wtorek, 12 lutego 2019

konferencja czwartkowa

Zapraszam serdecznie 14 lutego na moją konferencję, która odbędzie się w kaplicy Sióstr Duszy Chrystusowej w Krakowie- Prądniku Białym (ul. M. Tajber 1).
O czym będzie? Cóż, 14 lutego musi być o miłości, ale miłość nie jedno ma imię, więc trochę niespodzianka i kot w worku :-)
Startujemy o 19.30. Jak zwykle pół godziny przed będzie adoracja.
Do zobaczenia :-)

sobota, 2 lutego 2019

Życie konsekrowane


2 lutego obchodzimy Dzień Życia Konsekrowanego. W roku 1997 ustanowił go Jan Paweł II, by zwrócić uwagę całego Kościoła na tę jego część, którą sam nazywał „sercem Kościoła”.
Serce chociaż jest ukryte, dostarcza krew i życie do wszystkich części ciała. Tak samo klasztory są ukrytymi miejscami, gdzie w wymiarze duchowym, przez modlitwę odżywiany jest cały Kościół. M. Paula Tajber, która założyła Zgromadzenia Sióstr Duszy Chrystusowej do którego należę, używała innego, równie sugestywnego, chociaż bardz
iej nowoczesnego porównania. Pisała, że życie zakonne jest jak elektrownia w mieście, która przez modlitwę i ciągłą łączność z Bogiem dostarcza światu duchowej energii. Jest w tym wiele prawdy. Jednak w Kościele – Mistycznym Ciele Jezusa, wszyscy jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Kapłani i świeccy potrzebują modlitwy i posługi zakonników i sióstr zakonnych, a osoby konsekrowane potrzebują wsparcia ze strony reszty Kościoła, szczególnie wtedy, gdy świat, w którym żyjemy, kwestionuje sens i celowość powołania zakonnego.
W Mistycznym Ciele Jezusa wszyscy jesteśmy równi. Jesteśmy ukochanymi synami i córkami Boga. Każdy z nas jednak, tak jak to się dzieje w ciele, pełni inną funkcję, przez którą pomaga innym.
Zadaniem życia konsekrowanego jest przede wszystkim dawanie świadectwa o Bogu. Bycie znakiem. Często znakiem zapytania, gdy ludzie spotykając zakonnika czy siostrę zakonną zaczynają sobie zadawać pytanie: „Dlatego on/ona tak żyje?”. Jest to znak prorocki, przypominający o pierwszeństwie Boga i Królestwa Bożego przed wszystkimi sprawami tego świata.
Oczywiście, wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy jesteśmy w drodze do świętości, dlatego także osoby konsekrowane dojrzewają do swojej misji, czasem popełniając błędy i niewierności. Bo wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami w drodze do nieba. Dlatego musimy się wzajemnie wspierać i pomagać sobie w tej drodze.
Zatem w tym dniu w imieniu wszystkich osób zakonnych, szczególnie Sióstr Duszy Chrystusowej, dziękuję za okazywaną życzliwość i za życzenia, które dzisiaj tak licznie otrzymujemy. Święto minie, ale dobroć i życzliwość trwają. Bóg zapłać J

Siostry Duszy Chrystusowej pozdrawiają :-)

niedziela, 13 stycznia 2019

Mission (im)possible

Syn Boży przyszedł jako człowiek na ziemię z konkretną misją. Przyszedł zbawić ludzi. My, jako Jego Ciało - Kościół, uczestniczymy w tej misji. Czyli w czym? Niby wiemy, co to jest zbawienie, ale to słowo nie jest używane w innym kontekście niż tylko religijny, zatem nie kojarzy się nam z niczym konkretnym, egzystencjalnym. Stąd wiele osób nie reaguje zbyt entuzjastycznie na to, że "mogą być zbawieni". Sami chrześcijanie też nie zawsze czują się zbawieni, bo nie bardzo wiedzą, co to zmienia w ich życiu. A przecież jest to jak wygrana w totka, połączona z cudownym ocaleniem z katastrofy lotniczej i narodzinami oczekiwanego dziecka! :-)
Spróbujmy zatem wgryźć się głąb tego doświadczenia, szukając klucza w wydarzeniu otwierającym misję Jezusa - w momencie Jego chrztu w Jordanie.
Jezus zanurza się w wodach Jordanu. Zanurza się w naszej ludzkiej egzystencji, ze wszystkimi jej aspektami, także ze złem, grzechem, krzywdą i rodzącą się z niej chęcią zemsty, z przemocą, ze wszystkim. I słyszy Głos Ojca: "Ty jesteś mój Syn umiłowany. W tobie mam upodobanie".  Jezus, jako człowiek, czuje się kochanym synem Boga. 
Jego misją jest to, by inni ludzie mogli tez doświadczyć tej przemieniającej wszystko miłości.
Pamiętacie Syrofenicjankę i jej dialog z Jezusem o dzieciach i psach? (por. Mk 7, 25-30). Zasadniczo mamy właśnie taką alternatywę: albo czuć się dzieckiem albo psem walczącym pod stołem o resztki.
Wilcze odruchy są nieuniknione, jeśli ludzie nie czują się kochani i bezpieczni. Nic nie pomogą wskazanie moralne, groźby, prośby. Jeśli nie jesteś kochany, to musisz walczyć o przetrwanie, czasem skamleć, czasem warknąć, czasem zamerdać ogonem, bo akurat to się opłaca. Nawet, jeśli raz na czas trafi się większy ochłap i poczucie sytości, nie ma pewności na przyszłość. Lęk rodzi agresję, zazdrość i skąpstwo. I tak to się kręci w tym "ludzkim"świecie, gdzie, jak ktoś powiedział "homo homini lupus est".
Ale to nie jest jedyny sposób egzystowania (bo trudno to określić życiem).
Jezus przyszedł, by przekonać nas, że jesteśmy ukochanym synami i córkami Boga. Poczucie, że jest Ktoś kto o ciebie dba, słucha twoich potrzeb, rozumie cię, akceptuje, wspiera, afirmuje, zachwyca się tobą.... sprawia, że zaciśnięte szczęki rozluźniają się w pogodnym uśmiechu. Zaczynasz słyszeć, że masz bijące serce, zamiast tylko pulsujących stresem guli na szyi. Nawet w cierpieniu możesz płakać, bo jest ktoś kto pociesza i wspiera.
Brzmi jak bajka? Nie dziwię się, bo to rzeczywiście wejście do innego świata, gdzie wchodzi się nie przez drzwi od szafy, ale wąską bramę Chrztu.
Problem polega na tym, że jesteśmy kochani, ale tego nie przeżywamy, bo wilcze zwyczaje tkwią w nas głęboko. Kiedyś Marcin Jakimowicz zapytał mnie: "Czemu wątpimy w miłość Boga i ciągle chcemy upewnień, przecież mój syn nie przychodzi do mnie ciągle, by się upewnić, że go kocham. On to wie". "Bo nigdy nie  doświadczył sieroctwa" - odpowiedziałam odruchowo. A później przyszła refleksja: my wszyscy nosimy w sobie ślad tego sieroctwa, bo urodziliśmy się poza rajem.
Jak długo musi się człowiek upewniać u Boga, że jest kochany? Nie wiem. Wiem natomiast, że kiedy przeważy w nim spokojna pewność bycia przygarniętym, jakość życia zmienia się znacząco. Nawet, jeśli chwilami wraca lęk i sieroce odruchy (szczególnie w spotkaniu z wilkami), to ma do kogo uciec i odzyskać równowagę.
I jeszcze to wiem, że syn/córka Boga, czując się bogatym i sytym, staje się hojnym w dawaniu innym poczucia wartości i godności. Afirmuje, wspiera, akceptuje, przygarnia...
Uczestniczy w misji Jezusa po prostu...


P.S. O byciu owcą lub wilkiem można poczytać też tu:


niedziela, 6 stycznia 2019

To się już nie odzobaczy...

Boże Narodzenie, a  potem Epifania. To ma sens. Wydarzenie i objawienie. Fakt i jego percepcja. To własnie tak działa w naszym życiu. Pomiędzy prawdą, a jej przyjęciem przez nas jest przestrzeń. Czasem przekroczona z szybkością dźwięku, gdy dociera do nas słowo; czasem trwa to całe lat, gdy musimy dojrzeć do przyjęcie jakiejś prawdy.
Syn Boży stał się człowiekiem. To fakt, prawda, wydarzenie.
Jednak, by ta prawda przemieniła nasze życie, musi zostać objawiona, potrzebuje zajaśnieć przed nami, dotrzeć, rozbłysnąć.
"To wam oznajmiamy, co było od początku, cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce - bo życie objawiło się. Myśmy je widzieli, o nim świadczymy i głosimy wam życie wieczne, które było w Ojcu, a nam zostało objawione" 1 J 1,1-2

Dobra Nowina zaczyna działać w naszym życiu dopiero wtedy, gdy ją ujrzymy, dotkniemy, posmakujemy, doświadczymy. Gdy się nam objawi.
Bo wtedy, to co się zobaczyło już się nie odzobaczy. Nie da się zaprzeczyć, ani wyprzeć. Po prostu staje się częścią naszego życia. 

Niech się tak stanie z prawdą o Wcieleniu Syna Bożego. On naprawdę przyszedł jako człowiek.

piątek, 4 stycznia 2019

Pochwała przyjaźni

Witajcie w Nowym Roku! 
Początek roku to dobry okazja do nowego otwarcia. Wielu robi postanowienia noworoczne, zatem ja też. Jedno z nich właśnie realizuję, jak możecie zobaczyć na załączonym obrazku, czyli wracam do pisania :-) Tak, wiem, te postanowienia często mają życie krótkie jak muszka owocówka, ale i tak warto.
Początek roku jest też pretekstem do uporządkowania różnych spraw, ich hierarchii w naszym życiu. Na co dzień, rzeczy pilne wypychają rzeczy ważne, więc teraz, gdy nieco świątecznie zwolniliśmy tempo, warto poprzeglądać pozostawione w kącie skarby, by przywrócić im właściwe miejsce.
Znacie ten przykład ze słojem, do którego trzeba włożyć najpierw kamienie, potem żwir, piasek, a na końcu wlać piwo. Jeśli chodzi o płyn, zostawmy sobie tu pewną dowolność, ale istota rzeczy się nie zmienia: Gdy najpierw zajmiemy się rzeczami istotnymi (kamienie), to potem żwir naszej pracy, obowiązków, trosk o rzeczy doczesne i piasek spraw całkiem codziennych, jeszcze się zmieści. Także i piwo, które wyobraża mile spędzony czas :-)
Jednak, jeśli zaczniemy od piasku (pomijamy w ogóle opcję z piwnym początkiem!),  kamienie zostaną na zewnątrz.
Co jest Twoim kamieniem? Bez którego można wegetować, ale nie da się żyć naprawdę? I gdzie on teraz jest? Czy w samym centrum Twojego życia? Poznasz to po tym, że ciężki kamień w samym środku serca daje świetne wyważenie. Mało co potrafi takiego człowieka wywrócić. To naprawdę gwarantuje stabilność życiową.
Dałam temu postowi tytuł" Pochwała przyjaźni", bo tak nazywa się mój kamień. Właśnie "przyjaźń". Może dlatego, że słowo "miłość"... nie wiadomo, co dzisiaj dla kogo znaczy. Przyjaźń jest byciem w relacji, wspieraniem, chceniem dobra dla drugiego i przyjmowaniem, bez zawłaszczenia. Przyjaźń z Bogiem, przyjaźń z poszczególnymi ludźmi. Ile się da, wychylenie się ku innym, bez tracenia własnej tożsamości. Wolność w dawaniu, wdzięczność w przyjmowaniu i... takie tam :-)
Podoba się Wam taki kamień? Mnie się podoba. 


poniedziałek, 24 grudnia 2018

BOŻONARODZENIOWA MEDYTACJA


 „Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. Bo każdy but pieszego żołnierza, każdy płaszcz zbroczony krwią, pójdą na spalenie, na pastwę ognia. Albowiem Dziecię nam się narodziło, Syn został nam dany, na Jego barkach spoczęła władza. Nazwano Go imieniem: Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju. Wielkie będzie Jego panowanie w pokoju bez granic na tronie Dawida i nad Jego królestwem, które On utwierdzi i umocni prawem i sprawiedliwością, odtąd i na wieki. Zazdrosna miłość Pana Zastępów tego dokona. I wyrośnie różdżka z pnia Jessego, wypuści się odrośl z jego korzeni. I spocznie na niej Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni Pańskiej. Upodoba sobie w bojaźni Pańskiej. Nie będzie sądził z pozorów ni wyrokował według pogłosek; raczej rozsądzi biednych sprawiedliwie i pokornym w kraju wyda słuszny wyrok. Rózgą swoich ust uderzy gwałtownika, tchnieniem swoich warg uśmierci bezbożnego. Sprawiedliwość będzie mu pasem na biodrach, a wierność przepasaniem lędźwi. Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii. Zła czynić nie będą ani zgubnie działać po całej świętej mej górze, bo kraj się napełni znajomością Pana, na kształt wód, które przepełniają morze”. (Iz 9,1-6; 11,1-9) 
Izajasz zapowiada, że narodzenie Dziecięcia uwolni świat od sytuacji, które czynią ludzką egzystencję nieznośną. Życie w ciemnościach i w mroku, smutek, zniewolenie przez kogoś lub coś, wojny między narodami, a także te małe wojny nienawiści między ludźmi to wszystko niszczy człowieka, odbiera mu radość i poczucie sensu życia. 
Jednak jak malutkie Dzieciątko może nam pomóc? Cóż Ono może wobec zagubienia całych narodów, wobec nieszczęścia i niewoli, wobec agresji i przemocy, których pełny jest świat? Jest bezbronne i wypada dość słabo w konfrontacji z mocami ciemności. 
To prawda, Dziecię, by uwolnić świat musi urosnąć, ale już teraz jest Synem, Dziedzicem, na którego ramionach spoczywa władza. „Dana jest Mu wszelka władza na niebie i na ziemi”. Czas rośnięcia Dziecięcia to nie tylko okres dziecięctwa Jezusa podczas Jego ziemskiego życia. To także obecny czas aż do Paruzji, gdy Mistyczne Ciało Jezusa rozwija się aż do pełni. Gdy Pan powtórnie przyjdzie w chwale, wtedy objawi się pełnia Jego zwycięstwa nad złem. Święto narodzenia Jezusa jest okazją do przypomnienia sobie tej prawdy, że moc Boża zawsze przychodzi w postaci ziarna i od gleby naszego serca zależy czy wzrośnie. „Według wiary waszej wam się stanie”. 
Oto Jezus znowu przychodzi do nas jak małe ziarenko rzucone na świat. Wydaje się słaby i bezradny, ale w spotkaniu z glebą naszego serca może urosnąć jak wielkie drzewo przenikające korzeniami cały świat. Nie potrzebuje do tego naszej siły. On ma w sobie cały potencjał. Potrzebuje jednak naszej wiary, by się nią otulić jak dobrą miękką ziemią, w której będzie mógł wzrastać. Wtedy objawi się jako „Przedziwny Doradca, Bóg Mocny, Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”, a Jego panowanie będzie „wielkie w pokoju bez granic”. 
Przeczytaj mesjańskie obietnice, zapisane na początku tego tekstu i zapytaj siebie, czy w nie wierzysz. Co myślisz, gdy przed Twoimi oczami roztaczany jest obraz bezpieczeństwa, sprawiedliwości i dobrobytu? Wsłuchaj się w swoje serce. Co się w nim rodzi? Ufność, że skoro Bóg tak powiedział, to tak musi się stać? Czy też wątpliwość poparta gorzkimi doświadczeniami? 
Postaraj się wydobyć to, co przeszkadza Ci uwierzyć w Słowo Boga i wypowiedz to przed Bogiem: zniechęcenie, zmęczenie, zbyt długą tęsknotę za Jego przyjściem, gorycz i poczucie skrzywdzenia. I z samej głębi tych doświadczeń zawołaj: „Przyjdź Panie Jezu. Amen” 
Pozostań w ciszy, czekając na Jezusa - Bożą Odpowiedź. 
On właśnie przychodzi.


poniedziałek, 19 listopada 2018

piątek, 2 listopada 2018

Szczęśliwy od zaraz

"Życie wieczne, szczęście wieczne" - mówimy, ale jakoś nikt się do niego nie kwapi. Wierzymy, że kiedyś tam, w niebie będzie świetnie, ale myślimy również, że rzecz jest niepewna (czy aby na pewno się dostanę do nieba?!), a brama do szczęścia odstraszająca (nawet, jeśli nie boimy się samej śmierci, to umierania na pewno). Więc nie pędzimy ku temu szczęściu, raczej zwalniamy kroku, jeśli to możliwe.
Ale życie wieczne nie zaczyna się po śmierci. On już się zaczęło. W tym znaczeniu, o wiele bardziej znaczącą granicą w twoim życiu był moment Chrztu św. To wtedy przeszedłeś ze śmierci do życia. Zacząłeś swojej wieczne szczęście.
No, ale zaraz, zaraz. Czyż nie jesteśmy na "łez padole"? Gdzie jest to szczęście? Bo jeśli nawet uznać, że jest życie i ono się nie skończy, to żyć bez końca i bez szczęścia, to marna perspektywa....
Gdzie jest nasze szczęście?
Ktoś nawet mi takie pytanie postawił akurat w tych dniach: 
"Jak mam skutecznie przyjąć tożsamość dziecka Bożego, jeśli pochodzę z rodziny silnie patologicznej? Nawróciłam się wiele lat temu i usilnie pracuje nad sobą ale nadal mam b. silne deficyty emocjonalne".
To pytanie pojawiło się akurat w czasie, gdy po mojej głowie krążył, nie do końca dla mnie zrozumiały obraz... figi.
Gdy król Ezechiasz się rozchorował, prorok kazał mu pakować manatki, bo umrze. "To jest Słowo Boga" - powiedział. A Ezechiasz zaczął płakać i modlić się. Przecież się starał. Był wierny. I co?
Zanim prorok doszedł do wyjścia z pałacu, Bóg kazał mu się wrócić i powiedzieć: "Zmieniłem zdanie. Wyzdrowiejesz, tylko weźcie figi, rozetrzyjcie je i z takiego powidła zróbcie opatrunek na wrzód".
Powidła z fig... yummy! :-)  A jedliście kiedyś świeże figi?
Ten obraz nie chciał wyjść z mojej głowy, ale nie umiałam go sobie wytłumaczyć. Wiedziałam jedno: figi są słodkie.
Potem pojawiło się jeszcze jedno skojarzenie: to owoc Ziemi obiecanej!
Po latach spędzonych na pustyni Izraelici w końcu mogli jeść figi z własnych drzew. Ten obraz raz po raz powraca w Biblii.
Figi to smak bycia u celu, w domu, słodycz ziemi obiecanej.
Bingo!
Tak. Jest taki czas, gdy, chociaż zostaliśmy już uwolnieni z niewoli, to jednak idziemy przez pustynię i nie doświadczamy owoców tego uwolnienia. Jednak pustynia to nie jest miejsce docelowe! Nawet w perspektywie naszego ziemskiego życia!
Co prawda, św. Paweł mówi, że "jak długo pozostajemy w ciele, jesteśmy pielgrzymami z daleka od Pana" (2 Kor, 5,6), bo pełnia widzenia będzie dopiero po drugiej stronie życia, ale wyraźnie stwierdza też, że "nie jesteśmy już obcymi i przychodniami, ale jesteśmy współobywatelami świętych i domownikami Boga" (Ef 2, 19).
Domownikami! Zatem jesteś u celu. W domu.
Wolą Boga jest to, byśmy byli już teraz w domu. Byśmy mieszkali w ziemi opływającej w miód i mleko, pod własną winoroślą i figą.
Co zatem stoi na przeszkodzie, by być szczęśliwym od zaraz? Przecież zostaliśmy wyzwolenie z Egiptu, z domu niewoli...
Izraelici krążyli po pustyni wiele lat, chociaż droga z Egiptu od ziemi Obiecanej nie była długa. Raz prawie byli u wejścia, ale... wycofali się. Uznali, że to nie dla nich. Byli wolni, ale w sercu ciągle mieli mentalność niewolników. Tak trudno było im uwierzyć, że... mogą wszystko, bo są dziećmi Boga.
Tak samo jest z nami.
Na pustyni Bóg daje znaki swojej potęgi i miłości. Ale one nie dają sytości. Raczej mają jedynie zapalić nadzieję, wiarę i ... powoli zmieniać nasze samopoczucie. Kształtować naszą prawdziwą tożsamość, byśmy mogli z satysfakcją korzystać i cieszyć się obfitością domu.
Kiedy przychodzi moment, gdy jesteś gotowy zaryzykować w wierze, jak Jozue i Kaleb (jedyni, którzy nie umarli na pustyni z pokolenia, które doświadczyło niewoli), wyprostować się i, pomimo historii życia, zaufać, jesteś zwycięzcą. 
Od tej chwili zaczyna się ekspansja. A ty jesteś zdobywcą, a nie wystraszonym niewolnikiem, który żebrze o jałmużnę. 
Nie, to nie jest pycha. to jest spełnienie Bożego marzenia. Bo On chce mieć szczęśliwe dzieci, a nie niewolników.


"Świętym być, to znaczy być szczęśliwym i szczęście wokół siebie roztaczać"
M. Paula Tajber. 

piątek, 26 października 2018

Życie według Ducha

"Ci, którzy żyją według ciała, Bogu podobać się nie mogą" (Rz 8,8) - mówi św. Paweł.
To zdanie dawniej zawsze mnie wewnętrznie mroziło. Wiedziałam, że wiele moich postaw i czynów wypływa z egoizmu, czyli jest "życiem według ciała" i nie umiałam tego zmienić. Słyszałam to zdanie jako bezlitosne wymaganie: "Musisz się bardziej wysilić, bo jak nie, to Bóg nie będzie na ciebie patrzył życzliwie!" To bardzo frustrujące. I w żaden sposób, nie dodaje sił do przemiany życia. Wprost przeciwnie! Do tego, gdzieś w podświadomości, nosiłam błędne wyobrażenie, że te "uczynki według ciała" to są moje potrzeby, przyjemności i td, czyli wszystko, do czego w sposób naturalny ciążyłam, a "według ducha", no... to jest ten świat wartości, obowiązków, wzniosłych rzeczy, które oczywiście, mi się podobają, ale są poprzeczką, do której trzeba ciągle podskakiwać. Ale czy można ciągle podskakiwać, by czuć, że Bóg ma w tobie upodobanie?
Dzisiaj wiem, że to raczej moje pojmowanie tej nauki było "według ciała", bo przesłanie Pawła jest uwalniając i uzdrawiające, a nie dołujące! To jest Dobra Nowina!
Po pierwsze to, niby przyjemne życie "według ciała", wcale nie jest takie przyjemne. Paweł mówi: "Dążność bowiem ciała prowadzi do śmierci," Rz 8, 6. Jest ona przeciwna temu, co objawia nam Ducha. A co objawia Duch? To, że jesteśmy kochani przez Boga i otrzymaliśmy Boże synostwo. Jesteśmy kochani! Wszystkie skarby Boga, należą do nas! Życie w Duchu to życie według tej rzeczywistości. Natomiast ten, kto żyje według ciała, nie czuje się kochany i bogaty. Jest jak sierota, która musi walczyć o swoje bezpieczeństwo, pozycję i własność z całym światem. Życie według ciała to lęk, smutek i gniew, tłumiony namiastkami przyjemności. Zresztą św. Paweł w liście do Galatów wymienił owoce życia według Ducha. Są nimi: "miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie" Ga 5,22n). Radość i pokój! dobroć i łagodność, które zawsze rodzą się z wewnętrznego ukojenie i poczucia bezpieczeństwa. Wierność, cierpliwość i opanowanie! Tylko ten, kto czuje się kochany może panować nad sobą, bo nie cierpi z powodu niezaspokojonych głodów emocjonalnych, które wprowadzają nieustanny niepokój i frustrację. To jest życie według Ducha, które prowadzi do "życia i pokoju" (Rz 8, 6).
I druga kwestia. Przesłanie Pawła o napięciu między duchem a ciałem, ma sens tylko w kontekście głównego przesłania Listu do Rzymian. A jest nim usprawiedliwienie z łaski. 
Najpierw człowiek przyjmuje tę niepojętą łaskę Boga, który nie czekając na nasze nawrócenie, poprawę czy nawet prośbę, okazał "nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami." (Rz 5, 8). A dopiero potem podejmuje współpracę z łaską, by dostosować swoje życie do tego kim jest. Cały wysiłek, by żyć według ducha, a nie według ciała, jest dostosowywaniem się do swojej tożsamości, a nie staraniem się by stać się kimś innym. Jeśli jestem dzieckiem Boga, to.... nie muszę zachowywać się jak żebrak, nie muszę walczyć o uznanie, nie muszę się bać...
To zmienia jakoś życia.
I jest to proces, bo ten, kto całe życie czuł się nikim, potrzebuje czasu, by przyzwyczaić się, że może stawać jako równy wobec innych ludzi. Ten, kto chodził w łachmanach, potrzebuje czasu, by nauczyć się chodzić w królewskiej szacie. Ktoś, kto głodował, nie od razu uwierzy, że nie musi chować jedzenia na zapas.
Najpiękniejsze jest zatem przed nami :-)


poniedziałek, 15 października 2018

Tu jest coś więcej...

Śledziłam sobie w wolnych chwilach na FB to, co się działo na "Sercu Dawida". Nie ukrywam, że zdjęcia uśmiechniętych znajomych, opatrzone komentarzami: "Nie mogło nas tam nie być", sprawiały, że żmijka zazdrości w mojej, ciągle mało pobożnej, duszy podnosiła z sykiem łebek :-) Ach, oni tam, a ja tu w zwykłej codzienności. Bez mikrofonów i reflektorów. Bez relacji na żywo w mediach społecznościowych i bez selfików z gośćmi z górnej półki. :-O
Ok, troszkę sobie śmieszkuję, ale temat, który chcę poruszyć jest poważny.
Celowo zwróciłam uwagę na oprawę i medialny wymiar tego spotkania (to dotyczy także innych tego typu wydarzeń). Profesjonalnie, z rozmachem zrobione "Serca Dawida" cieszy. Jestem pełna uznania dla organizatorów (pozdrawiam serdecznie Maćka i Dorotkę Wolskich i wielu innych, którzy współtworzą to wydarzenie). Jeśli chcemy głosić Jezus współczesnemu człowiekowi trzeba to robić współczesnymi metodami, a nie przy pomocy przaśnych środków, które jedynie utwierdzają przekonania, że to, co pobożne jest nudne. W tej kwestii nie ma co dyskutować.
Jednak cel, który chcemy osiągnąć, to sprawić, by ludzie umieli widzieć obecność Jezusa ciągle. Nie tylko w czasie świetnie zaaranżowanych eventów.
Dlatego tak ważny jest ten moment, gdy gasną reflektory, a ludzie wracają do swoich domów i do codzienności.
Jezus jest zawsze TU, nigdy TAM.
Był w hali Expo dla tych, którzy tam się modlili i był w tym samym czasie w mojej zakonnej kaplicy. A nade wszystko jest obecny w nas, w naszych duszach, bo jesteśmy Jego Mistycznym Ciałem - Kościołem.
On jest. 
Niezależnie od okoliczności.
Jeśli robimy wielkie ewangelizacyjne czy uwielbieniowe spotkania, to tylko po to, by bardziej Go zauważyć. 

Kiedy gaśnie światło reflektorów, najważniejsze Światło płonie dalej jasnym blaskiem. Właśnie tu gdzie jesteś, jest coś więcej niż Jonasz, niż Salomon, niż Mojżesz, niż którykolwiek z dawnych lub współczesnych proroków.
On tu jest.

Jezus i Maria Magdalena Tycjan

piątek, 12 października 2018

All for the soul

Bardzo dawno nie było rekolekcji w Siedlcu. I w najbliższym czasie nie planujemy kolejnych. Może to trochę jesienne spowolnienie tempa, a może po prostu porwały nas inne wyzwania i zadania. Mniejsza o to.
Dla tych, jednak, którzy mieszkają w Krakowie lub okolicach mam zaproszenie:
18 października w naszej kaplicy w Krakowie przy ul. Matki Pauli Tajber 1 będę mieć konferencję p.t. "Gdy chcesz stać się lepszym człowiekiem i ci nie wychodzi..."
Jest to kolejne nauczanie z serii "All for the soul", które zapoczątkowaliśmy w Krakowie. W każdy III czwartek miesiąca zapraszamy na 19.30. Pół godziny wcześniej jest Adoracja Najśw. Sakramentu.
Aaa, jeśli chodzi o adorację. W każdy I czwartek miesiąca w naszej kaplicy przez cała dobę trwa adoracja. Można w ciągu dnia wpaść i pogadać z Panem Jezusem. Szczególnie zapraszam w czwartkowe wieczory. Od 19 godziny trwa wspólne uwielbienie...
Zapraszam


czwartek, 11 października 2018

owcowilki - ciąg dalszy

W komentarzu do ostatniego posta na stronie Gościa Niedzielnego skrytykowano mnie za moją miękką postawę wobec wilków, które według mnie z natury są owcami, tylko pokąsanymi.

"Wilkowi nie da się przywrócić pierwotnej łagodności, bo ta istniała tylko przed upadkiem pierwszych rodziców. Wilk zatem pozostanie wilkiem. Znacznie więcej realizmu od s. Bogny miał Benedykt XVI, który po swoim wyborze na następcę Piotra prosił: "Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami."

W sumie dobrze, bo lepiej podciągać się do poziomu papieża, niż być bardziej papieskim niż papież :-)

Ale poważnie, rozumiem dobrze intencje piszącego. Nie można być naiwnym i wpuszczać wilków do stada. Ta zasada jest słuszna.
Jednak sprawy się komplikują, gdy zadamy pytanie: "A kto ma być tym sędzią, który oddziela wilki od owiec?". Znam kilku samozwańczych i, powiem tak, wydaje mi się, że dużo zamieszania robią w owczarni. Nie wiedzę dobrych owoców. Serio. Mnie samej marzyłaby się taka klarowna sytuacja: kogo unikać, z kim trzymać. Tylko ja nie wiem who is who? I nie chodzi o to, że nie umiem oceniać czynów. To można i trzeba robić: "Według mnie ta i ta postawa czy ten czyn jest zły..." ale określić kogoś wilkiem, to powiedzieć; "Ty jesteś zły". A to daleko przekracza nasze kompetencje.

"Jeden jest Prawodawca i Sędzia, w którego mocy jest zbawić lub potępić. A ty kimże jesteś, byś sądził bliźniego? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika." Jk 4, 12.14

Tylko Jezus, gdy przyjdzie w chwale, oddzieli owce od kozłów/wilków. A teraz, popatrzcie co robi. Popatrzcie i pozwólcie, by Jego postawa, nawet, jeśli was bulwersuje, a może dzięki temu, pozwólcie, by ona was przemieniała:
On pozwala się ugryźć wilkom. Podchodzi do każdego człowieka - złego czy dobrego, bezbronny. I ugryziony, uzdrawia go mocą swojej Krwi.

To nie jest bajka. Popatrz na krzyż. Jezus jest pokrwawiony przez nas. Nie przez nich. I nie zasłonił się przed nami. Nie chronił się przed moim okrucieństwem, obojętnością, agresję, zawiścią. Nie odrzucił mnie jak wilka. Właśnie dlatego mogę stawać się owcą.

to ja z koleżankami :-)