piątek, 25 listopada 2016

Jedzenie, które się rusza...

Aż mnie cofnęło, gdy weszłam dzisiaj do naszej kuchni w Abong-Mbang. W misce ruszały się żywe, dorodne larwy! Nie unikamy afrykańskiego jedzenia, ale co to, to nie! Na szczęście robaczki kupił sobie Gustaw i poprosił siostrę Symeonę, żeby mu je usmażyła. Prawdę mówiąc, nawet Symeona, chociaż jest Kamerunką, nie bez oporów zabrała się za przyrządzanie robali... Brrr.
ale ponoć zdrowe to (same proteiny) i dobre (wierzę na słowo!)
Ja osobiście preferuję ryby, owoce, od biedy liście i kuskus. Dobrze, że dzisiaj piątek. Zawsze można powiedzieć, że larwy to mięsko, więc nie mogę :-))))))))
Bon appetit!





niedziela, 20 listopada 2016

Djouth znaczy mgła...

Przez kilka dni byłyśmy na wiosce Djouth.

wioska Djouth o świcie

Od 50 lat jest tam misja zbudowana przez Spirytynów. Od 25 lat pracują tam Siostry Duszy Chrystusowej. Prowadzą przedszkole, szkołę podstawową, szkołę zawodową krawiecką, przychodnię zdrowia, duchową adopcję dzieci. Jednym słowem są wszystkim...
Kiedy przyjechałyśmy kobiety z wioski przywitały nas śpiewami, tańcem i grą na rogu...


Djouth nie znajdziesz na mapie. Djouth jest głęboko ukryte w lesie, na terenach wschodniego Kamerunu, tam gdzie w okolicach mieszkają Pigmeje plemienia Baka.

 A droga państwowa, czyli taka, która jest uwzględniona na mapie wygląda tak:
Przydałoby się jechać na dwóch kołach. A jak się nie potrafi, to cóż,.. dalejże po krzakach :-)



środa, 16 listopada 2016

Ici c'est Paris

Kilka wrażeń ze stolicy Kamerunu, z Yaounde.
Jestem tutaj po raz trzeci i początkowy szok poznawczy jest coraz mniejszy, ale miasto ciągle robi na mnie ogromne wrażenie. Przede wszystkim kontrastami. Ostentacyjne bogactwo, a raczej często nowobogactwo trącące totalnym bezguściem, miesza się ze skrajną biedą. Dzielnice rozlatujących się domków z byle czego to nawet nie są slamsy wokół wiekiego miasta. To norma, pośród której nagle pojawia się coś z pierwszego świata. 

luksusowy hotel na Mont Febe. Nocleg w cenie za jaką Kameruńczyk na wiosce przeżyłby może i cały rok...

uliczka w jednej z dzielnic miasta

Jednym słowem jest tu tak, jak głosi napis na jednej z taksówek jeżdżących po mieście: Ici c'est Paris! :-)

Miasto. Hmmm.... to słowo ma tutaj inne znaczenie. Weźmy na przykład ruch uliczny. Kameruńczycy jeżdżą po ulicach wielką ilością złomu o nazwie samochód. Prym wiodą tu żółte taksówki, które są czasem tak poobijane, że naprawdę trzymają się kupy przy pomocy sznurka (po prawdzie w tych dniach nie mogłam zrobić zdjęcia takowej, bo z okazji jakiegoś świętowania kazali usunąć najgorsze wraki), A pomiędzy tym krążą motocykle i wypasione terenowe wozy. Zasada ruchu jest prosta: masz większy wóz, masz pierwszeństwo (przy czym nasza sytuacja jest niejasna, bo mamy duży samochód, ale jesteśmy białe!). Ulice są zasadniczo trzy lub czteropasmowe (tak, tak, wstydź się Krakowie pełny wąskich uliczek), to zależy od tego ile wozów zmieści się na grubość lakieru obok siebie. Kierowcy zatrzymują się gdzie chcą i jak chcą. Acha! W kilku miejscach widziałam światła, ale okazało się, że akurat lepiej było jechać na czerwonym! Jednym słowem Afryka.
Ale przejdźmy do spraw ważniejszych. Byliśmy w pierwszym kościele w Yaounde. Jest z roku 1906. Trwała w nim adoracja Najśw. Sakramentu. Tak samo w bazylice  Matki Bożej Królowej Apostołów. Jezus jest pośród tego ludu. 


Oczywiście, nie jest to najstarszy kościół w Kamerunie. Ewangelizacja kraju rozpoczęła się wcześniej na zachodzie kraju, tam gdzie na statkach mogli dotrzeć misjonarze. Tam, gdzie pracują nasze siostry, na wschodzie, chrześcijaństwo liczy sobie zaledwie ok. pięćdziesiąt lat. Jednak są rzeczy w których chrześcijanie kameruńscy mogą nas zawstydzić. Dwa obrazki: nierzadko na taksówkach można zobaczyć umieszczone na tylniej szybie wyznanie wiary: Jezus is Lord! (w Kamerunie są dwa języki w użyciu: angielski i francuski, no i, oczywiście mnogie narzecza ponad dwustu plemion) albo krzyż. I taka scenka: na targu, pośród przeciskających się setek kupujących, gość puszcza z głośników chrześcijańską muzykę. Niektórzy sprzedawcy mruczą sobie piosenkę pod nosem, niektórzy śpiewają głośno (to też fenomen Afryki - można sobie iść po ulicy i śpiewać! Wyobrażacie sobie coś takiego na ulicy Krakowa :-)). Ale wydaje się, że nie robi to na nikim większego wrażenie. Potem ten człowiek bierze mikrofon i pomiędzy stosami ryb i mięsa, po którym chodzą muchy (ach, urok afrykańskiego marche!), maniokiem, ananasami i bateriami, zaczyna ewangelizację. Ludzie klaszczą, odpowiadają na jego pytania, mocno reagują na jego słowa. Nigdy nie widziałam czegoś podobnego w Polsce. W gdyby tak coś takiego na Placu Imbramowskim?

To jednie obrzeże marche, które przypomina labirynt. W głębi nie śmiałam robić zdjęć. Lepiej w takiej ciżbie nie drażnić ludzi.... :-)

P.S. Rozpisałam się, ale wrażeń moc, a jutro już będę głęboko w lasach na wschodzie, gdzie, kochani moi, nie ma internetu. Tak, tak, jest taka nieludzka ziemia... :-) no, może to nie jest stosowny żart. Niemniej, au revoir :-)



piątek, 11 listopada 2016

Pożegnanie z Europą

Drodzy Przyjaciele i Znajomi!
Przez najbliższy miesiąc będę we wschodnim Kamerunie, więc możliwość kontaktu będzie mocno ograniczona. Jak się uda, to coś prześlę, jakąś fotę z pigmejskiej wioski czy selfie z małpą, a może napiszę coś całkiem poważnego... zobaczymy.
Na razie proszę o modlitwę i au revoir :-)
P.S. Na pamiątkę zdjęcie z Djouth sprzed sześciu lat :-)


czwartek, 3 listopada 2016

Świętość według Sł.B. M. Pauli Tajber

Jest w nas spontaniczne pragnienie świętości, tęsknota za pięknem, dobrocią i doskonałością. Jest.
Ale cherlawe nieraz i nader podatne na wszelkiego rodzaju infekcje. Na ten przykład, bardzo łatwo pragnienie świętości bywa zakażone perfekcjonizmem. Ukąszone przez komara pychy, pragnienie świętości przepoczwarza się wtedy w monstrualne dążenie do bycia doskonałym. A to już nie jest to samo. Objawy są czasem podobne, ale istota rzeczy przeciwna: świętość jest doskonałą miłością, a perfekcjonizm doskonałym egoizmem.
Ze względu na podobieństwa w okresie inkubacji, warto wskazać czym jest prawdziwa świętość i jak się rozwija. Perfekcyjnie (nomen omen) opisała to zjawisko M. Paula Tajber, Założycielka mojej Zgromadzenia. nie będę przytaczać całości, jedynie wskażę na najbardziej charakterystyczne cechy.
Po pierwsze primo: świętość jest jedna, jedyna. Bóg jest święty. Tęskniąc za świętością, tęsknimy za Nim. On jest Słońcem - Prawdziwą Światłością i nie ma innej. Jeśli chcesz być świętym, nie próbuj tego "wyprodukować". Nie jesteś żarówką - nie próbuj zaświecić sam z siebie. Po prostu, zbliż się do źródła światła - do Boga.
Po drugie primo: długie przebywanie w promieniach Słońca musi przynieść skutek. To naprawdę działa. Jeśli żyjemy w Bożej obecności, zapraszamy Go do swojego życia, poddajemy Mu wszystkie przestrzenie naszej egzystencji: relacje, pracę, odpoczynek, wszystko, to musi zadziałać. M. Paula nazywała to "promieniowaniem" Jezusem. Światło Boże zaczyna się w nas odbijać. Inni widzą wtedy świętość Jezusa w nas.
Symbolicznie wyraża tę prawdę obraz Jezusa Promieniującego, który znajduje się w naszej kaplicy. Z Duszy Jezusa wychodzą promienie światła, które przenikają nasze dusze (te małe bąbelki wokoło postaci Jezusa). Nasze dusze promieniują światłem tym mocniej, im bliżej są Jezusa.


Takie ujęcie chroni przed ukąszeniem pychy. Można świecić bardzo jasno, jak super nowa, ale się nie gwiazdorzy, bo przecież to światło Jezusa a nie nasze :-)
P.S. I jeszcze jedno. Zmienia się postawa wobec tych, którzy są w ciemnościach, a nawet tych, którzy obnoszą się ze swoją czernią. Nie ma miejsca na odrzucenie i pogardę. Jest współczucie i nadzieja, że skoro mnie Bóg za darmo napełnił światłem, to przyjdzie taki moment, że i ten ktoś zmieni czarny strój na białą szatę łaski.

wtorek, 1 listopada 2016

Świętość

Kiedyś myślałam, że świętość to jest coś, co trzeba zdobyć.
Dzisiaj wiem, że chodzi o to, by ją przyjąć.

niedziela, 30 października 2016

Spojrzenie z dołu

Spojrzał Jezus w górę na Zacheusza, by mu powiedzieć, żeby zszedł z drzewa...
Musiał podnieść głowę, by popatrzeć na stojącą przy studni Samarytankę, gdy poprosił ją: "Daj mi pić"....
Także, gdy klęczał przy stopach swoich Apostołów w wieczerniku. Wtedy też patrzył na nich... z dołu.

Taki jest nasz Pan. Nigdy nie patrzy na nas z góry.

Więc co stoi na przeszkodzie, byś, jak Zacheusz, przyjął Go rozradowany?



sobota, 29 października 2016

Ostatnie miejsce

Jeśli ktoś się do tej pory łudził, że można chrześcijaństwo pogodzić z niepohamowaną afirmacją siebie (ładny wyraz, prawda), to teraz wątpliwości muszą się rozwiać.
Jezus mówi, żebyśmy zajmowali ostatnie miejsce. I nie chodzi tu jedynie o savoir-vire czy krygowanie się, ale o mentalność. Mentalność całkowicie sprzeczną z duchem tego świata.
Wszystko wokół nas wzywa, sprzyja i zmusza, byśmy się przez życie przepychali łokciami, udowadniali swoją wartość, dbali o wizerunek, jednym słowem robili nieustanną autopromocję. 
To nic, że skutkiem tego jesteśmy od tych łokci poobijani, mamy zadyszkę z gonitwy za wielkością i warczymy na siebie nawzajem, bo drugi to rywal nie kolega.
A Jezus mówi, żeby spokojnie zająć ostatnie miejsce.
Ale to się nie da! Nie dziś, gdzie, żeby mieć pracę, trzeba napisać CV jak baśń z tysiąca i jednej nocy i gdzie trzeba walczyć na pięści i zęby z konkurencją. To się nie da!
I rzeczywiście, ta nauka Jezusa byłaby nie do przyjęcia, gdyby nie dwie rzeczy.
Pierwsza: Jezus sam zajął ostatnie miejsce. Dało się!
Druga: Obiecał wywyższenie, tym którzy się uniżają.
Nie da się, jeżeli w świecie - dżungli jesteśmy zdani na siebie. Ale nad nami jest Ktoś. Ktoś kto ostatecznie ma w rękach losy świata. To od Niego zależy nasza przyszłość, nie od szefa czy kolegi, który kopie pod nami dołki.
Bez wiary jesteśmy skazani na walkę.
Ale jeśli Bóg jest, to walka jest głupotą, dziecinnym sypaniem piaskiem w oczy podczas zabawy w piaskownicy. Bóg jest Panem. On patrzy na ludzkie serca i ma moc przeprowadzić nas przez życie, gdy pokornie poddajemy się pod Jego panowanie.
Wiara rodzi pokój serca. 

Myślę, że tym się różnię od wojującej feministki. Ona musi swoją wartość jako kobiety udowadniać całemu światu i walczyć o to. Ja swoją wartość odnajduję w oczach Boga.
Bo ostatnie miejsce to nie miejsce dla ofiary losu, to królewski tron tych, którzy już nie muszą walczyć, bo zwyciężyli.




wtorek, 25 października 2016

Posłuszeństwo Duchowi Świętemu

"Dzisiaj jest dzień, aby prosić o łaskę posłuszeństwa Duchowi Świętemu. Wiele razy jesteśmy posłuszni wobec naszych zachcianek, naszych sądów. «Ależ robię, na co mam ochotę ... ». W ten sposób nie wzrasta królestwo Boże, my się nie rozwijamy. To posłuszeństwo Duchowi Świętemu pozwoli nam się rozwijać i przekształcić podobnie jak zaczyn i ziarno. Niech Pan da nam wszystkim łaskę tego posłuszeństwa” - powiedział dzisiaj Papież Franciszek.

A nam pozostaje odpowiedzieć: Amen. Niech się stanie. Dzisiaj.

poniedziałek, 24 października 2016

Prośba

Owoc medytacji nad tekstem Ewangelii według św. Łukasza o pochylonej kobiecie (13, 10-17)

Odwiąż mnie, Panie, od żłobu, poprowadź do źródeł wody żywej i napój mnie Duchem Świętym. 
Amen

czwartek, 20 października 2016

Słowo nasze powszednie

Ta sytuacja, kiedy boisz się wyjść z domu bez komórki, ale nie widzisz problemu w tym, że od tygodnia nie miałeś w ręku Ewangelii....

Chyba, że masz Pismo święte w komóreczce :-)

środa, 19 października 2016

Nie tak widzi Bóg jak człowiek

Kiedy przebrzmiał ostatni gwizdek kończący mecz Legii z Realem, przyszła mi do głowy dosyć oryginalna myśl, że gdyby Pan Jezus oceniał wyniki meczów, to tabela Ligii Mistrzów wyglądałaby pewnie inaczej. Ja wiem, że nie można do wszystkiego mieszać Pana Jezusa i że wygląda to jak scenka żywcem wyjęta z anegdoty o siostrze zakonnej i wiewiórce (dla niewtajemniczonych: katechetka pyta: "Co to jest: małe, rude z ogonkiem?", a Jaś odpowiada: "Normalnie odpowiedziałbym "wiewiórka", ale skoro siostra pyta, to pewnie Pana Jezus). Niemniej wszystkie rzeczy tego świata są dobrym punktem wyjścia do głębszych rozważań i zadumania się nad losem człowieczym.
W każdym razie mnie, w kontekście tego meczu przypomniało się słowo Jezusa: "Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie." Mk 12,43-44.
Oczywiście, to Legia miała tu być ową biedną kobietą i niewątpliwie w moich oczach wrzuciła wszystko na co było ją stać i jeszcze więcej. No, ale że nie był to żaden bój święty, więc tak czy siak dostała baty 5-1.
I tak to zazwyczaj wygląda.
Świat widzi wyniki, wykresy, procenty i analizy porównawcze. I na tej podstawie kreuje swoich bohaterów, ale nie wie, że wokoło jest dość sporo potencjalnych mistrzów, którzy od tych ogłoszonych różnią się jedynie tym, że jeszcze nie wiedzą ile mogą. To tacy młodociani Dawidowie (brzmi to tak sobie, ale niech będzie). Ci, których nawet własny ojciec nie obstawiłby ani w Lidze Mistrzów, ani w wyborach na króla... (poczytajcie sobie, jak Jesse - ojciec Dawida przedstawia prorokowi Samuelowi swoich siedmiu synów, ale jakoś "zapomina", że ma jeszcze ósmego... (1 Sm 16)
Zresztą Samuel też początkowo nie umie w Dawidzie dopatrzeć się nic nadzwyczajnego. Dopiero Bóg otwiera oczy proroka. I ten jako pierwszy z ludzi, widzi w Dawidzie "pomazańca Bożego". Tak jakby zdjął z Dawida "czapkę niewidkę". 
I to jest przełom.
Dawid został namaszczony przez Samuela, ale także prawdziwym jest stwierdzenie, że Samuel "zobaczył" namaszczenie, które Bóg już złożył w sercu Dawida. I to inne, całkiem nieprzystające do opinii otoczenia, spojrzenie, pozwoliło samemu Dawidowi popatrzeć na siebie nowymi oczami - oczami Boga.
Od tej pory Duch Boży opanował Dawida.
Już nie zważał na ludzką opinię.
Dlatego poszedł walczyć z Golitem i nie wdeptały go w ziemię ani wygląd, ani pogardliwe spojrzenie, ani słowa olbrzymiego Filistyna. Dawid wiedział kim jest w oczach Boga i nic nie było w stanie tego zmienić.

A wszytko zaczęło się od proroka, który uświadomił mu jak na niego patrzy Bóg.

A my chrześcijanie, a więc prorocy Boga żywego, czyż nie jest naszą misją, by oderwawszy wzrok od celebrytów, popatrzeć w oczy "zwykłych" ludzi spojrzeniem Boga, które "namaszcza" i przypomina, że Bóg może dokonać wszystkiego w tym, który daje mu wszystko (nawet, jeśli są to tylko dwa grosze ubogiej wdowy)?
Jeśli my tak na nich nie popatrzymy, to do końca życia wierzyć będą w stugębną, potęgowaną tubą mediów wieść: "A kimże ty jesteś? Cristiano Ronaldo to z ciebie nie będzie."
Tylko że Ronaldo też kiedyś był pryszczatym młodzieńcem z krzywymi zębami...
Ok, zgadam się, to ostanie było nieco złośliwe. Przepraszam.
Ale przypowieść chyba jest czytelna?
P.S.
À propos Dawida. Już wkrótce w Warszawie zaczyna się konferencja Serce Dawida: http://warszawa24.org/sercedawida/
Chciałabym tam być. Tym bardziej, że pośród wielu świetnych prelegentów, jak np. Jeef Eggers i Peter Hocken czy z polskiego podwórka Marcin Zieliński i Karol Sobczyk (sąsiad, bo "Głos na pustyni" ma siedzibę na moim osiedlu!) będą dwaj moi serdeczni przyjaciele: @Marcin Jakimowicz i o. @Romek Groszewski.
Kochani modlę się za Was i całym sercem łączę z Warszawą. A to nie jest proste dla serca krakowianki :-)



poniedziałek, 17 października 2016

Pokuta Wielka i mała

Nie wszyscy "załapali się" na udział w Wielkiej Pokucie na Jasnej Górze. Ja minęłam się o włos. Byłam w Częstochowie w piątek, a potem pojechałam na weekend do Siedlca, by prowadzić rekolekcje o Bożym Miłosierdziu. Moja wspólnota zakonna w Krakowie w ramiach duchowej łączności z Jasna Górą w sobotę pościła i adorowała Najśw. Sakrament. Takich miejsc, wspólnot, grup i pojedynczych ludzi było więcej.Wielka i mała pokuta ogarnęły cały obszar Polski!
I oto chodziło.
Bo tam, gdzie ktoś przeprasza i przebacza, zaczyna płonąć światło łaski. I mroki już nie są w stanie go pochłonąć. A tych świateł zapłonęło w naszej Ojczyźnie wiele. Wiele większych i malutkich lampek pełnych światła Bożej prawdy. Łaska została rozlana, bo ona jak woda spływa na serca uniżone.
I będzie owocować.

Będzie.


czwartek, 13 października 2016

Weekend w Siedlcu

Jutro zaczynamy w Siedlcu weekendowe rekolekcje "Pan ulitował się i dług mu darował". Nietrudno się domyśleć, że będzie o miłosierdziu... albo raczej, nie "o", ale "w"!
Zanurzmy się w zdrojach Bożego Miłosierdzia :-)

wtorek, 11 października 2016

Dobry dotyk

Dawniej ludzie głaskali dziecięce główki, policzki ukochanych, czasem psy, koty...
Dzisiaj zasadniczo najczęściej głaszczemy ekrany smartfonów i tabletów.
Ale ten dotyk nie niesie bliskości i ciepła (chyba, że bateria wybuchnie! to wtedy, owszem jest trochę gorąco :-))
Warto więc do tego dobrego dotyku powrócić.
Bo, parafrazując, kto niczyjej dłoni z miłością nie dotknął ni razu, ten nie pozna czym jest niebo..., że tak zakończę Mickiewiczem.


P.S. A dotyk Boga? Jedyny, życiodajny, konieczny... i tak dostępny dla każdego.

"Jezus więc zdjęty litością dotknął ich" Mt 20, 34


piątek, 7 października 2016

Lekarstwo

Lęk jest utrapieniem ludzkiego życia. Wszyscy to wiemy i doświadczamy.
Ale mylnie szukamy lekarstwa w sile, pewności siebie, tupecie, przebojowości lub w agresji, przemocy i zemście.

Tylko miłość uśmierza lęk.

piątek, 30 września 2016

Sztafeta wiary

Kochani!
Od jutra zaczynamy rekolekcje w Smolnicy k Gliwic. Chcę Was prosić w tych dniach o modlitwę za tę parafię i za mnie, żeby nasz Pan mógł swobodnie w nas i przez nas działać i przeprowadzać swoje zbawcze dzieło.
Kiedy myślę o tych rekolekcjach, rozumiem je jako mój malutki udział w wielkiej sztafecie wiary, która na tych terenach z większą lub mniejszą intensywnością trwa od wieków. Wszak ludzie modlili się tu i przyjmowali sakramenty przez wiele set lat. Niemym świadkiem tego jest, obecny w zbudowanym za gierkowskich czasów kościółku, piękny gotycki tryptyk. Nawet jeśli w dużej części jest on rekonstrukcją dawnego ołtarza w Smolnicy, to i tak robi ogromne wrażenie. Jak jakiś rajski ptak przeniesiony w naszą strefę klimatyczną.
Tak więc, nie będzie to pierwsza ewangelizacja. Lud tu pobożny. Od wieków.
Jednak z budowaniem Królestwa Bożego inaczej jest niż z budownictwem sakralnym. Nie wystarczy postawić kościół, a potem jedynie go konserwować. Świątynią Boga jest żywy człowiek - niezwykle cenny i kruchy materiał budowlany. Właściwie tylko zatwardziałe serce grzesznika jest przyrównane do kamienia. Ci, którzy są świątynią Boga przypominają raczej, jak mówi św. Paweł, gliniane naczynia. 
Glina najbardziej jest narażona na rozbicie, gdy stwardnieje. Dlatego ciągle na nowo potrzebujemy być "stwarzani", jak miękka glina w ręku Garncarza. Być formowanym nieustannie, bez pretensji do bycia już doskonałym, ukończonym dziełem - to nasz ideał.
Bo jesteśmy powołani do życia, a życie to rozwój, a rozwój to zmiany.
Dlatego każdego dnia uczestniczymy w budowaniu Królestwa Bożego, gdy poddajemy się powiewowi Ducha Świętego, który tchnie kędy chce.
W ten sposób wszystko jest zawsze nowe, zawsze świeże. Mimo wiekowej tradycji. Albo raczej dzięki niej.


środa, 28 września 2016

Bo zapalczywość to nie to samo co zapał...

(Łk 9, 51-56) Jan i Jakub rozgniewali się na dobre. Więcej nawet. Opanował ich "święty i słuszny" gniew. Któż by się, bowiem, nie pogniewał, gdy lekceważą i wypraszają Jezusa! (nawet sąd nie miałby wątpliwości, że jest to obraza uczuć religijnych). A ponieważ wtedy trudno było liczyć na sąd, Apostołowie wzięli sprawy w swoje ręce: postanowili zrzucić ogień na wioskę niewdzięcznych Samarytan!
Na szczęście, wcześniej spytali Jezusa, czy to dobry pomysł.
Na szczęście.
Bo my, nie zawsze pytamy Jezusa. Szczególnie wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że "racja jest po naszej stronie". I lecą gromy...
Oni jednak spytali.
A Jezus zgromił..., ale ich. Tak, było Mu gorzko. Nawet podwójnie gorzko. Samarytanie go nie przyjęli. I było to smutne, bo pozbawiali się w ten sposób szansy na spotkanie, które mogło przemienić ich życia. I było Mu przykro, bo okazało się, że najbliżsi przyjaciele nie rozumieją Go. On przyszedł wydać się w ręce ludzi, a nie rzucić ich na kolana przemocą.

Kilkanaście miesięcy później...
(Dz 8, 14-17) Piotr i Jan (ten sam) idą do Samarii, bo Samarytanie przyjęli naukę Jezusa. Apostołowie idą modlić się i włożyć na nich ręce, by udzielić im daru Ducha Świętego... 
Dzieje Apostolskie o tym nie piszą, ale sądzę, że Jan modląc się, dziękował Panu, że wtedy nie pozwolił mu tego ognia na wioskę zrzucić. Co miałby dziś im powiedzieć? "Sorry, Panowie, wtedy wyszło jak wyszło, ale teraz, wiecie, może zaczniemy od początku..."? Czy Samaria w ogóle przyjęłaby Słowo Boże po takim doświadczeniu "pierwszej ewangelizacji"?

Bo Ogień Ducha Świętego to jedyny ogień, który chrześcijanin powinien chcieć zrzucić na głowę bliźniego.

poniedziałek, 26 września 2016

Moc modlitwy...

Edith Gassion (znana jako Edith Piaf) pierwsze lata życia spędziła w domu babci, a był to dom publiczny. Madame Gassion i "mamusie", jak Edith nazywała dziewczyny z burdelu, otoczyły ją czułością i troską. Gdy Edith z powodu zapalenia rogówki straciła wzrok, szukały pomocy we wszystkich dostępnych miejscach. Także u Boga.
Madame, która słyszała o jednej dziewczynce cudownie uzdrowionej z choroby oczu przez przyczynę s. Teresy od Dzieciątka Jezus, zamyka na jeden dzień dom publiczny i razem z dziewczętami udaje się na pielgrzymkę do Lisieux, by prosić o łaskę cudu.
Jednak uzdrowienie nie następuje. Madame nie ustaje jednak w modlitwach.
Hugues Vassal w swojej książce: "Edith i Teresa. Święta i grzesznica" tak zapisuje jedną z tych modlitw:
"Tereso, stracimy twarz, ty i ja! To, co zrobiłaś dla małej Reine, możesz równie dobrze zrobić dla Edith! I dla jej ojca... To dobry chłopiec i jutro są jego imieniny! Wiem, że jesteś być może zmęczona robieniem wszędzie tylu cudów. Wiem, że mój dom nie jest uznawany za "godny szacunku", ale modli się w nim do Pana tak samo jak gdzie indziej. I daje się w nim miłość biednym ludziom, którzy jej potrzebują. Zgoda, każmy sobie płacić, to nie przez miłosierdzie, chociaż niekiedy....! To nie jest łatwy zawód..."
I oto następnego dnia - 25 sierpnia we wspomnienie św. Ludwika około 19 do salonu pomiędzy gości (gdzie nie wolno było jej przychodzić) wkracza mała Edith. Jedna z dziewczyn krzyczy: "Ona widzi! Święta Teresa nas wysłuchała". Wszyscy, łącznie z klientami są pod wielkim wrażeniem i uwielbiają Boga.
Wtedy Madame Gassion zarządza: "Jutro dom będzie zamknięty!" (oczywiście tylko na jeden dzień), a gdy klienci protestują gromi ich: "Jak to? Bando niedowiarków! Tereska dokonała cudu, a wy nie chcielibyście, żebyśmy pojechała jej podziękować?"
I znowu cała grupa udaje się do Lisieux...
To wydarzyło się naprawdę...
Czy trzeba komentarza?


sobota, 24 września 2016

Moc Jezusa

Ojciec na Górze Tabor powiedział: "Słuchajcie Go", więc nadstawiam ucha. A dzisiaj Jezus mówi: "Weź sobie te słowa do uszu", czyli nie pozwól, żeby one przeleciały obok ciebie. Będzie coś ważnego!

"Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi".

No, nie! Takie rzeczy i to zaraz po spektakularnym wyrzuceniu złego ducha, gdy wszyscy osłupieli wprost z zachwytu dla mocy Bożej! Jest moc, jest entuzjazm, jest uwielbienie! A tu zamiast dorzucić do tego pieca coś, co podtrzymałoby ten duchowy haj (tak postąpilibyśmy na spotkaniu modlitewnym, prawda?), Jezus przekuwa w uczniach balon euforii i daje im to słowo.

Trudne słowo i, jeśli jesteśmy szczerzy wobec samych siebie, musimy przyznać, że z całego serca pragniemy, żeby ono nie zabrzmiało. Chcemy zatkać na nie uszy, tak jak to zrobili apostołowie, którzy nie rozumieli i nie chcieli pytać. Opór wobec prawdy.

Opór wobec tego, co narusza wyobrażenia, spodziewania, nasze scenariusze. Chcemy Jezus silnego cudami, objawiającego moc i dlatego opieramy się przed przyjęciem czegoś jeszcze więcej: przed przyjęciem wszechmocy Jego miłości objawionej w wydaniu się.
Ta miłość w oczach świata jest słabością. Bezbronny Jezus wydaje się w ręce ludzi, bo dać siebie to coś więcej niż dać coś. W ręce tych "złych ludzi". 
A kim oni są?
To wszyscy ci, którzy nie są zdolni usłyszeć Słowa Bożego i wybierają własne, nie Boże drogi. Czyli to my jesteśmy. My, uczniowie Jezusa, którzy opornie otwieramy uszy na Słowo Boga. Właśnie w nasze ręce wydaje się Jezus.

I to jest Dobra Nowina.

poniedziałek, 19 września 2016

Jasno o świetle

Łk 8, 16-18
"Jeśli ktoś zapalił lampę", ona świeci.
Jeśli lampa nie świeci, to znaczy, że nie udało się jej zapalić.

"Uważajcie więc, jak słuchacie".

To my jesteśmy tą lampą. Jeśli Jezus rozpalił w nas światło wiary i łaski, to nie da się tego ukryć.
Nie jest to nasze światło. My jedynie jesteśmy naczyniem. Ale efekt robi wrażenie: "wszyscy, którzy wchodzą", widzą światło.

Jeśli nie widać, to mamy problem. 

I jest to problem, który trapi nas mocno, o ile, oczywiście, jesteśmy na tyle wewnętrznie uczciwi, by się z nim skonfrontować. Świadomość, że niejednokrotnie raczej dymimy (robimy zadymę?), niż świecimy, często gasi w nas nadzieję, że dorośniemy do zadania przed jakim stawia nas Pan. 
Owszem, raz po raz próbujemy "zaświecić" bliźnim dobrymi uczynkami prosto w oczy. Ale szybko przekonujemy się, że prędzej ich oślepiamy niż oświecamy, bo właśnie tyle potrafimy sami z siebie.

Jednak rozwiązanie istnieje i jest blisko nas. "Nie jest w niebiosach, by można było powiedzieć: Któż dla nas wstąpi do nieba i przyniesie je nam. I nie jest za morzem, aby można było powiedzieć: Któż dla nas uda się za morze i przyniesie je nam" (Pwt 30, 12-13). Jezus podaje nam je w Ewangelii św. Łukasza, we wcześniejszej perykopie:  Łk 8, 5-15. 

Przypowieść o siewcy, bo o niej mowa, precyzyjnie diagnozuje przyczynę "nieświecenia", czy, używając terminologii agrarnej - "braku plonów". Jest nią pozorne, płytkie słuchanie Słowa, które nie może zaowocować. 

Lekarstwem zatem jest słuchanie "sercem szlachetnym i dobrym" i "zatrzymanie" Słowa. Bo to Ono ma moc nas rozpalić i przemienić. Jest bowiem Słowem Boga.

Bo jeśli uda się Jezusowi rozpalić lampę, to ona po prostu świeci...
Niech się tak stanie. Amen.


sobota, 17 września 2016

Naszych biją, czyli jak łatwo uwolnić demony...

Powstrzymywałam się od pisania na ten temat, ale stało się... Po kolejnym doniesieniu o Polaku zaatakowanym tylko za to, że rozmawiał po polsku w brytyjskim Telford, wstawiam tekst, który napisałam kilka dni temu:

Słucham kolejnych doniesień o pobiciu Polaków na Wyspach. Słucham i dziwię się naiwnie. Gdzie angielska flegma? Gdzie dżentelmeni w cylindrach? Gdzie Shakespeare i Blake, Dickens i Wilde? Gdzie się podziała ta cała nasza europejska cywilizacja, skoro tak łatwo napuścić nas jednych przeciw drugim?
Tak po prostu z kijem na człowieka jak w epoce kamienia łupanego, za to, że nie z naszego plemienia?
Nie jest to, oczywiście, domena jednego narodu czy klanu. Podobne historie dzieją się tu i tam, bo łatwo, niestety, jest przebudzić demony, które spokojnych sąsiadów przemieniają w zbójców.

Tutsi i Hutu, Serbowie i Chorwaci, rzeź wołyńska i eksterminacja Ormian, totalitaryzmy XX wieku i rewolucje...

Hola, hola!-  powie ktoś. Gdzie tam porównywać kilka napadów z ludobójstwem? Oczywiście, skala nie ta (chociaż, czy śmierć jednego człowieka jest "mniej" zabójstwem niż tysięcy ludzi?), ale jednak mechanizm całkiem identyczny.

Od zawsze strategia wyszukiwania wspólnego wroga i rozbudzania wrogości do kogokolwiek dla osiągnięcia swoich krótkowzrocznych celów przypominała zabawę zapałkami w prochowni.
Kto wiatr sieje, ten zbiera burzę. A burza, jak to burza już tak łatwo woli siejącego się nie podda. Ci którzy wskazując wroga, rzucają pierwszy kamień, łatwo mogą sprowokować lawinę, nad którą nie mogą zapanować.
Tym bardziej, że w tej Europie zagłusza się zatyka cichy głos Jezusa, który sprawia, ze kamienie wypadają z rąk.. 

środa, 14 września 2016

Chwalebna szubienica

I coby tu dzisiaj zaśpiewać w czasie Eucharystii?
Coś wielkopostnego o krzyżu? Niby pasuje, ale wyjdzie jakoś smutno, a nie o to chodzi...
Jakąś pieśń chwały? Tak! Bo to dzień triumfu Krzyża! Patrzymy na Krzyż i cieszymy się zwycięstwem, jakie się na Nim dokonało. Chlubimy się Krzyżem! Umieszczamy Go w widocznych miejscach i nosimy na szyi.
Czy nas pogięło?!!!
Świętujemy wokół narzędzia tortur, służącym do wykonywania najokrutniejszego wyroku śmierci.
Czy to jest normalne?
Ludzie patrzą na nas i myślą: "Z nimi jest coś nie tak...". I nie dziwi mnie, to że oni się dziwią. Raczej dziwię się, że tak łatwo my przyzwyczailiśmy się do tego znaku i Krzyż nie napełnia nas świętym zadziwieniem...
Bo to naprawdę jest szubienica i nie od początku pierwsi chrześcijanie umieli przełamać w sobie naturalny opór wobec tego znaku. Oni widzieli egzekucje. Wyroki, męczarnie, śmierć. Trudno przedrzeć się przez tę makabrę z głębszym przesłaniem.
Ale paradoksalnie okrucieństwo i beznadzieja krzyża, przez kontrast wyostrza możliwość zobaczenia powodu naszego świętowania.
Tak, to właśnie w takich okolicznościach miłość zwyciężyła. Nawet w takich. Zatem miłość jest silniejsza.
Jezus zszedł w głąb ludzkiej tragedii, w ból, nienawiść, przemoc, umieranie.
I przezwyciężył ich tyranię. Już teraz nie śmierć ma ostatnie słowo do powiedzenia, ale On.
Chrześcijanie nie miłują cierpienia, nie chełpią się katuszami i nie gloryfikują bólu. My wywyższamy miłość i nadzieję, które objawiły się w tych masakrycznych okolicznościach.
To nie Bóg wymyślił sobie nienawiść i cierpienia. W Jego planach nie było śmierci i przemocy. Ale stało się. Wolny człowiek sięgnął po zło, a tym samym po jego skutki.
A Bóg wziął na siebie te skutki, których sami nie mieliśmy siły udźwignąć i przełamał ich jarzmo. Odtąd Krzyż jest znakiem nadziei.




wtorek, 13 września 2016

Przede wszystkim Jezus, głupcze!

Wczoraj napisałam tekst zaangażowany społecznie. Na gorący temat. Dość dobry tekst. I kiedy już go miałam wysłać, coś mniej powstrzymało przed kliknięciem ikonki "opublikuj". A dzisiaj zupełnie odeszła mnie chęć ruszanie tamtych spraw.
Owszem, to fajnie uczestniczyć w publicznej debacie, popłynąć na fali medialnie nośnego tematu, zaistnieć ze swoim oryginalnym? zdaniem..., ale czy to jest ten pokarm, którym chcę karmić innych?
Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko szeroko rozumianej publicystyce, dyskusjom itd. To wszystko jest ważne i ktoś to musi robić. Co więcej, wiele osób robi to świetnie, więc po co tam jeszcze ja ze swoimi trzema groszami...?
To po prostu nie mój dział. Moim konikiem jest życie duchowe.
Oczywiście, sporo jest wokoło mnie spraw ważnych, interesujących, wciągających. Nie jestem kołkiem w płocie, obojętnym na to, co się dzieje. Jednak mam takie przekonanie, że te wszystkie sprawy nabierają właściwego smaku i ciężaru dopiero wtedy, gdy najpierw życie napełni się obecnością i łaską Jezusa.
Wiem, że to zabrzmiało to jak truizm, ale tak po prostu jest.
Tylko Jezus jest źródłem życia. Jest chlebem, który karmi. I nie jest to jedynie pobożna przenośnia. To fakt. Gdy szukamy tego czegoś, zwał to jak zwał: sensu życia, spełnienia, treści..., jednym słowem, tego sprawia, że życie jest soczyste i pełne, wtedy wszystko, co jest na tym świecie, jest jedynie okruchem, który jeszcze bardziej pobudza głód. Goniąc za tymi okruchami wciągamy się w okropny kołowrotek niezaspokojenia, w którym na zmianę pobudza nas nadzieja, że oto tuż przed nami... jest coś... co da spełnienie lub dopada nas zniechęcenie, bo albo nie dało się wymarzonego celu osiągnąć, albo, co gorsze! dało się go pochwycić i rozczarował.
I co, siostra, taka pesymistka i wróg radości życia?- powie ktoś (sama bym może tak zareagowała czytając u kogoś podobne słowa). Ale to dopiero jedna strona medalu. Ta brzydsza. Jest jednak na szczęście i ta druga. 
Gdy szukamy sensu życia (nie wszyscy mają odwagę go szukać, bo może zawczasu pogrzebali nadzieję, że on jednak istnieje) i zwracamy się do Jezusa, wtedy (takie jest moje osobiste doświadczenie) spotkanie z Nim jest jak zaczerpnięcie świeżego powietrza po wyjściu z dusznego pokoju (lub po wyjeździe z Krakowa :-). Wszystko nabiera barw.
Jezus mówi: "Ja jestem życiem". Nie - "jestem jedną z propozycji życia" czy "alternatywą  życiową". Jest życiem i poza Nim nie ma innego.
Gdy się Nim karmimy, Nim oddychamy, wtedy sprawy tego świata nabierają właściwego blasku. Bo nie chodzi o to, by się od nich ze wstrętem odwrócić, mówiąc: "Be!". Chodzi o to, by przykładać do nich właściwą miarę. Wtedy smakują i służą nam, bo takie jest ich przeznaczenie.
Gdy w kupnie samochodu, upatrujesz po prostu szansę, by posiadać środek transportu, to wizyta u dealera (o sprzedawcę samochodu chodzi, oczywiście :-), nie rozczaruje cię (no najwyżej zaboli ceną). Dostajesz co chcesz. Ale jeśli uwierzysz reklamom, że oto, gdy wsiądziesz do upragnionego auta, osiągniesz wyższy poziom szczęścia i życie stanie się kolorowe i zamiast jeździć do pracy, będziesz ciągle zwiedzał egzotyczne kraje, to euforia szybko przemieni się rozczarowanie. 
Bo życie staje się kolorowe z powodu miłości Boga, a nie posiadania samochodu czy.......... (wpisz wybrany przedmiot) lub ewentualnie osiągnięcia ............ (tu też możesz coś wpisać) czy wyjechania do ............ (jakieś propozycje... :-)

Tak więc, cieszmy się życiem, ale nie zapominajmy oddychać.
A tlenem jest obecność Jezusa.

piątek, 9 września 2016

Belki i drzazgi

Gdy wyciągniesz belkę ze swojego oka, przejrzysz - mówi do mnie Pan - Wtedy zobaczysz, że bliźni ma oczy. Delikatne źrenice, wrażliwe piękno, które łatwo zranić. I wtedy drzazga w oku brata zrodzi współczucie i chęć pomocy, a nie gniew.
Gdy usuniesz belkę ze swego oka, zobaczysz, że i ty masz oczy. Odrzucisz  twardość belki i pokochasz wrażliwość.


czwartek, 8 września 2016

Przeżyjmy to jeszcze raz!

Zebrało się mi dzisiaj na wspominanie ŚDM. A może nie tyle o wspominki chodzi, ile o to, że dopiero z biegiem czasu zaczyna do mnie docierać waga i treść tych wydarzeń, które pośród nas się dokonały. Gdy już ucichł wokół nich medialny jazgot (potrzebny, ale zbyt głośny, by usłyszeć bardziej subtelne dźwięki), przychodzi czas na wsłuchiwanie się w echo, w rezonans wywołany w duszy, w to coś, co po cichu rozchodzi się jak kręgi na wodzie, gdy kamień już wpadł w odmęty i już jest po wielkim "chlup!".
A kręgi, jak to kręgi zataczają się :-) coraz szerzej :-)

Dzisiaj chcę się z Wami podzielić jednym, małym obrazkiem z wcale nie centralnych wydarzeń ŚDM. 

Jako Siostry Duszy Chrystusowej opiekowałyśmy się namiotem eucharystycznym na Brzegach. Jednym z wielu. Daleko, daleko za wodą, za rzeką (dosłownie!), z dala od ołtarza, pośród traw stał sobie namiot, a w nim przez całą noc z soboty na niedzielę trwała adoracja Najśw. Sakramentu. Kiedy o północy przyjechałam tam do moich sióstr (to dość niesamowite jeździć samochodem po Campusie Misericordiae w czasie czuwania!), ludzie ze świeczuszkami w rękach klęczeli wokół Ukrytego w Hostii. Klęczeli w namiocie, obok niego, na trawie, a nawet na drodze poza sektorem. Na drodze trwała wędrówka ludów (spośród 2 mln ludzi zawsze ktoś akurat musi się przemieszczać, nie ma bata :-), a oni klęczeli. Powiedziałby ktoś, że to nie były idealne warunki do modlitwy. A tam była jakaś mistyczna cisza (chociaż wokoło gwar przechodzących). Centrum świata. Jezus znalazł sposób, by dotrzeć do każdego, nawet tego z sektora F. Nikt nie był pokrzywdzony, że daleko od Franciszka, że nie widział z bliska, że dłoni nie uścisnął. Bo tam, gdzie jest Jezus tam jest epicetrum tego wielkiego trzęsienia, które porusza ludzkie dusze łaską i miłosierdziem. 
Wiem też, z opowiadań moich sióstr, że ci ludzie tej nocy spowiadali się, a także przychodzili do sióstr, by pogadać o życiu, o śmierci.... Aż do świtu... 
Taka to była noc. 


A to taki zoom :-)

fot. s. Hiacynta Nowosad ZDCh

środa, 7 września 2016

A jednak się kręci...

Jakoś trudno mi zebrać myśli po wakacjach. I chyba nie tylko dlatego, że błoga, ciepła kanikuła wygładziła mi zwoje mózgowe jak prostownica do włosów. Jest w tym coś więcej. Coś jak smakowanie i celebracja życia, prostych czynności, spotkań, rozmów. Bez zbytniego mędrkowanie, analizowania i... (może to bardzo źle, a ja się jeszcze z tym publicznie obnoszę! :-o) bez refleksji czy próby zrozumienia. Czyste trwanie w nurcie czasu.
I jedno zdanie z "Obłoku niewiedzy" w mojej pustej głowie:

"Bóg nie prosi o pomoc, prosi o ciebie"

Szach, mat, religijna aktywisto! - pomyślałam sobie. Dość przekombinowanego życia, w którym wszystko trzeba ogarnąć, zrozumieć, pokierować, przewidzieć, wyciągnąć wnioski, zaplanować i wykonać. Jakby losy świata zależały ode tego, czy dam radę. Niedawno jedna mówiła, że da radę. I co? Wygląda na to, że scenariusze dla świata pisane są w innych pokojach niż gabinety polityków.

Więc zostawiam to, co "przerasta moje siły" (Ps 131) i pokornie biorę się do codziennej pracy, bez pretensji do bycia demiurgiem. Raczej małym trybikiem w maszynie świata. Całkiem małym, ale ważnym, bo jedynym takim. 

A Bóg? Bóg prosi, by być dla Niego. Jego nie kręcą idealne maszyny, doskonałe systemy i mądre teorie. On upodobał sobie relacje, przyjaźnie, spotkania. Taki niepraktyczny ten nasz Bóg jak na szefa firmy "Wszechświat". A jednak wszystko kręci się jak trzeba.

niedziela, 4 września 2016

Małe jest piękne

Za chwilkę wyruszam na Jasną Górkę. 
Tak, to nie literówka z tą "Górką". Jasna Górka jest koło Ślemienia (okolice Żywca z pięknymi widokami na Beskidy) i jest małym, miejscowym sanktuarium Matki Bożej. Właśnie dzisiaj ten wizerunek Madonny będzie koronowany.
Bo Maryja chce królować nie tylko w wielkich stolicach, ale i w naszych miasteczkach i wioskach, a nade wszystko w naszych duszach. W tym co swojskie i najbliższe. Jest regionalną patriotką (ale ponieważ mieszka w wielu regionach, jest także bardzo uniwersalna :-)) 
A nawet więcej. Uwielbia mieszkać u każdego z nas indywidualnie w domu. Nie przeszkadzają Jej okruchy na stole czy zabawki dziecka rozrzucone na podłodze. To akurat są Jej klimaty. 
Nawet, jeśli nasz dom jest nieco przybrudzony konfliktami, a z sufitu smętnie zwisa pajęczyna smutku, to tym bardziej Ona chce tu wejść. 
Maryja zna nie takie groty i jaskinie. A wraz z Nią zna je Jej Syn, bo się w czymś takim urodził. To są ich pałace.
Zatem zaprośmy Ich bez lęku. Posadźmy na takim taborecie jaki mamy i powiedzmy Im dzisiaj: Oto Wasze królestwo! Rządźcie sobie tu jak chcecie.


piątek, 2 września 2016

Rekolekcje weekendowe

Serdecznie zapraszam na rekolekcje, które poprowadzimy w Siedlcu k Krzeszowic w dniach 14-16 października.

Trwa Rok Miłosierdzia, dlatego rekolekcje będą o Panu, który darował nam 270 ton złota długu.

Więcej informacji i formularz zgłoszeń na stronie:
www.domrekolekcyjnysiedlec.pl

obraz Jezusa Promieniującego z kaplicy domu rekolekcyjnego w Siedlcu

środa, 31 sierpnia 2016

Kiedy świadkiem jest tylko lustro...

Witam wszystkich po wakacyjnej przerwie.
Ta przerwa to coś więcej niż tylko brak wpisów na blogu. Milczenie baaaaardzo służy głoszeniu, gdyż słowo musi najpierw dojrzeć w ciszy. Bez tego głoszenie przeradza się w czczą paplaninę, a tej jest już i tak za wiele.
Dobrze tę prawdę oddaje zdanie, które ostatnio znalazłam w Gościu Niedzielnym. Marcin Jakimowicz w wywiadzie z Maciejem Wolskim mówi: "Dawid nie bał się potyczki "w świetle reflektorów" z Goliatem, bo stoczył wiele ukrytych bitew, gdy nikt go nie widział." A M. Wolski odpowiada: "Najważniejsze bitwy wygrywamy w domu, gdy nikt nas nie widzi. To klucz do naszego życia. Myślę, że Bóg powołuje nas ze względu na wybory, których dokonujemy w ukryciu." GN 35(2016)
Otóż i to.
Medialna obecność skłania bardziej do dbania o wizerunek, PR, odbiór itd. Odruchowo człowiek przegląda się bardziej w oczach innych, niż w lustrze swojego sumienia i łatwo wtedy stracić odniesienie do niezmiennych wartości. By zachować równowagę, potrzeba czasu, gdy oglądamy siebie jedynie w oczach Boga. Gdy, z dala od presji otoczenia, możemy w ciszy posłuchać Słowa i stanąć w prawdzie przed Tym, który widzi głębiej.

To odwieczne napięcie między treścią a formą.
Oczywiście, nie znaczy to, że treść Dobrej Nowiny ma być przekazywana byle jak, owinięta w gazetę albo w szary papier. Nie. Trzeba zadbać o to, by forma - opakowanie zachęciły, zwłaszcza tych, którzy jeszcze nie znają jej słodkiego smaku i nie sięgną po Ewangelię bez zachęty/przynęty :-).
Ale dbając o opakowanie, nie można zapomnieć o zawartości.
Bo głoszenie Dobrej Nowiny ma swoje zasady - możesz dać tylko to, coś sam przyjął.
Możesz przekazać prawdę o Miłosierdziu Boga, gdy sam doświadczysz bycia dłużnikiem winnym 270 ton złota, któremu Pan darował dług. Możesz mówić o Bożej miłości, jeśli pozwalasz się kochać Bogu nie próbując sobie zasłużyć na Jego uznanie. Możesz...
Możesz, jeśli najpierw, w ciszy, stajesz przed lustrem Słowa i pozwalasz, by Ono cię przeniknęło.
Owszem, można być "dostawcą" Słowa. Przewieźć je na motorynce jak pizze z dostawą do domu i samemu zostać głodnym. Wtedy Jezus powie: "zachowujcie co mówi, ale jego uczynków nie naśladujcie". Ale co to za głoszenie. Dajmy spokój. Szkoda na to czasu...


czwartek, 11 sierpnia 2016

Miłość to także wymagania

Kochani, od dłuższego czasu w komentarzach pojawił się, oględnie mówiąc, chaos i przepychanki. Być może dla kilku osób jest to naturalne środowisko życia, ale dla mnie - nie.  Raz i drugi, łagodnie sugerowałam, żeby popracować na stylem i treścią wypowiedzi, ale bez skutku. Gdy upomnienie nie przynosi skutku, przychodzi czas na postawienie wymagań. 
Każdy może prowadzić bloga, a po za tym są liczne fora, gdzie każdy może dyskutować do woli. Jeśli jednak ktoś chce wypowiadać się tutaj (w jakiś sposób jest gościem w moim domu), musi przyjąć panujące na tym terenie zasady. 
Podałam je już poprzednio, ale widać, bez skutku. Np. prosiłam o podpisywanie się jakimś nickiem, żeby można było zrozumieć o co komu biega. Prosiłam także, by pisać KOMENTARZE, czyli teksty nawiązujące do treści posta. Ale czytanie ze zrozumieniem nie jest jak widać łatwą umiejętnością.
Stąd, niestety, dla dobra ogółu, będę zmuszona włączyć weryfikację komentarzy. 
Przepraszam wszystkich Czytelników bloga za to utrudnienie, ale nie widzę innego wyjścia.
Serdecznie pozdrawiam i do usłyszenia po wakacjach. Popatrzcie na piękno przyrody i wróćcie tutaj 1 września :-)

środa, 3 sierpnia 2016

To się nazywa wstać z kanapy!

Modne się już stało papieskie wezwanie, żeby wstać z kanapy i zamienić ją na wyczynowe buty. Ale gdy my sobie o tym rozmawiamy, niektórzy robię to w praktyce.
2 sierpnia, a więc niebawem po zakończeniu ŚDM-u, w naszej kaplicy s. Celina złożyła Bogu swoje śluby zakonne w Zgromadzeniu Sióstr Duszy Chrystusowej. Po okresie nowicjatu, zdecydowała, by poświęcić swoje życie Bogu i służbie ludziom. 

chwila odczytania napisanej własnoręcznie formuły ślubów zakonnych...

To jest radykalne zostawienie kanapy i założenie prawdziwie wyczynowych butów. Wyczynowych, bo nie każdy jest zdolny do tego, by pójść za Jezusem czerwonym szlakiem życia według rad ewangelicznych. 
Polecam Ją Waszym modlitwom. Proście także za tych młodych ludzi, których Bóg wzywa do życia kapłańskiego i zakonnego, żeby mieli odwagę podjąć wyzwanie i iść za Jezusem.
A jeśli ciebie wzywa Bóg, to nie wahaj się. Kanapy wychodzą z mody...

wtorek, 2 sierpnia 2016

ś.p. Kard. Franciszek

Ś.P. Kard. Franciszek - przez większość mojego życia mój Biskup mojego Krakowa... Niech Pan obdarzy Go chwałą nieba...

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Dwie pielgrzymki, czyli o tym jak do Polski przyjechali Papież Franciszek i Papa Francesco...

Tak, tak, właśnie takie wrażenie może mieć ktoś, kto słuchał i uczestniczył w ŚDM (należę do tych szczęśliwców), a potem czytał rewelacje niektórych gazet i portali...
Było ich dwóch!
Jednego spotkali owi dziennikarze, a drugiego młodzież i reszta 2,5 milionowej rzeszy ludzi.
Zresztą trudno się temu dysonansowi poznawczemu dziwić.
Można to było przewidzieć wcześniej, gdy przedstawiciele mediów z uporem maniaka zadawali wszystkim pytanie: Czego się spodziewasz po wizycie Papieża Franciszka?
Jeśli się spodziewam, to znaczy, że będę słuchać i patrzeć z tezą, z jakimś założeniem, z wybiórczą wrażliwością, skoncentrowana jedynie na tym, co odpowiada na moje oczekiwania.
W tym spodziewaniu ukryty jest filtr, który uniemożliwia przyjęcie przesłania Papieża.
I rzeczywiście, na skutki nie trzeba było długo czekać.
Jak na zawołanie pojawiły się "przesłania", tylko że nie Papieża, ale tych spodziewaczy.

Kiedy Bp Grzegorz Ryś przygotowywał ewangelizatorów ŚDM-u na spotkanie z Papieżem, powiedział: Po prostu słuchajcie i patrzcie. Słuchajcie, co mówi i patrzcie, co robi. Bo to jest prorok, więc ważne są nie tylko słowa, ale i gesty...

Zrobiłam tak. 

I otrzymałam niesamowite przesłanie wzywające mnie do nawrócenia serca.
Nawet nie próbuję się tym dzielić, bo to zbyt osobiste doświadczenie.

Wierzę jednak głęboko, że Papa Francesco przyniósł je każdemu z nas.

Dlatego teraz, gdy ŚDM się skończył, warto odłożyć gazety i na spokojnie poczytać/posłuchać (po raz pierwszy lub kolejny) tego, co mówił Papież. Najlepiej wszystko po kolei. Aż się ułoży z tego jakaś wizja i prawdziwe zrozumienie, co On tak naprawdę chciał nam przekazać.


piątek, 22 lipca 2016

Z pola bitwy...

Od poniedziałku zaczęly się rekolekcje przygotowujące ewangelizatorów na ŚDM w ICE. Coś niesamowitego.... Można posłuchać nauczania Ks. Bpa Rysia z tych dni na profeto.pl
Od wczoraj ewangelizatorzy posługują na 6 scenach rozmieszczonych w Krakowie. Wszystko się dopiero rozkręca, a mnie już brak sił :-) No , ale młodośc to stan ducha - mówi do mnie O. Knabit z każdego plakatu w mieście, więc lecę dalej... Dziś ewangelizacja na placu Wolnica. Pozdrawiam :-)

sobota, 2 lipca 2016

Czynny kontemplatyk

Kiedy myślimy "mistyk", w naszej głowie pojawia się obraz lewitującego kontemplatyka, który nie wie, co się wokół niego dzieje. Mówiąc krótko, totalnie oderwany od rzeczywistości, odjechany gość.
Ale to nie jest cała prawda o mistyce. To w ogóle nie jest prawda o mistyce. Bo mistyk, wbrew pozorom, przebywa w samym centrum rzeczywistości, gdyż jest blisko Tego, który jest Prawdą. Dlatego mistycy, chociaż czasem dla świata niezrozumiali (to świat jest pogrążony w iluzji i pozorach), mocno na tenże świat wpływali i popychali go do przodu. I robią to dalej.
M. Paula Tajber pisała o tych błogosławionych skutkach kontemplacji i zjednoczenia z Bogiem w jednym ze swoich rozważań. Postarajcie się przedrzeć przez nieco archaiczny język i posłuchajcie:
Taka dusza szczęśliwą się czuje, gdyż działa już nie tyle myśląc o Bogu, ile dotykając się Wszechmocy Boga, działając pod Jego Wpływem, czuje się szczęśliwą w zetknięciu z Jej Mocą, promieniu­jąc w działaniu swym dobroczynną Mocą Boga na zewnątrz. Toteż dusza taka czuje się zjednoczoną z Bogiem w działaniu pod wpływem Woli Boga i gdy przez nią przepływa przebłogosła­wiona Moc Działania Boga, dusza ta jest całkowicie szczęśliwa, jej nic nie brakuje, ona poznaje Boga nie tyle wmyślając się w Boga lecz doświadcza­jąc Boga w działaniu Jego w niej i przez nią, w jej czynie dla Boga. To są dusze geniuszów, będących wyrazem przejawu Opatrzności Bożej w rodzaju ludzkim. Rozkoszą takich dusz, zjednoczonych w woli z Bogiem i potęgujących swą wolę pod wpływem Mocy Woli Boga, jest czyn ujawniony na zewnątrz przez działanie aktywne. A jakaż różnorodność jest w tym zjednoczeniu z Bogiem w czynie uzewnętrznionym! Tu rodzą się wielcy dobroczyńcy, którzy całe życie swe poświęcają dobru dla bliźnich, szczególnie ujawnionym w miło­sierdziu. Lecz są też dobroczyńcy, którzy słowem Bożym leczą dusze. To są powołania misyjne - czyn dla nich jest życiem, tu spotyka się ich dusza z Bogiem w łowieniu innej duszy dla Boga - tu dopiero czerpie Moc i Siłę z Boga, tu jej życie dla Boga, tu dopiero ona widzi Boga przez działanie Jego w nim dla bliźnich. Wtedy taka dusza jest szczęśliwą gdy mówi o Bogu - bo sama Go w tym słowie poznaje i widzi Jego działanie - przepływające przez nią - tu jest ta Komunia święta duchowa - to oddanie się Jezusa jej - by przez nią zdobyć miliony dusz dla Boga. Tu wyraża się siła Woli Boga, pociągania dusz do Boga - przez taką duszę apostolską. 
Inne dusze czują zjednoczenie z Bogiem w uzewnętrznionym czynie przez wyrażone słowo o Bogu na piśmie - takie dusze czują Boga w pracy swej twórczej - wyrażonej w myśleniu o Bogu dla bliźnich.
Taka dusza żyje Bogiem, gdy tworzy dla bliźnich w zjednoczeniu z Bogiem - daje im poznanie Boga, pobudza przez to poznanie do miłowania Boga. Ona w swej twórczości żyje Bogiem dla bliźnich, chwaląc tym zjednoczeniem Boga, nie sama lecz z bliźnim, którego porywa dla Boga. Jest to dusza twórcza, zjednoczona z Bogiem przez umysł twórczy, pobudzany Wolą Boga w woli do czynu słowa wyrażonego nie usty lecz w poezji, w naukowych dociekaniach, w wyrazie umysłowego zjednoczenia z Bogiem dla dawania poznania Boga innym w naukach ascetycznych, teologicznych, mistycznych określeniach wiedzy o Bogu.
To są dusze żyjące Bogiem w umysłowym czynie dającym innym poznanie Boga – to są dusze poetyckie, geniusze słowa Bożego uwiecznionego w piśmiennictwie. Dla nich jest żyć Bogiem - to poznawanie Boga nie tylko dla siebie, lecz z równą chęcią dawania Go poznawać innym.

Zaś najbogatszym zjednoczeniem z Bogiem jest zjednoczenie osobowości duszy naszej z Osobą Boską Syna Bożego Jezusa Chrystusa.”
Można? Można. Wielcy działacze, pisarze, artyści, głosiciele... Jeśli działanie bierze początek w Bogu i z Niego czerpie swoją siłę, wprowadza dobro, piękno i harmonię w ludzkie dusze. Czyż nie o to chodzi?
P.S. Dzisiaj wieczorem zaczynam swoje zakonne rekolekcje, więc do 10 lipca milknę i znikam z sieci, ale w tym czasie można coś o M. Pauli poczytać, polecam:


biografię M. Pauli Tajber autorstwa s. Fabiany Ptak

wybór pism M. pauli Tajber


refleksję nad duchowością m. Pauli mojego autorstwa

Książki można otrzymać, wysyłając na adres sbogna@gmail.com maila z podanym adresem pocztowym, na który należy wysłać wskazany tytuł.
Dobrej lektury i do zobaczenia po rekolekcjach :-)

wtorek, 28 czerwca 2016

Szczerze...

Mam nieodparte wrażenie, że szczerość jest dzisiaj nadmiernie ceniona. Raz po raz w sieci spotykam "złote myśli", że bohaterem jest ten, kto umie wygarnać innym, co czuje i co myśli, bez względu na konsekwencje. Cóż, niewątpliwie w zamyśle autorów ma to być odtrutka na szerzącą się wszędzie obłudę i zakłamanie, ale jakoś zapomniano, że przeciwieństwem kłamstwa jest prawda, a nie szczerość.
Niby to to samo, ale nie całkiem i nie zawsze.
Szczerość jest zgodnością pomiędzy tym, co się myśli (czuje), a tym, co się mówi. A prawda, to zgodność tego, co się mówi, myśli i jak jest.

Powie, ktoś: "No i co się czepia? Przecież mówię jak myslę i tak jest".
Owszem, ale tylko w twoim subiektywnym światku. Każdy z nas ma swoje racje, ale racja to, jak sama nazwa wskazuje, cząstka, a nie całość prawdy.

Gdy wypalę do kogoś, kogo nie lubię: "Jesteś niekompatybilny do moich oczekiwań i nie zamierzam z tobą konwersować" (tłumaczenie s. B.M :-), to owszem, jestem szczera, ale czy to na pewno jest prawda o tym człowieku? Raczej jedynie o moich uczuciach względem niego. 
Czy więc zatem mam prawo wylać na kogoś wiadro pomyj tylko dlatego, że mam problem z własnymi emocjami. I czy aby na pewno jest to bohaterstwo?

Nie jestem wrogiem szczerości, ale nie uważam, że jest ona sama w sobie wartością. Wartością jest prawda. A ona wymaga większego wysiłku niż tylko odwaga, by powiedzieć swoje zdanie.
Zresztą intuicyjnie czujemy, że w tej naszej szczerości jest wiele emocji. To częściej jest to, co czujemy niż myślimy.
Prawda wymaga wzniesienia się ponad subiektywne odczucia i szukania czegoś, co jest nam wspólne - rzeczywistości.

W końcu Jezus powiedział: "Ja jestem drogą, prawdą i życiem", a nie szczerością...


poniedziałek, 27 czerwca 2016

sobota, 25 czerwca 2016

Różne przyczyny wzrostu pobożności...

Błagania, prośby, modlitwa wstawiennicza przez przyczynę wszystkich znanych i nieznanych świętych, akty strzeliste i wreszcie wielkie dziękczynienie - to duchowy efekt ostatnich godzin.
5-4 w rzutach karnych. Polska w ćwierćfinałach ME

Bóg niezmienny

Tyle się dzieje, że człowiek za tym nie nadąża: Brexity, koniec roku szkolnego, Lewandowski z kolegami ciągle we Francji, Papież w Armenii i jeszcze na to wszystko upał nieludzki. Kto to wszystko potrafi ogarnąć...
Dobrze, że nad tym wszystkim jest Bóg - niezmienny, kochający i troskliwy. 

Jeśli masz dość, przyjdź do Niego i wsłuchaj się w Jego Słowo, które wszystkiemu przywraca ład i równowagę.

TGD "Mów do mnie":

piątek, 24 czerwca 2016

Natychmiast święty

"Natychmiast święty" - taki transparent rozwinęli parafianie na pogrzebie swojego proboszcza. I wygląda na to, że jest to przekonanie dość powszechne, sądząc po niezliczonej rzeszy ludzi, którzy przyszli pożegnać ś.p. Ks. Prałata Michała Józefczyka w Tarnobrzegu.
Tym, co mnie osobiście przekonuje do tej konkluzji nie są nawet dzieła, które Ksiądz Józefczyk po sobie pozostawił (a jest tego sporo: wybudował kościół i kilka w okolicy przy okazji, z jego inicjatywy powstało hospicjum, przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum, rodzinny dom dziecka, jadłodajnia dla ubogich, schronisko dla bezdomnych, telewizja Serbinów  itd. itd....), nawet nie odznaczenia i tytuły (Proboszcz roku 2000, proboszcz III tysiąclecia. Kawaler Orderu Uśmiechu, Tarnobrzeżanin XX wieku), ale świadectwa ludzi, którzy z Nim byli.

Ponoć w swojej kilkutysięcznej parafii znał każdego, łącznie z dziećmi, po imieniu. Obok nikogo nie umiał przejść obojętnie. Kiedy był jeszcze wikarym, dzieci z parafii wybiegały mu daleko naprzeciw, gdy jechał do nich na katechezę motorowerem. Szedł więc z nimi dalej pieszo prowadząc pojazd, na który pakowały się dzieciaki. 
A odnośnie dzieci...
Ktoś w komentarzach napisał, że Ks. Michał zbudował wszystko, ale o jednym zapomniał... o sierocińcu, bo osierocił swoim odejściem tylu ludzi...

Piszę o tym wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze byłam na tym pogrzebie i nie mogę się oprzeć chęci podzielenia się z Wami wrażeniami. Po drugie zaś, tak często eksponuje się zło, błędy i upadki (ze szczególnym akcentem na grzechy księży), że czasem brakuje przestrzeni, by pokazać wielkie dobro, które się dzieje wokół nas. Jak bardzo to przytłacza i gorszy, widać nawet w komentarzach po śmierci Ks. Józefczyka. Wielu z tych, którzy go nie znali, nie może uwierzyć wspomnieniom o Nim. Dla nich kalka: czarny - zły jest tak wciśnięta w mózgownicę, że nie chcą uznać faktów. To straszne. Niech się  więc wstawia za nimi Ks. Michał - dobry człowiek i kapłan.

Ks. Michał Józefczyk 1946-2016

środa, 22 czerwca 2016

Nie tylko dla orłów

Co myślicie, czytając słowa "wchodźcie przez ciasną bramę" (Mt 7, 13)...?

Ja przez długi czas słuchając o ciasnej bramie i wąskiej ścieżce, wyobrażałam sobie trasę dla ambitnych, czerwony szlak, survival i testy wytrzymałościowe.
Oto Pan Jezus wzywa swoich komandosów do akcji!
Że jest to zabawa jedynie dla wybranych, najlepszych z najlepszych, potwierdzały mi słowa "mało jest tych".

Początkowo ta (błędna) interpretacja słów Jezusa, miała swój smaczek. Podbijała moją ambicję. Ja też chciałam należeć do elitarnej jednostki gorliwych chrześcijan i zdobywać dla Boga miasta i ludzkie dusze. 
Ale z czasem coraz mocniej docierała do mnie świadomość własnej słabości. Nie zawsze chcieć znaczy móc. Pomimo dobrych chęci rozbijałam sobie głowę o mur moich ograniczeń.

I właśnie to bolesne zderzanie się ze ścianą naprowadziło mnie na właściwą "ścieżkę". Dlaczegoż, myślałam, rozbijam się o mur, skoro jest w nim brama? Otóż, dlatego, że brama ta jest ciasna... A co to trzeba zrobić, żeby poradzić sobie tą malutką bramką? Mieć dużo siły? Napierać ze wszystkich sił na mur? Nie. Zdecydowanie, nie. Wystarczy schylić kark. Dumny, twardy, ambitny kark. Wystarczy trochę pokory, by przejść na stronę życia.
Doczytałam też ten fragment do końca. A tam jest napisane, że problem z wąską ścieżką nie polega na tym, że jest trudna, stroma i niebezpieczna, ale że jest ona niepozorna, skromna. "Mało jest takich, którzy ją znajdują" (Mt 7 14).

Właśnie taka droga prowadzi do życia.

Więc zrezygnujmy z autostrad ambicji, rywalizacji i udowadniania swojej lepszejszości (nawet w dziedzinie religijnej) i skręćmy w boczną dróżkę pokornego podążania za Jezusem w prawdzie.

P.S. Kto z Was woli jeździć powiatowymi drogami wśród drzew i pól niż autostradą w tunelu ekranów, łapka w górę! :-)
P.S. Ok. rozumiem, nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia... :-(


"Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują." Mt 7, 13-14

wtorek, 21 czerwca 2016

Świadectwo uzdrowienia

"Mam na imię Paweł. Od dziecka w moim życiu było wiele trudności. Rodzice się rozeszli, byłem wychowywany przez dziadków z dala od rodziców.
W różny sposób rozwiązywałem dziecięce problemy, jednym z nich było sięgnięcie po narkotyki w wieku 12 lat. Uzależniłem się. Przez kilkanaście lat prowadziłem życie zniewolony przez używki.
Utraciłem rodzinę, mieszkałem po melinach. Byłem w tragicznej sytuacji , po sobie oraz po innych ludziach zobaczyłem oraz zrozumiałem co to znaczy być na dnie.
Po wielu próbach leczenia trafiłem do ośrodka Monar w Czerwonym Dworku gdzie przy wsparciu grupy i terapeutów zdołałem odzyskać kontrolę nad swoim życiem.  Niestety konsekwencją wieloletniego brania jak i nie tylko była znaczna degradacja stanu zdrowia. Tj, Zaraziłem się wirusem HCV, przez co po czasie moja wątroba była w agonalnym stanie, ponadto wykryto u mnie guza wątroby.
Byłem załamany, lekarze odsyłali mnie na kolejne i jeszcze kolejne badania. Specjalista z Warszawy powiedział że jedyną szansą dla mnie jest transplantacja chorego narządu.
Wszystkie te wydarzenia sprawiły że zacząłem jasno widzieć że pomoc jest tylko w Bogu. Jednakże myśli o tragicznym zakończeniu mnie nie opuszczały. Po którejś kolejnej potwierdzonej diagnozie wątroby w towarzystwie przyjaciół pojechaliśmy na rekolekcję do Siedlca do Siostry Bogny.
Pojechałem tam w bardzo złym stanie ducha, byłem zrezygnowany na granicy rozpaczy. Zwierzyłem się Siostrze Bognie z moich problemów i zacząłem uczestniczyć w rekolekcjach.
W trakcie rekolekcji zostałem zaproszony na modlitwę wstawienniczą prowadzoną przez wspólnotę modlitewną. W mojej intencji modliły się także Siostry Zakonne oraz Ojciec Zakonny z Zgromadzenia Kapucynów. Ojciec udzielił mi sakramentu namaszczenia chorych. Ze swojej strony także gorąco prosiłem Pana Boga o łaskę i uzdrowienie.
Po powrocie z rekolekcji zauważyłem zmianę w moim samopoczuciu fizycznym i psychicznym. Otoczenie to potwierdzało, często słyszałem od nich: „Ale dobrze wyglądasz”. Po jakimś czasie pojechałem do szpitala na kolejne kontrolne badania, po analizie badań zdziwiona lekarka powiadomiła mnie że śladów po guzie nie ma. Z badań wątrobowych wynikało że wszystko jest w normie.
W drodze do szpitala miałem przeczucie że wszystko będzie dobrze. Jednak po potwierdzeniu informacji poczułem ogromną ulgę, radość, szczęście, poczułem się lżejszy o ciężar który mnie przytłaczał.
Chwała Panu !, Dziękuję za łaskę uzdrowienia. Paweł"


Niech będzie Bóg uwielbiony :-)

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Proces uświątobliwiania rozpoczęty...

Zadzwoniła do mnie znajoma:
"Wzięłam kalendarz i patrzę, że dzisiaj Bogny, więc dzwonię z życzeniami..."
"Tak, Bogny, ale, niestety, nie ma świętej Bogny, tylko taki tam dzień..." - odpowiedziałam.
"Jak to, a siostra to co? Processing trwa..."

To dotyczy każdego z nas.

Bo świętość to po prostu w pełni załadowany program chrzcielny :-)


piątek, 17 czerwca 2016

:-)

 Dzisiaj nie jestem w stanie nic napisać, bo bezmyślne szczęście z powodu tegoż, że Bóg nas kocha i że zremisowaliśmy z Niemcami w połączeniu ze zmęczeniem (po czwartkowym wieczorze, o zgrozo, pojawił się piątek a nie niedziela!) opanowało mi umysł. Życie jest piękne...

czwartek, 16 czerwca 2016

Przegląd techniczny

Pozdrawiam wszystkich z pięknego Białogardu. Poczytałam sobie Wasze ostatnie komentarze i powiem szczerze: Jestem dumna, że mam takich Czytelników. Wasze wypowiedzi wiele wnoszą i są okazją do przemyśleń i zobaczenia jak sprawy wyglądają z drugiej strony. I pomimo różnic poglądów i emocji, trzymacie poziom. Dziękuję.
Zgadzam się, że różnorodność jest dobra. Oczywiście, mówimy subiektywnie. Z emocjami. Ale to wydaje mi się wartością, nie przeszkodą. Może dla kogoś to jest jedyna okazja, by wylał swój ból i poczucie krzywdy.
Jednym słowem, jest dobrze.

Właściwie to, nawet gdyby wyjechała na biegun, blog mógłby z Waszą pomocą działać dalej całkiem sprawnie ;-)

Mam tylko jedną propozycję, która nam wszystkim, w kontekście rosnącej ilości komentarzy, pomoże: Proszę, podpisujcie komentarze imieniem. Może być zmyślone, ale używanie konsekwentnie. To ułatwi kojarzenie kolejnych wpisów, które przecież układają się w jakiś wątek. Łatwiej połapać się w odpowiedziach. 

Co Wy na to?

wtorek, 14 czerwca 2016

Świadek wiary potrzebny od zaraz!

Sporo się w komentarzach pojawiło treści dotyczących świadka-nauczyciela wiary. I niemało tęsknoty za kimś takim. A także zawodu, gdy świadek okazał się fałszywym.
Bo i tak jest, że bardziej przemawia do nas przykład niż nauczanie. I łatwiej jest iść drogą za przewodnikiem, niż według wskazań kogoś, kto pozostał w domu na kanapie i w bamboszach.

I jest trochę tych przewodników. Najpewniejsi z nich są ci, którzy już doszli do celu i wiemy o nich na pewno, że ani nie pobłądzili, ani nie zniechęcili się w drodze - to święci. Oni towarzyszą nam, pouczają, wspierają, dodają otuchy.

A i pośród nas sporo jest takich, którzy szczerze szukając Boga, stają się przykładem i pomocą.

Jednak trzeba w tym rozważaniu na temat: "Jak to dobrze i miło, gdy są wokół nas prawdziwi świadkowie wiary" zrobić pewne zastrzeżenie. Otóż nikt z nich nie zastąpi nam Ojca. 
Jezus powiedział: "Wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest Ojciec wasz, Ten w niebie. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden jest tylko wasz Mistrz, Chrystus." Mt 23, 8-10.

W chrześcijaństwie nie ma instytucji guru. Jesteśmy braćmi w drodze. Starszymi, młodszymi, mniej lub bardziej doświadczonymi, ale braćmi.
To chroni przed zbytnimi spodziewaniami, które mogą z jednej strony rodzić rozczarowanie, z drugiej zaś, sprawić, że bardziej będziemy się liczyć z człowiekiem niż z Bogiem.

I jeśli czasem zdarzy się tak, że ktoś nas rozczaruje, okaże się też grzesznym, słabym, niedoskonałym, to może jest to dobra okazja, by mocniej przylgnąć do tego Jedynego Ojca, który nigdy nie zawodzi. Do tego który Jeden jest Dobry i Doskonały.

Oczywiście, zgadzam się z tym, że niektórzy z racji powierzonej im funkcji ponoszą większą odpowiedzialność za słowa, za dawany przykład. Czasem ich błędy ranią bardzo dotkliwie. Ale ostatecznie chodzi o to, byśmy jako chrześcijanie nawet wobec grzeszącego autorytetu umieli okazać miłosierdzie i pomóc, zamiast gorszyć się i strzelać focha na Kościół.

Dojrzała wiara polega bowiem na przylgnięciu do Boga samego, a nie do wyposażenia kościoła. 

Chociaż miło jest i łatwiej, gdy wyposażenie sprzyja kultowi :-)