nas czy naszych bliskich) to jednak nie jest wszystkim, co chce nam dać Bóg.
Bóg chce czegoś więcej!
Chce nas uzdrowić totalnie!
Uzdrowić naszego ducha (z grzechów, z wad, z niewary...), naszą psychikę (z lęków, z głodów emocjonalnych, ze smutku...) i w końcu nasze ciało. W pełni zrealizuje się to... w chwili zmartwychwstania przy powtórnym przyjściu Pana. Wtedy ostatecznie odrodzą się nasze ciała i przyobleką się w nieśmiertelność.

Uzdrowienie fizyczne jest znakiem tego pragnienia Boga.

A jeśli chcecie poznać to Boskie lekarstwo na wszystko, to jest nim MIŁOŚĆ. I to miłość, którą Bóg nas kocha, a także, w odpowiedzi, miłość, którą my darzymy Boga i człowieka.
Bo w pełni zdrowy nie jest ten, kto ma się świetnie, ale ten, kto jest zdolny przyjmować i dawać miłość. 

Kiedy Jezus uzdrowił teściową Szymona, to ona.... "wstała i usługiwała im". 

Prośmy Pana, by nas uzdrawiał, przywracał nam siły i zdolność miłowania, byśmy mogli usłużyć Mu w drugim człowieku.


poniedziałek, 4 września 2017

I po wakacjach....

Kiedy mnie tu nie było, to byłam gdzie indziej. Na przykład w Kiczycach, gdzie z Marcinem Zielińskim i Michałem Nikodemem prowadziliśmy rekolekcje dla Diakonii Świętej Rodziny z Katowic. Zresztą "prowadziliśmy", to nie jest dobre słowo. Wszyscy korzystaliśmy z obfitej łaski tego czasu. 
A w linku zabawny filmik z rekolekcji:

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Cała Polska na nogach

Od kilku dni jestem w Częstochowie. Widać ludzie już się o tym zwiedzieli, bo z każdym dniem przybywają tu tłumy... :-)
I na tym, mało zabawnym żarciku można by skończyć, ale ja właśnie o tych tłumach bym coś chciała napisać. Tysiące ludzi koczuje wokół Jasnej Góry przygotowując się na jutrzejszą Uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Godzina po godzinie wchodzą kolejne piesze pielgrzymki z całej Polski. Zmęczeni, szczęśliwi. Kiedy tak idą, mają w sobie to coś - gen zwycięzcy. Dotarli, wytrwali, osiągnęli. A równocześnie jest w nich jakaś pokora, bo nie dla własnej korony tu przybyli, ale dla Tej, która koronę Polski nosi już od dawna. Przypatruję się im trochę z boku, bo nie uczestniczyłam w tym nie do końca możliwym do opisania fenomenie pielgrzymowania. Ja przyjechałam na Jasną Górę busem i trochę im zazdroszczę.
Może to dziwne porównanie, ale pielgrzymka przypomina... szpital. Nie, nie chodzi mi o modne już określenie Kościoła jako szpitala polowego. Bardziej o fenomen socjologiczny. Tak, jak w szpitalu człowiek "zdejmuje z siebie" rolę społeczną wynikającą z zajmowanej funkcji, bogactwa, wykształcenia i, włożywszy piżamkę, staje się po prostu pacjentem, tak samo na pielgrzymce, przestaje być panem inżynierem czy panią urzędniczką, a staje się bratem i siostrą (trzymając się tej przenośni, przewodnicy i porządkowi to tacy lekarze i pielęgniarki tego szpitala. Czyż główny Przewodnik nie ma w sobie coś z ordynatora? :-))
Na pielgrzymce wchodzi się w jakiś inny wymiar życia, gdy tę samą drogę, którą nieraz niefrasobliwie przebyliśmy samochodem, teraz pokornie mierzymy krokami i kroplami potu. Inna jakość. Nowe spojrzenie. I niesamowita okazja do przewartościowania w życiu. Do przemiany serca. Do ułożenia od nowa hierarchii wartości.
Tu także analogia ze szpitalem jest aktualna. Niejeden przecież, lądując niespodziewanie z czynnego życia w szpitalnym łóżku, chcąc, nie chcąc, musiał na swoje życie w nowej perspektywie popatrzeć.
Czyż pielgrzymka nie jest przyjemniejszą formą takiej retrospekcji? I w dodatku o wiele korzystniejszą dla zdrowia :-)

Z centrum pielgrzymkowego świata pozdrawia Was Wasz specjalny wysłannik :-)



piątek, 4 sierpnia 2017

Realistyczny optymizm i kilka bredni w upale

Wybaczcie długie milczenie, ale życie w realu wciąga i uzależnia :-) Nie mogę obiecać, że w najbliższych dniach będę pisać regularnie, bo słońce wypiło mi mózg, a przecież nie będę się tu odsłaniać w mojej skrajnej głupocie. Odezwę się jak wróci mi rozum :-)
(A propos słońca. Duchowość nasza, jak pisała M. Paula, jest duchowością słoneczną, ale zapewniam Was, że to porównanie w tych dniach jest całkowicie nieadekwatne! Jezus jest słońcem, zgadza się, ale nie oznacza to, że przypieka nas żywcem na wolnym ogniu!)

Ponieważ akurat dzisiaj chmury przyćmiły nieco żar lejący się z nieba, coś tam próbuję wystukać na klawiaturze, która w tych dniach też się buntuje wobec temperatury. Co ty wiesz, tępa maszyno, o upałach i tak siedzisz cały czas w cieniu! O, przepraszam, jak widać zaczynam już rozmawiać ze sprzętami. Niedobrze...

No to może wreszcie coś w ramach tekstu właściwego. Czyli, że będzie religijnie :-)

Żniwa w pełni, więc będzie coś w ten deseń. O ziarnie znaczy się.
Znacie przypowieść o siewcy? Znacie, to posłuchajcie:
Siewca, rozrzutny trzeba zaznaczyć, siał ziarno tak, że mu się sypało i na drogę, i na kamienie, i między chwasty, a gdzieniegdzie na dobrą glebę.

Z matematyki wynika więc, że tylko 1/4 ziarna wydała plon. A z tej 1/4 tylko 1/3 obrodziła stokrotnie, czyli w pełni wykorzystując potencjał ziarna.

W pierwszej chwili nie brzmi to dobrze. Ogromne marnotrawstwo środków i pracy. Narobił się człowiek, a tu większość wysiłku idzie na marne. 

Ale można na to popatrzeć od innej strony. 100-krotny plon nielicznych ziaren znacznie przekracza to, co się w sumie zainwestowało. Ten plon to sto nowych ziaren do zasiewu. Policzcie to sobie dobrze. Wynik jest jednoznaczny: 

Królestwo Boże z czasem rozprzestrzeni się po całym świecie.


Dlatego nie przejmujcie się, gdy wydaje się Wam, że wiele ziarna Słowa rzucane jest jak grochem o ścianę. To nic. Ci nieliczni, którzy Słowo przyjmą, wydadzą plon i zasieją go znowu. I znowu. Aż po krańce świata. I po krańce ludzkiej duszy. Amen.