poniedziałek, 15 października 2018

Tu jest coś więcej...

Śledziłam sobie w wolnych chwilach na FB to, co się działo na "Sercu Dawida". Nie ukrywam, że zdjęcia uśmiechniętych znajomych, opatrzone komentarzami: "Nie mogło nas tam nie być", sprawiały, że żmijka zazdrości w mojej, ciągle mało pobożnej, duszy podnosiła z sykiem łebek :-) Ach, oni tam, a ja tu w zwykłej codzienności. Bez mikrofonów i reflektorów. Bez relacji na żywo w mediach społecznościowych i bez selfików z gośćmi z górnej półki. :-O
Ok, troszkę sobie śmieszkuję, ale temat, który chcę poruszyć jest poważny.
Celowo zwróciłam uwagę na oprawę i medialny wymiar tego spotkania (to dotyczy także innych tego typu wydarzeń). Profesjonalnie, z rozmachem zrobione "Serca Dawida" cieszy. Jestem pełna uznania dla organizatorów (pozdrawiam serdecznie Maćka i Dorotkę Wolskich i wielu innych, którzy współtworzą to wydarzenie). Jeśli chcemy głosić Jezus współczesnemu człowiekowi trzeba to robić współczesnymi metodami, a nie przy pomocy przaśnych środków, które jedynie utwierdzają przekonania, że to, co pobożne jest nudne. W tej kwestii nie ma co dyskutować.
Jednak cel, który chcemy osiągnąć, to sprawić, by ludzie umieli widzieć obecność Jezusa ciągle. Nie tylko w czasie świetnie zaaranżowanych eventów.
Dlatego tak ważny jest ten moment, gdy gasną reflektory, a ludzie wracają do swoich domów i do codzienności.
Jezus jest zawsze TU, nigdy TAM.
Był w hali Expo dla tych, którzy tam się modlili i był w tym samym czasie w mojej zakonnej kaplicy. A nade wszystko jest obecny w nas, w naszych duszach, bo jesteśmy Jego Mistycznym Ciałem - Kościołem.
On jest. 
Niezależnie od okoliczności.
Jeśli robimy wielkie ewangelizacyjne czy uwielbieniowe spotkania, to tylko po to, by bardziej Go zauważyć. 

Kiedy gaśnie światło reflektorów, najważniejsze Światło płonie dalej jasnym blaskiem. Właśnie tu gdzie jesteś, jest coś więcej niż Jonasz, niż Salomon, niż Mojżesz, niż którykolwiek z dawnych lub współczesnych proroków.
On tu jest.

Jezus i Maria Magdalena Tycjan

piątek, 12 października 2018

All for the soul

Bardzo dawno nie było rekolekcji w Siedlcu. I w najbliższym czasie nie planujemy kolejnych. Może to trochę jesienne spowolnienie tempa, a może po prostu porwały nas inne wyzwania i zadania. Mniejsza o to.
Dla tych, jednak, którzy mieszkają w Krakowie lub okolicach mam zaproszenie:
18 października w naszej kaplicy w Krakowie przy ul. Matki Pauli Tajber 1 będę mieć konferencję p.t. "Gdy chcesz stać się lepszym człowiekiem i ci nie wychodzi..."
Jest to kolejne nauczanie z serii "All for the soul", które zapoczątkowaliśmy w Krakowie. W każdy III czwartek miesiąca zapraszamy na 19.30. Pół godziny wcześniej jest Adoracja Najśw. Sakramentu.
Aaa, jeśli chodzi o adorację. W każdy I czwartek miesiąca w naszej kaplicy przez cała dobę trwa adoracja. Można w ciągu dnia wpaść i pogadać z Panem Jezusem. Szczególnie zapraszam w czwartkowe wieczory. Od 19 godziny trwa wspólne uwielbienie...
Zapraszam


czwartek, 11 października 2018

owcowilki - ciąg dalszy

W komentarzu do ostatniego posta na stronie Gościa Niedzielnego skrytykowano mnie za moją miękką postawę wobec wilków, które według mnie z natury są owcami, tylko pokąsanymi.

"Wilkowi nie da się przywrócić pierwotnej łagodności, bo ta istniała tylko przed upadkiem pierwszych rodziców. Wilk zatem pozostanie wilkiem. Znacznie więcej realizmu od s. Bogny miał Benedykt XVI, który po swoim wyborze na następcę Piotra prosił: "Módlcie się za mnie, abym nie uciekł ze strachu przed wilkami."

W sumie dobrze, bo lepiej podciągać się do poziomu papieża, niż być bardziej papieskim niż papież :-)

Ale poważnie, rozumiem dobrze intencje piszącego. Nie można być naiwnym i wpuszczać wilków do stada. Ta zasada jest słuszna.
Jednak sprawy się komplikują, gdy zadamy pytanie: "A kto ma być tym sędzią, który oddziela wilki od owiec?". Znam kilku samozwańczych i, powiem tak, wydaje mi się, że dużo zamieszania robią w owczarni. Nie wiedzę dobrych owoców. Serio. Mnie samej marzyłaby się taka klarowna sytuacja: kogo unikać, z kim trzymać. Tylko ja nie wiem who is who? I nie chodzi o to, że nie umiem oceniać czynów. To można i trzeba robić: "Według mnie ta i ta postawa czy ten czyn jest zły..." ale określić kogoś wilkiem, to powiedzieć; "Ty jesteś zły". A to daleko przekracza nasze kompetencje.

"Jeden jest Prawodawca i Sędzia, w którego mocy jest zbawić lub potępić. A ty kimże jesteś, byś sądził bliźniego? Parą jesteście, co się ukazuje na krótko, a potem znika." Jk 4, 12.14

Tylko Jezus, gdy przyjdzie w chwale, oddzieli owce od kozłów/wilków. A teraz, popatrzcie co robi. Popatrzcie i pozwólcie, by Jego postawa, nawet, jeśli was bulwersuje, a może dzięki temu, pozwólcie, by ona was przemieniała:
On pozwala się ugryźć wilkom. Podchodzi do każdego człowieka - złego czy dobrego, bezbronny. I ugryziony, uzdrawia go mocą swojej Krwi.

To nie jest bajka. Popatrz na krzyż. Jezus jest pokrwawiony przez nas. Nie przez nich. I nie zasłonił się przed nami. Nie chronił się przed moim okrucieństwem, obojętnością, agresję, zawiścią. Nie odrzucił mnie jak wilka. Właśnie dlatego mogę stawać się owcą.

to ja z koleżankami :-)

poniedziałek, 8 października 2018

Jak owce między wilkami

W historiach o wilkołakach, czy w ich nowoczesnej inkarnacji - zombie, jest dużo prawdy. Nie w znaczeniu, żeby gdzieś się tam po nocy szwendały, ale w warstwie mądrościowej, którą zawierają wszystkie bajki.
Ukąszenie wilkołaka, czy też jego bardziej odrażającej wersji - zombie, sprawia, że ugryziony delikwent zamienia się w podobnego stwora. I tak rzeczywiście dzieje się w rzeczywistości. Kiedy zostajemy ukąszeni przez zło jakiegoś człowieka, który nas rani, robi krzywdę, poniża czy pozbawia czegoś, do naszego duchowego krwiobiegu zostaje wprowadzona trucizna, która ma moc upodobnić nas do krzywdziciela. W odruchu bólu chcemy odpowiedzieć pięknym za nadobne albo po prostu gorszymy się i przestajemy ufać ludziom, zamykając się w skorupce egoizmu. A tej skorupie stopniowo przepoczwarzamy się w całkiem podobnego zombiaka. Nie od dziś psychologia zna ten mechanizm: ofiara często przemienia się w kata.
Chociaż to nie temat tego posta, to warto w tym kontekście pomyśleć o wszystkich "katach", których spotkaliście. Tak. To są biedne ofiary ukąszenia złem. Kiedyś sami doświadczyli krzywdy i teraz zadają ją innym...
Co jednak robić, by uchronić się przed zakażeniem? Przecież niemożliwym jest ukryć się przed wszelkim złem i niesprawiedliwością.
Jezus posyła nas "jak owce między wilki" i podstawową naszą troską nie jest to, by nie dać się zjeść (o to troszczy się Pasterz! Wiecie jaki On jest. Sam da się zabić, ale nie ucieknie, będzie nas bronił do końca, do zwycięstwa!), ale to, by pozostać owcą i nie zmienić się w wilka.
Pozostać łagodnym, dobrym, zdolnym do czynienia dobra, pomimo doświadczanej niewdzięczności, obojętności, wrogości.
I to nie dlatego, że jesteśmy tacy wspaniali i sami z siebie to umiemy. Ale dzięki temu, że jesteśmy w ciągłej relacji z Pasterzem, który daje nam tak wiele miłości, troski, czułości i słodyczy, że starcza dla nas i jeszcze wylewa się na innych.
Dostęp do troski Pasterza ma jednak tylko owca. Wilk tak na zdrowy rozum, może się spodziewać od Pasterza tylko ciosu w zęby.
Ale ten dziwny Pasterz nawet w wilku umie rozpoznać swoją zzombiałą (co za wyraz :-))) owieczkę. I wiecie co wtedy robi? Pozwala się ugryźć temu wilkowi/chorej owcy. Jednak zamiast ulec zakażeniu złem, mocą swojej Krwi przemienia wilka w owcę, przywracając jej pierwotną łagodność. Ale to jest już opowieść z następnej bajki...



sobota, 6 października 2018

Oczy szeroko zamknięte

Osiem miesięcy temu nasz przyjaciel Darek po urazie głowy zapadł w śpiączkę. Pamiętam, że kiedy modliłam się za niego niedługo po tym wydarzeniu, otrzymałam takie słowo z Księgi Syracha: "Henoch podobał się Panu i został przeniesiony jako przykład nawrócenia dla pokoleń" Syr 44, 16.
Ten dziwny stan "przeniesienia", w którym Darek jak Henoch, nie ujrzał śmierci, a jednak został zabrany, trwa do dzisiaj. Gdy patrzę na codzienne życie Darka i jego żony Irenki, jest to niewątpliwie żywy przykład nawrócenia dla pokoleń. 
Myślicie, że to jest smutny tekst o chorobie? Mylicie się.
To tekst o życiu.
Nie wierzycie? Nie tak dawno Darek i Irenka byli razem w kinie. Tak. To nie żart. Dawniej lubili chodzić do kina, więc czemu teraz nie? Nie wiemy jaki jest stan świadomości Darka, ale wiemy na pewno, że każdy bodziec stymulujący jest dobrym krokiem w stronę wybudzenia.
Dzisiaj z Darkiem, Irenką i Mariolą byliśmy razem w Siedlcu w naszym domu rekolekcyjnym. Dawniej często przeżywaliśmy tam wspólnie rekolekcje. Pamiętam, jak Irenka i Mariola kilka lat temu modliły się razem w tym miejscu za Pawła. Po tej modlitwie i Sakramencie Namaszczenia Paweł został uzdrowiony z guza wątroby i HCV. Darek też tam wtedy był i modlił się wstawienniczo w innym zespole. Dzisiaj także prosiliśmy Jezusa w tej samej kaplicy, przed obrazem Jezusa Promieniującego, by jeśli Pan tego chce, kazał Darkowi powrócić do nas. 
Dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych. Wierzę w to głęboko, że może tego dokonać. I wierzę w to, że każdy dzień, gdy nasz Henoch leży pomiędzy życiem a śmiercią, ma swój sens - jako przykład nawrócenia dla pokoleń.

 
W kaplicy, gdzie znajduje się obraz Jezusa Promienującego, nawet zdjęcia wychodzą ze świetlistą poświatą :-)))))

czwartek, 4 października 2018

Synodalne słuchanie

No i zaczął się synod o i z młodzieżą w roli głównej. Jednak, chociaż się nim interesujemy,  dla wielu zwykłych katolików synody dzieją się gdzieś ponad ich głowami, w jakiejś przestrzeni odległej o zwykłego życia. Instrumentum laboris, dyskusje, dokument końcowy... trochę medialnego szumu wokoło. 
A jednak synod to nie tylko wydarzenie, ale styl życia Kościoła, który może i powinien przenikać do naszej codzienności.
Synodos to wspólne wędrowanie. Tak siebie pojmuje Kościół - lud Boży w drodze. Idziemy razem, zmierzając do celu. To bardzo ważne w rozumieniu własnej tożsamości. Nikt z nas nie może powiedzieć, że osiągnął wszystko. Nikt nie jest guru, bo jesteśmy braćmi w drodze. Nikt też nie może mieć pretensji do brata, że nie jest doskonały. To nie jest pretekst do usprawiedliwiania bylejakości i grzechu. Warunek jest jasny: musisz iść i to w dobrym kierunku!
Papież Franciszek na początek synodu wskazał na potrzebę słuchania. Och! Jak wiele jest spotkań, na których wszyscy mówią i nikt nie słucha. Pomysł, by po kilku wystąpieniach zachować przez chwilę ciszę, jest genialny w swojej oczywistości i prostocie! Tylko w tej ciszy Duch Boży może przetwarzać w nas tę "informacyjną sieczkę", która dociera do nas w ogromnej ilości (to są ważne dane, ale nie przetworzone, pozostawiają tylko chaos informacyjny) w objawienie.
Już na tym etapie możemy wiele skorzystać z rozpoczynającego synodu.
Dialog, słuchanie, wspólne wędrowanie. Styl życia chrześcijańskiego.

środa, 3 października 2018

Jak iskra po ściernisku...

Warszawa wkrótce będzie mocno tętnić Bożym życiem. Stadion Młodych, Serce Dawida. Tysiące bliskich mi w Chrystusie (a pewnie setki znanych mi osobiście :-)) ludzi ruszy do stolicy, by wielbić Boga i ogłaszać Jego Królestwo. 
A ja sobie tu w Krakówku będę w tym czasie. I żeby było śmieszniej, jak jakiś zapóźniony gość, dotrę do Warszawy akurat na koniec miesiąca już po wszystkim, kiedy będę prowadzić tam CDM.
I dla tych właśnie, którzy, z różnych powodów, nie mogą uczestniczyć w wielkich spotkaniach, jest ten tekst.
Hey, Bracia, żal Wam? 
Troszkę żal, nie?
Dobrze jest się ogrzać przy wielkim ogniu, oj, dobrze.
Ale przychodzi taki moment, że samemu trzeba płonąć tam, gdzie Pan nas postawił. I nie tylko płonąć, ale i rozpalić innych.
Właśnie te miejsca, które wydają się tchnąć chłodem, domagają się naszej obecności.
Wchodzisz do autobusu, do biura, idziesz ulicą. Nikt nie uwielbia Pana, nikt rąk nie podnosi. Nie słychać "alleluja!". Zamiast uciekać w bezpieczną przestrzeń, zostań i chociaż ty oddaj chwałę Bogu na tym skrawku ziemi, który przecież też należy do Niego! Może będziesz jedyny w tym miejscu, który pomyśli o Jezusie, może tylko ty zwrócisz się do Niego i wniesiesz błogosławieństwo w jałową przestrzeń.
I to wystarczy. 
Światło w ciemnościach świeci i ciemność jej nie ogarnie! Nawet, jeśli twoje światło wydaje ci się tak małe jak płomyk zapalonej zapałki, to i tak ciemność ustępuje. Jesteś zwycięzcą.


Uczniowie Jezusa rozbiegną się jak iskry po ściernisku.
Amen.


poniedziałek, 1 października 2018

Prawda - dom na skale

Obiecałam tekst o drodze do wolności od opinii ludzkiej i akurat w tych dniach znalazłam się w miejscu, które można nazwać wyjątkowym laboratorium wolności. Spędziłam, bowiem, ten weekend w ośrodku Monaru.
Byłam tam drugi raz i, zaprawdę, był to czas błogosławiony.
Pośród wielu, wielu wrażeń, to jedno powraca do mnie nieustannie, wybijając się na pierwszy plan: atmosfera życia w prawdzie!
Ludzie, którzy podejmują leczenie, kończą z zaprzeczaniem faktom. Przestają uciekać przed prawdą o swoim zniewoleniu. Ściągają maski i porzucają pozory, ale odzyskują autentyczne twarze.
To tworzy niepowtarzalny klimat. Jakbyś po dniach spędzonych w zasnutym smogiem mieście, wyjechał w góry.
Pojawia się tlen  - prawda.
(Nawiasem mówiąc, to jest świetna, żyzna gleba pod zasiew ziarna Ewangelii. Właściwie głoszący nie musi się zbyt wiele wysilać. Łaska rozlewa się sama!)
Mimo tego, że atmosfera prawdy jest błogosławioną przestrzenią, w której rodzi się wolność, nowe życie i autentyczna siła. A przede wszystkim, gdzie może działać Bóg, niechętnie rozstajemy się z zatrutym klimatem pozorów.
Kochamy maski, grę pozorów i zajmowanie się rzeczami nieważnymi. Dopiero, gdy dom zbudowany na piasku rozlatuje się w drobny pył, zaczynamy wołać do Pana.
A i wtedy, często, zamiast wywalić gruzy, pieczołowicie zbieramy szczątki kolorowej fasady i kleimy znowu i znowu, chociaż czujemy, że to tylko kamyki, nie prawdziwe życie.
Dlatego, te chwile, gdy świat pozorów rozlatuje się nieodwracalnie, są tak błogosławione, chociaż bardzo bolesne.
Wolność zaczyna się od uznania prawdy. Od zobaczenia nagiej skały prawdy bez nadbudowy fasady i ozdóbek.
Może ta skała nie wygląda tak kolorowo i efektownie, ale jest autentyczna i trwała. Bóg kocha to miejsce i  zaczyna na nim budować dla ciebie dom niezniszczalny.


"Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli" J 8, 32



czwartek, 27 września 2018

W oczekiwaniu na wyrok

Dla skazańca dodatkową karą jest oczekiwanie. Siedzi i czeka aż się otworzą drzwi...
Wbrew pozorom, to doświadczenie nie jest obce tysiącom ludzi na świecie. 

Nie, to nie jest tekst o karze śmierci.
To tekst o... zależności od ludzkiej opinii.

Zrobiłeś coś, powiedziałeś, zachowałeś się.
I teraz siedzisz i czekasz aż się otworzą drzwi... I ktoś wejdzie, powie, popatrzy, skrzywi się, albo, to najgorsze, nie wejdzie - zlekceważy.
W oczekiwaniu, oddech jest krótszy, zdolność skoncentrowania się na czymś innym znikoma, energia życiowa ograniczona tylko do jednego - do oczekiwania.
A tu trzeba jakoś funkcjonować, podejmować nastepne działania. A każde kolejne, skutkuje nowym oczekiwaniem na reakcję otoczenia.
Koszmar skazańca razy dziesięć.

Może pomyślisz, że to dotyczy nadwrażliwców. Być może. Jednak jestem pewna, że mnóstwo ludzi, nawet, jeśli sobie tego nie uświadamia, doświadcza tego skróconego oddechu i niezdolności do aktywności, z powodu ciągłego oczekiwania na cios - wyrok - opinię - reakcję.

Nie zawsze jest to bierne oczekiwanie. Czasem owocuje ono permanentną agresją wobec otoczenia. Po co czekać na wyrok, skoro można pierwszemu zadać cios.
Czasem, gdy oczekiwanie staje się nieznośne, przeradza się ono w żebranie o wyrok. Jakikolwiek: uniewinniający - gdy ktoś pochwali, dowartościuje, lub skazujący. Łatwiej jest znieść cios niż na niego czekać. Nieraz, chociaż jest to forma perwersji, skazaniec, prowokuje otoczenie do wydania wyroku skazującego, zniechęca do siebie, drażni. Jednym słowem, robi wszystko, by dostać feedback: "Jesteś zły, nie taki, niegodny, nie warty...". Takie zachowanie wydaje się samobójczym, a jednak ma swoją logikę.
Pochwała, uznanie, miłość, akceptacja jest tym czego pragnie skazaniec w sądzie ludzkich opinii. Pragnie tego, bo mu tego straaaaaaasznie brakuje. Bo nie myśli o sobie jako o kimś godnym, dobrym, wartościowym. I właśnie dlatego tak rozpaczliwie czeka na opinie innych. Ale opinia pozytywna, chociaż na chwilę koi bolesne pragnienie, nie zgadza się z tym przekonaniem, jakie on sam nosi o sobie. "Jak to dobry, kochany, mądry?! Ejże, chyba się ten ktoś pomylił! To nie może być prawda". I nieświadomie zaczyna prowokować tego, kto okazał mu uznanie do zmiany zdania.

To co? Jest to jedynie historia dla nadwrażliwców? A może każdy z nas może się w tym lustrze nieco przejrzeć?

Spróbujmy popatrzeć na życie modlitwy skazańca. W grupie, to wszystko jakoś jeszcze idzie. Ale kiedy skazaniec staje do modlitwy osobistej, sprawy się bardzo komplikują. Bóg często każe czekać na odpowiedź. Te chwile ciszy, są dla skazańca męką. To nie jest błogie trwanie w Bożej miłości! To trauma oczekiwania na cios! Równie trudne są chwile, kiedy Bóg intensywnie okazuje swoją miłość i bliskość. Nawet, jeśli na chwilę, skazaniec pozwoli się obłaskawić i zacznie czerpać radość z doświadczenia Bożej bliskości i życzliwości, czerwone światełko w jego głowie zapali się bardzo szybko: "To zbyt piękne, by było prawdziwe!". I po zabawie.

No i? Jest to li tylko historia dla nielicznych?

Jeśli jest ona tylko dla nielicznych osób, to zapewne zainteresowanie następnym tekstem, o tym, jak wyjść z tego pokoju skazańców, będzie mizerne... Może w ogóle nie warto pisać...? 
Ok, trochę drażnię się z Wami. Dawno nic nie publikowałam, więc próbuję obudzić Was, Drodzy Czytelnicy, z letargu :-))))).
Tekst, oczywiście, napiszę. nie będę się mądrzyć psychologicznie, ale oprę się o własne doświadczenie drogi ku wolności. Bo my wszyscy jesteśmy na drodze od bycia niewolnikami-skazańcami do bycia wolnymi synami i córkami Boga.
Dzisiaj zostańmy na etapie uświadamiania sobie jak mocno jeszcze rządzi nami strach przed opinią i bolesne znamię już wytatuowanych na nas krzywdzących opinii. 
Jeśli uważasz, że ten tekst może komuś posłużyć na drodze uwolnienia, prześlij dalej, polub, upublicznij... Niech służy.

sobota, 30 czerwca 2018

Czułość jest w cenie

Ciągle wraca do mnie temat "serca z ciała" i "serca kamiennego". To ważny temat. Właściwie decydujący o jakości życia. Albo raczej, decydujący o tym, czy żyjesz naprawdę. Z kamiennym sercem bowiem można jedynie imitować życie.
Jednak nad sercem nie mamy pełnej władzy. Jego "zatwardziałość" jest skutkiem wielu czynników niezależnych od nas: trudne doświadczenia, zdrady, zawiedzione nadzieje.... Któż z nas tego nie zna? Ileż razy można startować z nową otwartością w świecie, który na różne sposoby próbuje nas wyrolować? Nasze serca się starzeją, tracąc ten niepowtarzalny walor delikatności i czułości. A szkoda, bo właśnie tego światu dzisiaj najbardziej potrzeba. Tak, bardziej dzisiaj potrzeba delikatnej, czułej obecności niż wzrostu gospodarczego i wielkich dzieł (także w dziedzinie kościelnej).
Co zatem możemy zrobić, żeby nie poddawać się duchowej kardiosklerozie? Oczywiście, to Duch Boży, przemienia nasze serca i zawsze i wszędzie musimy Go prosić, by rozpuszczał w nas skrzepy nieprzebaczenia, urazy, krzywdy i samousprawiedliwień. Pamiętacie te słowa: 
"Posyła słowo i lód topnieje
Powieje wiatrem i wody płyną". 
Właśnie tak działa Bóg - topi twardość naszych serc przez Słowo i Wiatr. Przez miłość.
Jednak my sami także musi dbać o nasze serca, by każdego dnia zachowywać je zdolnymi do czułości i delikatności. 
W dzisiejszym czytaniu znajdujemy jedną z rad, w jaki sposób to czynić, szczególnie w chwilach cierpienia i bolesnych doświadczeń:
"Wylej swoje serce jak wodę w obecności Pana"
Zanim ból stężeje w tobie jak lód. zanim "weźmiesz się w garść", z postanowieniem, że sam musisz sobie dać radę, zanim pomyślisz, że jesteś zdany tylko na siebie,
przyjdź do Pana i wylej przed nim wszystko, co masz w sercu. Wszystko. Bez wahania i obaw, że nie będziesz dobrze zrozumiany. Nawet, jeśli masz pretensje do Boga. Wylej to.
Zobaczysz, że cierpienie straci moc "mrożenia" twojego serca. Tak. bo najgorsze, co może nas spotkać, to nie cierpienie, ale sytuacja, gdy w cierpieniu tężejemy w zimny głaz. 
Niech Bóg nas przed tym chroni.


niedziela, 24 czerwca 2018

Modlitwa? To proste!

Modlitwa jest traktowana często jako umiejętność, której trzeba się nauczyć. W związku z tym, już jako dzieci, zostajemy "zapisani" do szkoły modlitwy: uczy się nas żegnać, składać ręce, odmawiać formuły... Potem, jeśli "kształcenie" modlitewne jest kontynuowane, uczymy się form medytacji czy różnych form ekspresji modlitwy.
W tym znaczeniu, modlitwa przychodzi do nas jako coś zewnętrznego. Nie dziwi więc fakt, że szybko zostaje w naszych głowach skatalogowana w dziale "obowiązki".

A obowiązki, jak to obowiązki, ciążą człowiekowi.

Jednak św. Paweł mówi, że Duch Święty modli się w nas. (por. Rz 8, 26-28). Czyli mamy do czynienia z rzeczywistością, która potajemnie już teraz, gdzieś w głębi naszej duszy dokonuje się, nawet, gdy o tym nie myślimy. Nie zawsze umiemy wejść w kontakt z tym wewnętrznym nurtem modlitwy, bo Duch "przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami". One są równocześnie bardzo, bardzo nasze, i zarazem, w jakiś sposób przekraczają nasze wyobrażenia.

Czy to oznacza, że możemy spokojnie zaniedbać wszelki wysiłek modlitewny, bo przecież Duch całe zadanie bierze na siebie? Żadną miarą!

Jednak, zamiast "tworzyć" modlitwę, możemy spróbować "podłączyć się" pod zbawienny nurt Ducha Świętego, czyli utożsamić się z Jego "westchnieniami", tak by stały się one naszymi w całej przestrzeni życia.

Duch Święty przenika nasze dusze. Wie czego potrzebujemy. Jeśli wsłuchamy się w Jego wołanie i odpowiemy na nie naszym "amen", możemy wejść na drogę głębokiej relacji z Bogiem.


Amen.

środa, 13 czerwca 2018

ziarno gorczycy- I Piesza Pielgrzymka do Siedlca

W sobotę 9 czerwca 2018 miało miejsce ważne wydarzenie. Nie, nie pisały o tym gazety. Poza małymi zajawkami na FB, nie było o tym szumu. Zresztą, wcale nie miało go być. Bo rzeczy cenne muszą dojrzewać w ciszy.
Otóż, 9 czerwca w sobotę rano ruszyła z Krakowa-Prądnika Białego do Siedlca I Piesza Pielgrzymka.
Było nas ok. 40 osób. Przeszliśmy dystans ok. 25 km pomiędzy miejscem, gdzie M. Paula Tajber - Założycielka Zgromadzenia Sióstr Duszy Chrystusowej spędziła większość życia, a domem, w którym 28 maja 1963 r. zmarła.
Może ktoś powie: "Ale cóż w tym nadzwyczajnego. Tak wiele jest różnych wydarzeń, eventów, wielkich i małych imprez religijnych..." 
Zgadzam się, ale kto uczestniczył, ten wie, że był w tym wydarzeniu jakiś niesamowity potencjał duchowy.
Coś mi mówi, że z tego ziarnka wyrośnie piękne drzewo.


I Pielgrzymka odbyła się w 55. rocznicę śmierci M. Pauli Tajber. Juz teraz zapraszam za rok. A na zachętę, kilka migawek z filmiku:

https://youtu.be/GeJGv2ZL92c

środa, 6 czerwca 2018

Miód i ocet

Pisałam jakiś czas temu o tym, że mocno porusza mnie fragment z Psalmu 81:
"Sycił ich miodem z opoki".
Nic się nie zmieniło od tamtej pory. Dalej te słowa pracują w moim sercu. Niosą przesłanie, którego nie jestem w stanie wyrazić słowami. A Bóg, który jest wierny w swoim prowadzeniu pokazuje ciąg dalszy: wczoraj natrafiłam na takie słowa św. Augustyna:
"Miodem chce cię Bóg napełnić; jeśli jesteś pełen octu, gdzie podziejesz miód? Usunąć trzeba to, co jest w naczyniu, oczyścić trzeba naczynie, oczyścić należy, choćby to kosztowało wiele trudu i bólu, aby było w nim miejsce na tę tajemniczą rzeczywistość".

Bóg odsłonił przede mną niewyobrażalnie pociągający urok tej "tajemniczej rzeczywistości", ukrytej pod symbolem miodu płynącego z opoki. Słodyczy, która nie jest tanim sentymentalizmem, ale mocą miłości. Ale życie nie znosi pustki. W czasie, gdy tęsknota za słodyczą łaski była jedynie nieuświadomionym skowytem duszy (to jest opowieść o moim i Twoim, Bracie i Siostro, sercu), nasze wnętrza napełniały się octem rozgoryczenia i zwątpienia.

I właśnie tym octem poiliśmy naszego Pana (Łk 23, 36), szydząc z Jego bezbronnej miłości.

Przesadzam? Nie sądzę. 

I jeszcze jedno. Właśnie tak Jezus nas zbawia. Przyjmuje ocet naszego zgorzkniałego serca w siebie i w zamian daje miód swojej słabej/mocnej miłości.

Inny obraz, który to wyraża, a o którym już wspominałam: Bóg chce dać nam serce nowe. Serca z ciała, zamiast serca z kamienia (por. Ez 36, 26). Ta przemiana dokonuje się, bo Jezus przychodzi do nas z, jak to się pięknie mówi, "sercem na dłoni". I to serce krwawi na ostrych brzegach naszych kamiennych, chropowatych serc. I właśnie ta krew, rozpuszcza twardość kamienia.

Mnie to powala na kolana.


czwartek, 24 maja 2018

Słowo w kontekście

Dawno nie pisałam, ale ta cisza zaowocuje. Obiecuję :-) Bóg dokonuje we mnie czegoś nowego i musi to dojrzeć w milczeniu. Więc dzisiaj chcę się z Wami podzielić tylko dwoma fragmentami Słowa Bożego, które otwarły się dla mnie dzisiaj podczas czytania.
Są one z liturgii dnia powszedniego, chociaż oczywiście, dzisiaj jest Święto Chrystusa Najwyższego Kapłana (Niech Bóg błogosławi wszystkich kapłanów!).

Pierwszy: z psalmu responsoryjnego (Ps 49)
"Śmierć ich pasie". W angielskim tłumaczeniu dotarło to do mnie mocniej: "death is their shepherd". Śmierć jest ich pasterzem!
Nie ma drogi trzeciej! Albo Pan jest moim Pasterzem, albo śmierć. The chose is yours!

Drugi: z Ewangelii św. Marka (Mk 9, 41nn)
Jezus uzdrawiał. To fakt. Przywracał wzrok, leczył chromych, przywracał sprawność rękom. Mamy te historie opisane w Ewangeliach. I nadal chce uzdrawiać. To jest nawet tzn. fakt prawdziwy :-)  Mamy tego liczne świadectwa. Ale Jezus mówi także, że "lepiej jest człowiekowi wejść do Królestwa jednookim, bez ręki, bez nogi niż być potępionym razem ze swoim świetnym wzrokiem i sprawnymi rękami i nogami. Jakże ważna jest właściwa hierarchia wartości!
Czyż nie?

I jeszcze na koniec wisienka na torcie:
Od kilku dni chodzi po mojej głowie słowo, które mnie niesie:
"Nasycił ich miodem z opoki". Nawet nie wiem skąd to jest. Muszę sprawdzić. Ale to nieważne. To jest cudne Słowo. nie jestem w stanie Wam przekazać, jak wiele niesie dla mnie treści i jak mnie karmi. 
Nasycajcie się sami :-)
Pozdrawiam.
Blessing 

środa, 16 maja 2018

W oczekiwaniu

Szczególny jest ten czas, gdy rośnie w nas oczekiwanie na nową łaskę. Przypomina pękanie pąka, z którego rodzi się kwiat, a potem owoc.
Wyjątkowy jest ten czas, gdy wychodzimy z zimowej stagnacji i odważamy się pragnąć, i wychylamy się ku nowej wiośnie.
Czasem łatwiej byłoby pozostać w letargu, bo pragnąć to znaczy cierpieć tęsknotę. 
Już długo hibernowaliśmy nasz głód nowego życia, ale przyszła chwila, by rozwinął się on w nową nadzieję.
To właśnie jest ten moment.
Czekam na nie wiem co.
Ale przeczuwam.
Chodzi niewątpliwie o wielką i niepojętą miłość.
Nie o moc czy wiedzę.
 Ale właśnie o miłość.
Jeśli i w tobie rozkwitnęły pragnienia to wiesz, że właśnie o to chodzi.
O Ducha, który jest Miłością Ojca do Syna i Syna do Ojca. 
I do mnie. I do ciebie.
Amen.

czwartek, 10 maja 2018

W drogę....

Wiem, że trudno to nazwać pisaniem bloga, ale znowu, jedynie mogę Was prosić o modlitwę na czas głoszenia. Tym razem jadę do Chorzowa, a potem na północ Polski. Liczę na duchowe wsparcie. 
Bóg jest dobry. 

czwartek, 26 kwietnia 2018

Kochani, jadę dzisiaj do Krynicy, gdzie od jutra zaczynamy rekolekcje "Czuły dotyk Boga". 
Liczę na Waszą modlitwę. 
:-)

środa, 25 kwietnia 2018

Znaki

Jezus mówi, że wierzącym będą towarzyszyć znaki i wymienia je (Mk 16).
To jest konkret.
nie, nie zamierzam się tutaj wdawać w diagnozy, co to się podziało, że niby wierzymy, a znaków jakoś mało...
Chcę dzisiaj zająć się po prostu jednym z tych znaków, który mnie szczególnie zachwyca.
I nie jest to uzdrawianie! :-)

Jezus zapowiada: "Nowymi językami mówić będą".
Mówienie jest zdolnością do komunikowania się z innymi osobami. Ten znak jest wymieniony jako drugi, zaraz po wyrzucaniu demonów. Myślę, że nieprzypadkowo. Najpierw trzeba wyrzucić złego ducha, który jest mącicielem i kłamcą. On skłóca ludzi, izoluje ich od siebie i pogrąża w samotności. Gdy zostaje zdemaskowany i wyrzucony, przychodzi czas na mówienie "nowym językiem".

Pięćdziesiątnica przełamała to przekleństwo, które zaciążyło nad nami od czasów Wieży Babel. Wtedy, z powodu pychy "języki się pomieszały". Jednak, gdy Apostołowie napełnieni mocą Ducha Świętego wyszli z Wieczernika i głosili Ewangelię, wszyscy mogli ich zrozumieć.
Oczywiście, miało to wymiar nadzwyczajny. Bez kursu mówili równocześnie w języku Partów, Medów, Elamitów i ilu ich tam było! Cud! 
Sama spotkałam osobę, która w sposób cudowny dostała od Boga język polski. Pomyślicie, to nic nadzwyczajnego, bo my też tak mamy :-) Ale ona była Czeszką! Bóg używał jej potem do ewangelizacji tego najbardziej ateistycznego kraju Europy, gdy przywoziła do Polski ludzi na rekolekcje i tłumaczyła. (Sama też się modlę o to, by Bóg w łaskawości swojej wlał do mojej głowy jakimś lejkiem język angielski. I wierzę, że On tego dokona! :-)
Ale nie o te nadzwyczajności najbardziej chodzi. One są znakiem, czyli wskazują na coś istotniejszego. 
Na jedność, komunikację, relację, spotkanie.
Już teraz możesz używać tego znaku z mocą.
Po prostu mów do ludzi dobre, otwierające słowa. 



poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Bacowskie święto

Wczoraj gościłam we wspólnocie Metanoia w Jaworznie:
więc dopiero dzisiaj, z opóźnieniem, ale z gorliwością :-) rzuciłam się do klawiatury, by pisać.
Otóż, wczoraj zaczął się tydzień Tydzień Modlitw o powołania kapłańskie i zakonne. Nomen omen, wczoraj też w Ludźmierzu było Święto Bacowskie na rozpoczęcie wiosennego redyku. Bacowie owce popędzili na hale, a my modlimy o dobrych pasterzy dla owczarni Jezusa :-)

Od siebie powiem Wam tylko: módlcie się gorąco o powołania do zakonu i kapłaństwa. Nie tylko w tym tygodniu. Módlcie się o to, by otwarły się uszy wybranych. Niech usłyszą głos Boga i pójdą za nim. Módlcie się o gorliwość dla nas, którzy już kroczymy drogą powołania. I módlcie się także za tych, którzy na tej drodze pobłądzili i sprzeniewierzyli się łasce powołania. To też są nasi bracia i siostry. Jezus jest Dobrym Pasterzem dla nas wszystkich.

A na deser kilka perełek z orędzie Papieża Franciszka:

"Bóg przychodzi w milczeniu i dyskretnie, nie narzucając się naszej wolności. Tak więc może się zdarzyć, że Jego głos jest przytłumiony przez wiele trosk i napięć, które zajmują nasz umysł i serce."

"Nie możemy odkryć specjalnego i osobistego powołania, jakie Bóg dla nas zaplanował, jeśli pozostajemy zamknięci w sobie samych, w naszych nawykach i apatii, właściwej ludziom, którzy marnując swoje życie w zamkniętym kręgu swego „ja”, tracą szanse na wielkie marzenia i stawania się protagonistą tej wyjątkowej i oryginalnej historii, jaką Bóg chce napisać wraz z nami."

"Królestwo Boże przychodzi cicho i niepostrzeżenie (por. Łk 17,21), i można przyjąć jego ziarna tylko wówczas, gdy jak prorok Eliasz potrafimy wejść w głębiny naszego ducha, pozwalając, by otworzył się on na niedostrzegalny szmer Bożego powiewu (por. 1 Krl 19, 11-13)."

"Powołanie chrześcijańskie ma zawsze wymiar proroczy. (...) Jak wiatr, który unosi kurz, prorok zakłóca fałszywy spokój sumienia, które zapomniało o Słowie Pana, rozeznaje wydarzenia w świetle Bożej obietnicy i pomaga ludowi dostrzec oznaki jutrzenki w mrokach historii."

"Radość Ewangelii, która otwiera nas na spotkanie z Bogiem i z braćmi, nie może czekać na nasze opieszałości i lenistwa; nie dotrze do nas, jeśli pozostaniemy w oknie, z wymówką, że wciąż czekamy na dogodny czas; nie wypełni się dla nas, jeśli nie podejmiemy dziś właśnie ryzyka wyboru. Powołanie jest dziś!"

Mocne, nie?


piątek, 20 kwietnia 2018

Czułe miejsce

Mam wrażenie, że ile razy zaczynam pisać o czułej miłości Boga, podnosi się krzyk. W wymiarze duchowym. Zły duch wrzeszczy, jakby go przypalano żywym ogniem.
Tak, objawiając dobroć Boga, Jego czułość i bliskość, dotykamy samej istoty naszej wiary i tajemnicy zbawienia.
To nie mądrość nas zbawi, nie doświadczenie mocy, ale miłość. Czuła miłość Boga, która, gdy jest przyjętą, czyni nas otwartymi na łaskę.
To są drzwi do komnaty ukojenia, do tajemnego ogrodu szczęścia.
Ponieważ wielu z nas nie ma odwagi przez nie wejść, często droga do nich jest zarośnięta kolczastymi krzewami naszych życiowych rozczarowań, zranień, zdrad, opuszczenia. I właśnie wtedy, gdy rodzi się w nas pragnienie i tęsknota, by wreszcie odpocząć w ramionach Boga, kolce, jak tkwiące w nas drzazgi, rozdzierają stare rany, mówiąc: "Nie wejdziesz". I jeszcze ten pies ogrodnika - zły duch, który sam zdradził miłość Boga i zazdrości nam naszej relacji z Ojcem. Ujada, warczy, pluje, skowyczy: "Nie wejdziesz".
 A ja ci mówię: "Wejdziesz". Nie bój się ani swojej historii życia, ani kłamliwego ujadania złego ducha. Bóg pragnie cię przygarnąć.

A jeśli chcesz wiedzieć, to On pierwszy staje przed tobą bezbronny i podatny na zranienia. Odsłania swoją duszę. Właśnie teraz.


środa, 18 kwietnia 2018

Daj się złapać

Przed chwilą poczułam się jak Bóg. Nie przesadzam. Tak musi się czuć Bóg. Ale to nie było przyjemne... 
Otóż do pomieszczenia wpadł kopciuszek. 
Myślicie może, że mnie się po tej Ameryce w głowie pomieszało, ale zaraz wszystko wyjaśnię... 
Kopciuszek to taki maleńki ptaszek z rudym ogonkiem. Wpadł był do wnętrza szklarni i nie umiał znaleźć wyjścia. Więc chciałam mu pomóc. Ale moje zabiegi, chociaż motywowane najgłębszą miłością i dobrymi chęciami, wywoływały w nim przerażenie. Uciekał przede mną jak szalony. W jego małej główce była jedna myśl: nie dać się złapać!!! A ja wiedziałam, że właśnie to przyniosłoby mu uwolnienie i szczęście. To ja wiedziałam, gdzie są drzwi, a on bezradnie uderzał w szklany dach szklarni.
Czułam się jak Bóg.

P.S. Ta historia ma ciąg dalszy, który już do tej przypowieści nie pasuje. Moje siostry powiedziały mi, że gdybym ptaszka zostawiła w spokoju, to by sobie wyście znalazł bez mojej pomocy. No cóż, jestem świadoma, że nie nadaję się na stanowisko boga. 
Bóg jest jeden. Najlepszy. Kochający. Dobry. 
Daj się złapać.



wtorek, 17 kwietnia 2018

Perspektywa

Ktoś napisał w komentarzach świadectwo, które doskonale obrazuje coś, co nazywam "tajemnicą szczęścia". Tak, zdaję sobie sprawę, że to nie brzmi dobrze i już na starcie może Was, Drodzy Czytelnicy, zrazić do dalszej lektury tego tekstu. Przecież nie istnieje żadna magiczna formułka, która może nas uszczęśliwić. A jednak, są takie małe rzeczy, które skutecznie zmieniają naszą percepcję rzeczywistości.
Najpierw cytat z komentarza:
"Nie tak dawno byłam smutna i przygnębiona, bo troski życia codziennego wydawały mi się ciężarem nie do udźwignięcia. I wówczas powiedziałam w modlitwie: "Jezu ufam Tobie, Jezu zajmij się tym..." i tydzień później zaczęły dziać się te małe cuda...:
Hasło "zajmij się tym" zrobiło już karierę w świecie chrześcijańskim dzięki ks. Dolindo, jednak nie o formułkę chodzi, ale o.... perspektywę.
Ta sama rzeczywistość czytana z żabiej perspektywy wygląda inaczej niż z lotu ptaka. Czyli mówiąc językiem chrześcijańskim: wiele zależy od tego, czy podchodzisz do spraw jako biedna sierota zostawiona na pastwę losu, czy jako syn/córka Boga. 
Każdy doświadcza trudności, cierpień, niezrozumienia, porażek, samotności, własnej kruchości. Ale inaczej cierpi dziecko pod troskliwą opieką mamy, która przytuli i "podmucha", a inaczej ktoś pozostawiony samemu sobie.
Ostatecznie, nawet nie najważniejsza jest ta zmiana sytuacji na zewnątrz (chociaż nieraz akt wiary i zawierzenia autentycznie otwiera nowe możliwości), ale właśnie to poczucie, że jest Ktoś.
Jezus mówi" "JA jestem Chlebem życia. Kto we mnie wierzy nie będzie pragnął".
Dzisiaj jest nowy dzień. I nowa nadzieja.
Możesz wejść w ten czas z nową perspektywą. Może nie sielanki i beztroski, ale na pewno przyjaźni i wsparcia.
Mnie to wystarcza.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Od znaku do wiary

Tyle się dzisiaj dyskutuje na temat znaków i cudów. Więc i ja się do tej dyskusji dołączę. Wniosek pierwszy i oczywisty jest taki, że dyskutuje się, bo te znaki SĄ. Nie byłoby o czym gadać, gdyby cuda nie działy się na naszych oczach. Ja sama byłam świadkiem niewytłumaczalnego, nagłego i całkowitego uzdrowienia z guza wątroby i HCV oraz wielu innych pomniejszych cudów i cudeniek. Nic nie pomoże zaklinanie rzeczywistości przez tych, którzy woleliby, żeby Bóg bardziej się przystosował do praw natury. Znaki się dzieją.
Inną sprawą jest to, jaki mamy do owych znaków stosunek. Czym one są w naszym życiu wiary. I tu już dyskusja rozpala się do czerwoności.
Ważne, nieważne. Pomagają, przeszkadzają.... i tak w kółko, w nieskończoność. A Jezus daje nam dzisiaj całkowicie czytelną lekcję o roli znaku na drodze wiary (por. J 6, 23-29)
Po pierwsze, Jezus dokonuje rozmnożenia chleba. Bardzo konkretny, przemawiający do zmysłów cud. Jedli do syta! To poruszyło wyobraźnię, emocje. Dało taki napęd, że ludzie szukali Jezusa, latając na około sporego jeziora. Jezus nie bał się wzbudzić takich emocji. On wie z jakiej gliny jesteśmy ulepieni. Gdyby zaczął od wzniosłego kazania o życiu wiecznym i wierze, nie dotarłby do serc tych ludzi.
Ale jest i ciąg dalszy. Gdy ludzie zostali poruszeni, dotknięci widzialnym cudem. Pokazuje im, że jest on znakiem większej rzeczywistości. Może to spłycę, ale sparafrazuje to tak: "Podobało się? Ja ja chcę wam dać sto razy więcej".

Jezus stopniowo podprowadza ludzi do odkrycia tej prawdy, że On sam jest Chlebem, czyli tym, który zaspokaja wszystkie pragnienia i potrzeby ludzkiego serca. 
"Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli". To jest cel: Wiara w Jezusa, która sprawia, że możemy być z zbawczej relacji z Nim bez przerwy, także wtedy, gdy nie widzimy znaków. Która sprawia, że Jezus sam jest w centrum naszego życia, a nie to, co możemy dzięki Niemu uzyskać. Która daje skuteczniejsze spotkanie z Bogiem niż cuda.
Ale droga prowadzi poprzez znaki. Więc się cudów nie bójmy. One krzywdy nam nie zrobią.  Jedynie mogą nas wyrwać z otępienia pobożności, o której św. Paweł powiedział, że zachowuje pozory, ale jest pozbawiona mocy (2 Tm 3,5). To boli, ale akurat jest zbawienne.



niedziela, 15 kwietnia 2018

A new life

Przyjechałam zza Wielkiej Wody, jakbym przeszła przez Morze Czerwone. Co prawda, ocean się nie otworzył i nie przeszłam suchą nogą po dnie, tylko przeleciałam samolotem górą, ale swoją drogą, czy to nie jest równie cudowne, że takie metalowe ptaszysko uniosło się nad ziemią i pofrunęło? Jakie czasy, takie znaki.
Tak czy siak, efekt jest podobny. Śpiewam nową pieśń jak Izraelici uwolnieni od Egipcjan. Tegoroczna Pascha dotknęła głęboko mojego serca i nic nie jest takie jak dawniej. 
Jeśli Bóg pozwoli, chcę na tym blogu dzielić się z Wami tę nowością i niepojętą łaską, chociaż trudno wyrazić to słowami. 
Dzisiaj chciałabym tylko Was zapewnić, że wróciłam. I że Bóg jest dobry. All the time.

sobota, 31 marca 2018

W ciszy niedzielnego poranka eksploduje radość. Już wkrótce!

Wszystkim życzę błogosławionych Świąt Wielkanocnych i pozdrawiam ze słonecznego Stuart :-)
🐚🦀🦐🦈🐬🐋

P.S. Na zwycięzców konkursu: "Gdzie znajduje się Stuart, a ja razem z nim?", nie czekają nagrody, albowiem gdyż na nas wszystkich czeka wieczna nagroda i to nam wystarczy :-))))

 

poniedziałek, 12 lutego 2018

Wybieram wszystko

Faryzeusze żądają od Jezusa znaku, chociaż chwilę wcześniej nakarmił siedmioma chlebami cztery tysięcy ludzi. Jednak odmowa nowego znaku jest czymś więcej niż tylko gestem zniecierpliwienia Jezusa, który wzdycha i odpływa, bo ma już dość niedowiarków.
Rozmnożenie chleba to zapowiedź Eucharystii - tego znaku, w którym Jezus daje nam całego siebie.
Jak zwykle, Bóg jest hojniejszy niż rozumiemy czy pragniemy.
On chce nam dać coś więcej niż przejaw Jego mocy, niż jedno uzdrowienie czy uwolnienie. 
On daje nam wszystko.
Pamiętajmy o tym w tych dniach, gdy w naszych kościołach trwają nabożeństwa 40-godzinne. Można tam spotkać samego Jezusa.

sobota, 10 lutego 2018

Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! 1 Tes 5,21

Jeśli aktor porno, mógł z powodzeniem udawać w mediach generała z otoczenia Prezydenta Trumpa i kształtować opinię publiczną, to zaprawdę, przyszły na nas trudne terminy, że tak Sienkiewiczem pozwolę sobie powiedzieć. Normalnie ludzie sobie ufają i to, przy elementarnej kulturze i moralności, wystarcza. Ale dzisiaj nie. Dzisiaj ludzkie zaufanie, trzeba w pewnych sytuacjach wesprzeć bacznym rozeznawaniem. Ojciec kłamstwa i jego liczne dzieci, za nic mają prawdę, a liczą się jedynie z doraźnym zyskiem. A my, mamy być prości jak gołębice, ale także przebiegli jak węże. A wąż zanim coś łapnie, to sprawdza tym swoim języczkiem, czy to aby jadalne. 
"Wszystko badajcie, a zachowujcie to, co szlachetne" - mówi Paweł. W innym zaś miejscu Pismo przypomina nam, że szlachetność kruszcu sprawdza się w ogniu.
P.S. Aha, jakby ktoś wątpił, to mogę mu przesłać dokument, że naprawdę jestem siostrą zakonną :-)

wtorek, 6 lutego 2018

Przestrzeń publiczna

Dobrze. Załóżmy, że przestrzeń publiczna powinna być neutralna. Co jest zatem większym grzechem (o przepraszam, za religijny zwrot.... sic!) naruszającym tę neutralność: znak krzyża przed startem w zawodach sportowych, czy wciskanie  ludziom swojej ateistycznej wiary (bo ateizm też jest wiarą, a nie poglądem naukowym) w mediach. O chamskiej formie nie wspomnę.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Kiedy wstępuje w ciebie nowe życie...

W dzisiejszym fragmencie z Ewangelii Marka (Mk 6, 53-56) słyszymy, że w miejscach, gdzie pojawiał się Jezus, ludzie zaczynali biegać, zwoływać się, znosić chorych. Jedynym słowem, wyczuwali, że dzieje się coś ważnego, co jest szansą, której nie można zmarnować.
Żeby zrozumie co ich  "uruchamiało", trzeba sięgnąć do słowa, które jest kluczem: 
 "Zaraz Go poznali".
Bo są miejsca, do których Jezus nie tylko przybywa, ale nawet mieszka tam na stałe, a jednak nikogo to nie porusza/nie wzrusza. Nawet, gdy wszyscy grzecznie klękają przed tabernakulum, nie dokonuje się zbawienne ożywienie.
Właśnie w takim miejscu spotykamy Jezusa kilka wersetów dalej w rozdziale siódmym. Faryzeusze schodzą się "u Jezusa", czyli jesteśmy w Jego własnym domu, ale klimat zmienia się gwałtownie. Zero ożywienia, nadziei, wzruszenia. Jeśli jest jakieś uczucie to wyłącznie dumnego samozadowolenia. Dlatego skarży się Jezus słowami Izajasza: "Ten lud czci Mnie wargami, ale sercem jest daleko ode Mnie. Lecz czci Mnie na próżno".
Bo rozpoznać Jezusa, to coś więcej niż zgodzić się z tezami chrystologii. To ruch, wywołany wzruszeniem serca, które sprawia, że biegniemy do Jezusa, gdy tylko usłyszymy, że jest w pobliżu. I wtedy wstępuje w nas nowe życie.

czwartek, 1 lutego 2018

Człowiek zgotował ten los człowiekowi

Na przykładzie burzy wokoło ustawy o karaniu za przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy, widać, jak doraźne interesy poszczególnych państw całkowicie przykryły fundamentalne przesłanie bolesnej historii II wojny światowej:
To człowiek zgotował ten los człowiekowi. 
I to stwierdzenie nie jest zrównaniem katów z ofiarami, ale memento o skutkach wrogości, która przecież też gdzieś miała swoje małe, niewinne początki. Jeśli dzisiaj polityka historyczna jest okazją do wzajemnego szczucia na siebie narodów, przypinania sobie nawzajem łatek i etykietek "antysemitów", "szmalcowników" itd. to znaczy, że z tej lekcji nie wyciągnęliśmy żadnych wniosków.
Jeśli cała refleksja wokół największej tragedii XX wieku prowadzi jedynie do przerzucania się uwagami typu: "A czy wśród Polaków/Żydów/innych nacji nie było tych, którzy wydawali Żydów?", to jesteśmy na bardzo złej drodze. Drodze do piekła.
Ta sama polityka przecież kiedyś pozwoliła uniknąć odpowiedzialności karnej bardzo wielu katom z obozów śmierci. Bo wtedy tak akurat pasowało. Bo tak podpowiadał interes konkretnych rządów.
Prawda wydaje się mniej użyteczna niż doraźne interesy. Ale też każdy interes kiedyś upadnie, jeśli nie sięgniemy do tej "nieużytecznej" prawdy.


wtorek, 30 stycznia 2018

Nie bój się, wierz tylko

Jakie są granice wiary? Kiedy można sobie odpuścić, mówiąc: "Już pozamiatane. Nic się nie da zrobić"? lub ogłosić kapitulację tak jak słudzy Jaira w dzisiejszej Ewangelii: "Po co trudzisz Nauczyciela. Twoja córka umarła". Koniec. Kropka. 
Gdy ojciec martwego dziecka słyszy do Jezusa: "Nie przestawaj wierzyć", musimy zmierzyć z tą prawdą, że nie istnieją granice wiary w Bożą moc. Bo dla Boga wszystko jest możliwe. 
Jednak temat jest niezmiernie delikatny. Szczególnie, gdy mamy do czynienia z ludzkim cierpieniem i ze śmiercią.
Wiara w Bożą moc, nie oznacza, uzurpacji tej mocy i dyktowania Bogu jak i kiedy ma działać. 
Obrazek z życia wzięty: Kobieta dowiaduje się od lekarza, że dziecko, które nosi w łonie prawdopodobnie umarło. Jednak ktoś przekonuje ją, że Bóg jest mocen wskrzesić dziecko i budzi w niej nadzieję, że jednak urodzi się żywe. Wydaje się, że wszystko idzie po linii dobrej, mocnej wiary. Przecież Bóg może to zrobić! Jednak tak się nie dzieje i kobieta pozostaje nie tylko zbolała z powodu utraty dziecka, ale także rozdarta przez zawiedzioną nadzieję.
Gdzie przebiega ta cienka granica pomiędzy niewiarą, która nie pozwala Bogu na objawienie mocy, a zuchwałą uzurpacją mocy, która wprowadza zamieszanie i rani ludzi?
Znam odpowiedzi tych, którzy stoją na skrajnych stanowiskach:
Agnostycy (nawet ci praktykujący) powiedzą: Dajcie spokój z tymi cudami! Są prawa natury i to wystarczy.
Zażarci wielbiciele znaków i cudów powiedzą: Czegoś po prostu tu zabrakło. Trzeba było się modlić aż do skutku, do przełomu. Może mieli za mało wiary? Może kobieta popełniła jakiś grzech? Może... Na pewno gdyby było ok, to dziecko by ożyło..."
To są proste, zbyt proste odpowiedzi.
Kiedy czytamy Dzieje Apostolskie widzimy nadprzyrodzone działanie Boga. Ale podam jeden przykład:
W rozdziale 16 opisana jest jedna z takich właśnie cudownych interwencji Boga: Paweł i Sylas siedzą w więzieniu i, gdy w nocy modlą się i śpiewają hymny, zostają cudownie uwolnieni: drzwi się otwierają, kajdany opadają z rąk i nóg. Bóg może wszystko!
Ale Paweł nie tylko wtedy był więziony. Już pod koniec 21 rozdziału znowu jest w lochu i.... Tak dobrze się domyślacie. Nic się nie dzieje. A przecież też zapewne się modlił i śpiewał hymny. I też miał tę samą wiarę. Nawet mocniejszą, bo wspartą doświadczeniem, że Bóg może otwierać więzienia. I co? 
Gdy myślę o tym. A myślę często (i to nie teoretycznie, bo modlimy się w tych dniach o cudowne uzdrowienie dla Darka, który jest w stanie krytycznym), to przychodzi mi do głowy pewna intuicja: Wiara jest bez granic. Jest jak włączenie wtyczki do gniazdka. To bardzo prostackie porównanie, bo tu chodzi o relację z Bogiem, o zaufanie, o przyjaźń i miłość, ale niech będzie. Jest jak włączenie wtyczki do gniazdka, tak, że może płynąc prąd mocy Bożej. Ale nie trzeba zapominać, kto jest źródłem mocy, a kto kabelkiem. Bóg jest suwerenny. I takim musimy go pokazywać tym, którzy proszą nas o modlitwę. Ostatecznie chodzi o to, by zrealizowała się Boża wola.
Nie znaczy to, że Bóg nie chce dobra, o które prosimy, ale może mieć inny scenariusz. Lepszy.
W samym sercu chrześcijaństwa nie są znaki i cuda (co nie przeczy temu, że jest na nie bardzo wiele miejsca), w centrum jest Wola Boża i zaufanie.
P.S. Wierzę głęboko w to, że Bóg ma moc podnieść Darka i przywrócić go do pełnej sprawności. Amen.



czwartek, 25 stycznia 2018

Pod Damaszkiem - w drodze do jedności

Tydzień modlitw o jedność chrześcijan kończy się jak co roku w Święto Nawrócenia św. Pawła. I nie jest to bez znaczenia. Możemy modlić się o upragnione pojednanie do upadłego, ale krok ku niemu robimy tylko wtedy, gdy się nawracamy. Albo raczej, gdy dajemy się Bogu nawrócić, tak jak Szaweł pod Damaszkiem.
 Po drodze do miasta szedł dumny faryzeusz święcie przekonany o słuszności swych racji, a skutkiem tego przekonania była wrogość wobec wszystkich, którzy odważyli się myśleć inaczej. Wrogość aż po chęć zabijania. Spotkanie z Chrystusem rozbiło w proch jego sposób myślenia. To było coś więcej niż tylko zmiana poglądów. Niż zamiana judaizmu (Paweł nigdy nie przestał być Hebrajczykiem) na nową religię. Chrystus, który objawił się Szawłowi, pokazał mu, że jest obecny w tych, z którymi on walczy. Czyż nie w tym tkwi sama istota przesłania Jezusa? Nawrócić się na chrześcijaństwo, to zrezygnować z walki z drugim człowiekiem. Na zawsze. Bezwarunkowo. Nie ma żadnego ale... Walkę można prowadzić jedynie z mocami ciemności o człowieka. Nigdy przeciwko człowiekowi.
I nie oszukujmy się, że chodzi nam o czyjeś zbawienie, gdy ze złością atakujemy jego przekonania. Emocje zdradzają nasze prawdziwe intencje: walczysz z człowiekiem. A więc nie nawróciłeś się jeszcze. Walczysz z człowiekiem, więc jeszcze nie spotkałeś Jezusa, który wybiłby ci ten pomysł z głowy. Walczysz z człowiekiem, zatem potrzebujesz dopiero stać się chrześcijaninem.
Zatem każdy z nas, niezależnie po której stronie barykady ugrzęźliśmy, potrzebujemy upaść na twarz pod bramami Damaszku i zacząć od początku. Od pytania: "Kto ty jesteś, Panie?". I stać się chrześcijaninem.

Nawrócenie Pawła - Caravaggio

wtorek, 23 stycznia 2018

Łaska przychodzi po cichu

Niezmiennie od ponad dwóch lat, czyli od chwili, gdy napisałam ten tekst, jest on na top liście najczęściej czytanych postów. "Gdy już brak nam nadziei", bo o ten tekst chodzi, ma ponad dwieście komentarzy, w większości z prośbą o modlitwę w trudnych chwilach. Wierzę głęboko, że jest to miejsce, gdzie możemy się wzajemnie wspierać i prosić Boga o pomoc.
Dzisiaj znalazłam tam świadectwo, że ta modlitwa rodzi konkretne owoce. Przytaczam je w całości z dwóch przyczyn: Po pierwsze, niech ono będzie umocnieniem nadziei tych, którzy ciągle czekają na Bożą interwencję. A po drugie, dla naszej refleksji, że często łaska nie przychodzi spektakularnie, w jednej chwili, a jednak Bóg wkracza w nasze życie i je przemienia. Czy umiemy to zauważyć? Pamiętam, jak opornie zaczynaliśmy wierzyć, że naprawdę Bóg uzdrowił Pawła z raka wątroby i HCV. Nie było wielkiego "bum!" po modlitwie. Żadnych fajerwerków. Dopiero po kilku miesiącach przekonały nas wyniki badań.
Jeśli Twoja modlitwa nie przynosi nagłej zmiany, nie rezygnuj. Łaska może przyjść jak świt, stopniowo rozjaśniając Twoje ciemności (oczywiście mówię o naszej szerokości geograficznej, bo przy równiku słońce wyskakuje jak Filip z konopi :-))))
Wiele łaski Wam życzę i wiele nadziei. Dobrej lektury świadectwa:

"Niespełna miesiąc od momentu, gdy w poprzednim swoim komentarzu poprosiłem Was o modlitwę, zaczynam doświadczać łaski odnajdywania nadziei. Przychodzi cicho, bez obwieszczających jej przybycie trąbiących heroldów, ale staje się coraz bardziej odczuwalna i uchwytna. Samemu trudno mi w to uwierzyć, ale doświadczam jej obecności już trzeci dzień. Wobec tego bardzo chciałem podziękować za Wasze modlitwy, i zapewniam, że staram się przynajmniej raz dziennie westchnąć Panu w Waszych intencjach. Od siebie pozostaje mi prosić Was o kolejne modlitwy - dar rozumu - abym otrzymanych Łask nie roztrwonił a nauczył się z nich dobrze korzystać i może nawet pomnażać. Niech Dobry Bóg obdarza Was nadzieją i spokojem. Trzymajcie się. Trzymajmy się Krzyża". Tomasz

środa, 17 stycznia 2018

Blog wojownika

Znam Darka od wielu lat. Jest prawie moim rówieśnikiem. Lider zaprzyjaźnionej wspólnoty, mąż, ojciec. Teraz prawdziwy wojownik walczący ze stwardnieniem zanikowym bocznym. Zaczął pisać bloga. Wzrokiem, bo palce nie nadążają za mózgiem. Warto zajrzeć:

piątek, 12 stycznia 2018

Uboczny efekt głosowania nad aborcją

Trzymam się z dala (nie zawsze skutecznie) od politycznych tematów, ale rzecz przecież dotyczy fundamentalnej wartości życia ludzkiego. Ostatnie głosowania w Sejmie nad projektami obywatelskimi nt. ochrony życia poczętego budzą wielką nadzieję i to nie tylko dlatego, że odrzucono projekt "Ratujmy kobiety" i przyjęto do prac komisji projekt pro-liferski, ale także z powodu nowego (by nie rzec nowoczesnego :-) świeżego powiewu wartości w poselskich ławach. Ja wiem, że kilka jaskółek wiosny nie czyni. Ale któż z nas nie uważa polityki za stęchły staw, w którym rachuba polityczna i doraźne cele przysłaniają świat wartości. A jednak! Stało się coś pięknego. Znalazło się kilku (i to wcale nie po tej stronie sceny, gdzie upatrywalibyśmy nadziei), którzy okazali się bardziej wierni przekonaniom niż partyjnej dyscyplinie. To cieszy. 
Jest w tym także mocny znak i wezwanie.
Jakże często potępiamy i całkowicie odsądzamy od czci tych, którzy "nie są z nami".
A tu głupia sprawa. Mamy czyn jak z obrazka do kanonizacji. Bo przecież ta decyzja kosztowała.  Nawet całkiem dosłownie miała swoją cenę. Sprzeciwienie się własnemu ugrupowaniu, to jak stanięcie pomiędzy dwoma obozami w czasie wojny. Tam wróg, a swoi też przeciwko. To nie jest takie małe coś. 

Dobro jest uniwersalne i nie mieszka na lewicy czy prawicy, ale w sumieniach ludzi. 
Warto tę lekcję odrobić.


wtorek, 9 stycznia 2018

I have a dream

Mam marzenie, że pewnego dnia Boża obecność i łaska przezwycięży przygnębienie, smutek i beznadzieję tak wielu ludzi, którzy cierpią tylko dlatego, że nie znają Jezusa i nie mają nadziei.
Mam marzenie, że to dokona się przez nas, bo to my jesteśmy Mistycznym Ciałem Jezusa, Jego objawieniem pośród dzisiejszego świata.
Jezu, objaw się w nas i przez nas. Amen.

sobota, 6 stycznia 2018

Już czas, by Pan się objawił

Jeśli chcesz oglądać wielkie rzeczy Boże w swoim życiu, nie czekaj aż one same się staną. Epifania (objawienie) jest owocem wiary. Tak działo się z narodzinami Jezusa i tak dzieje się dzisiaj.
Zanim narodził się Jezus, zanim Aniołowie ukazali się pastuszkom, w ukryciu domu w małej mieścinie Nazaret, jedna kobieta uwierzyła, że Bóg może wszystko. Żadne cuda nie wspierały tej wiary. Ona uwierzyła na słowo. Zanim na niebie pojawiła się gwiazda i Mędrcy padli do stóp Króla, dwoje ludzi, Maryja i Józef musieli przez wiele dni bardziej ufać temu, co Bóg mówił, niż swojej ludzkiej wiedzy i doświadczeniu. To nie jest łatwe, gdy trzeba bardziej postawić na pochodzący od Boga sen niż na twarde fakty na jawie! A jednak oni wytrwali na tej drodze wbrew wszystkiemu, idąc do Betlejem bez duchowych fajerwerków i cudownych zdarzeń. I Król mógł się objawić!
Tak to się dzieje i dziś.
Zanim dokonają się wielkie dzieła Boże, wobec których wszyscy padną na kolana i powiedzą: "Nigdy nie widzieliśmy takich rzeczy!", ktoś musi wcześniej zawierzyć słowu obietnicy, że to jest możliwe. Ktoś musi uwierzyć na słowo, że Bóg dokona rzeczy nowych i wielkich, bo dla Niego nie ma nic niemożliwego. Ktoś musi, czasem długo, nosić w sobie i pielęgnować ziarno Słowa, gdy ono obumiera w glebie jego serca, gdy nic się nie dzieje, albo dzieje się wprost przeciwnie, aż pojawi się owoc widoczny dla oczu.
Tak to się dzieje.
Oczywiście, Bóg może zrobić inaczej. Sam wkroczyć z mocą w przestrzeń niewiary, by obudzić ludzkie serca, ale, mam wrażenie, że czyni to niechętnie i w ostateczności. Przecież ma nas, swoich uczniów. To my jesteśmy tym "ktosiem", na którego wiarę czeka świat.
Już jest najwyższy czas, by Pan mógł się objawić przez wiarę moją i twoją. Nie potrzeba do tego nadzwyczajnej doskonałości czy mądrości. Tylko wiary. Wiary w Słowo Obietnicy.
Dzisiaj ludzie lubią proste instrukcje, więc będzie instrukcja obsługi :-)
1. Czytaj każdego dnia Biblię i mów do Boga o swoich duchowych pragnieniach.
2. Słuchaj, co obiecuje Słowo.
3. Uwierz, że skoro Bóg tak mówi, to tak jest.
4. Żyj tak, jakby się ono już spełniło.
5. Czekaj
6, Czekaj
7. Wytrwaj, gdy nic się nie dzieje
8. Nie zmieniaj postawy, chociaż nic się nie dzieje
9. Oglądaj wielkie dzieła Boże :-)

Tak to jest.




czwartek, 4 stycznia 2018

Na nowo...

Witajcie w nowym roku! :-) Jak tam Wasze noworoczne postanowienia? Trzymają się jeszcze? U mnie padły zanim na dobre się narodziły. Infekcja je zmiotła. Ale i bez infekcji mają one zazwyczaj motyle życie: piękne i krótkie.
Na szczęście, prawdziwa nowość życia nie rodzi się z postanowień, ale z łaski. A łaska została nam dana. Na to by ją przyjąć dobry jest każdy dzień. Jeśli początek roku nastraja Cię do tego bardziej, to skorzystaj dzisiaj:
Bóg daje Ci nowe życie.
Serio.