czwartek, 25 maja 2017

Dziękuję :-)

Ogromnie dziękuję za wszystkie komentarze zamieszczony tutaj i na FB. Obiecuję, że po powrocie z rekolekcji podejmę temat mistyki na blogu. W pewnym sensie będzie to opowiadanie ślepego o kolorach. Ale spróbujemy. Nie pierwszy raz tak będzie. A właściwie często tak jest :-)

Gdy jadę gdzieś głosić, moja przyjaciółka, patrząc na temat konferencji mówi nieraz: "Znowu będziesz mówić o tym, o czym nie masz zielonego pojęcia" :-)))))))) I coś w tym jest!

środa, 24 maja 2017

Mistyka - luźne skojarzenia

Kochani, niebawem rozpoczynamy w Krynicy rekolekcje "Czuły dotyk Boga - mistyka dla wszystkich". Miejsc wolnych brak, więc last minute nie wchodzi w rachubę, ale mam do Was prośbę:
napiszcie w komentarzach z czym Wam się kojarzy słowo "mistyka", "mistyk", "kontemplacja". Ja z racji skrzywienia zawodowego mogę mieć trochę inne wyobrażenia i byłoby dla mnie cennym widzieć jak to funkcjonuje w potocznym rozumieniu.
Z góry (czy raczej z dołu, sadząc po układzie tekstu :-))) dziękuję za odpowiedzi...
Polecam się Waszym modlitwom na czas rekolekcji. I potem też :-)


czwartek, 18 maja 2017

O przycinaniu i uprawie latorośli ciąg dalszy....

"A ja się nie dziwię takiej reakcji winnego krzewu. Ma wszelkie prawo myśleć, że jest niszczony i umiera. Naprawdę trzeba wielkiej, świętej wiary, żeby dać się obcinać" - napisał ktoś w komentarzach.

Cóż mogę rzec ad vocem? Jestem za, a nawet przeciw :-)
Patrząc na życie jakim jest, to też się nie dziwię. Znamy Boga-Ogrodnika często tylko ze słyszenia i nie ufamy Mu, więc kiedy bierze się do przycinania gałązek, to jest lęk. To subiektywne odczucie bierze się nie tylko z braku zaufania, ale także z ukształtowanej w nas potrzeby, żeby mieć kontrolę nad swoim życiem, a tu jesteśmy zależni. Niekomfortowa sytuacja.

Jednak w dużej mierze jest to kwestia percepcji. Myślę, że kilka spostrzeżeń pozwoli popatrzeć na tę sprawę z innej strony.
Po pierwsze, przycinanie to nie jedyna czynność ogrodnika. A ogrodnik to nie jedyny ewangeliczny obraz Boga. Popatrzmy szerzej. Ogrodnik dba o winorośl. Pasterz nie tylko strzyże owce, ale też je pasie, opiekuje się, opatruje zranione i broni (jak wiemy z Ewangelii Jana oddając życie). Chodzi zatem o proporcje. Bóg jest dobry i troskliwy. Jego troska wyraża się na różne sposoby. Kto doświadczył Jego opieki, ufa, że i wtedy, gdy zbliża się z nożycami do przycinania winorośli, nie ma złych planów.
A teraz zajmijmy się samym przycinaniem.
Bóg nazywa siebie także lekarzem. W tym przypadku można by Mu dodać specjalizację - chirurgia. A nawet bardziej szczegółowo - to chirurg onkolog.
Tak, bo to, co Bóg chce odciąć, to nowotwór.
Ja wiem, że boli tak samo, ale świadomość jest całkiem inna, kiedy myślę, że ktoś pozbawia mnie czegoś cennego, ukochanego jak ręka czy oko, a kiedy usuwa zagrażającą mi narośl, która wyniszcza mój organizm.
Kiedy oglądałam film dokumentalny o kobiecie, która miała na plecach ok. 70 kilogramową narośl. Uniemożliwiała jej normalne funkcjonowanie. Operacja trwała wiele godzin. Kilku lekarzy odcinało wielkiego guza. Po jego usunięciu potrzeba było wiele centymetrów skóry do przeszczepu. Po operacji kobieta jeszcze długo cierpiała zanim skóra się przyjęła. Czy miała do lekarzy pretensje? Dziękowała im ze łzami w oczach. To naturalne.
Ale gdyby wspomniana wyżej kobieta uważała tę narośl za część własnego ciała? Gdyba była przekonana, że tak właśnie jest lepiej. Z tą naroślą. Że tak wygląda "kompletny" człowiek, a bez tego będzie kaleką?
Tak czasem jest w życiu duchowym. Trzymamy się kurczowo tego, co wcale nam nie służy. Czasem jest to nawet grzech.
Bóg nie odbiera nam tego, co potrzebne do życia. Wprost przeciwnie, pomnaża w nas żywotność, uwalniając od tego co ją tłumi. Właśnie taki jest cel przycinania winnicy. 
Bóg jest dobrym ogrodnikiem i dba o latorośl. On nie jest autorem cierpienia. Cierpienie weszło na świat przez grzech i zawiść diabła. Bóg pośród tego nas prowadzi do pełni życia. 
Jeśli Mu zaufamy.



środa, 17 maja 2017

Promocja postów

Co to jest promowany post? (pytanie z FB). Post promowany jest wtedy, gdy w piątek odmawiasz sobie kiełbasy, ale szykujesz kanapkę z szynką na godz. 24.00 :-)))))))))

Ogrodnik sadysta, czyli o tym, że strach się bać.

Wydawało mi się, że o krzewie winnym z Ewangelii św. Jana napisano już wszystko. Że można się już jedynie zająć kontemplacją tego cudnego obrazu i, przede wszystkim, po prostu tą rzeczywistością żyć.
Ale, nie!
Okazuje się, że nie wszystko jest jasne. A nawet, dla niektórych całkiem ciemne. Mroczne wręcz! Bo są nowe odkrycia w tej kwestii. Np. takie, że głównym bohaterem tej historii jest ogrodnik sadysta, który cały czas przeznacza na wynajdywanie nowych katuszy dla biednej roślinki. Że to taki horror jest. Biedna roślinka uciec nie może, bo korzonki trzymają, a ten drań dalejże jej zadawać cierpienia. Acha, smaczku w tym wszystkim dodaje to, że gałązka ma być wdzięczna i sercem przywiązana do oprawcy. Taki tam syndrom sztokholmski.

A to wszystko na podstawie tego jednego zwrotu: "(Ojciec) każdą (latorośl), która przynosi owoc, oczyszcza" J 15,2.
Gdybym tego nie usłyszała na własne uszy, nie uwierzyłabym.
Ale słyszałam. I krew we mnie zawrzała.
Bo z tej interpretacji nie wyłaniał się obraz troskliwego hodowcy, który dba o roślinkę i ukierunkowuje jej rozwój, pomnaża jej siłę, ale koszmar sadysty, który przypala ją papierosem i wdeptuje w ziemię.
Skąd się borą te koszmary? Te diabelskie opowieści straszące Bogiem? Diabelskie, i mówię to nie w przenośni, bo to jest cel szatana: odstraszyć nas od Boga, byśmy nie poznali Jego miłości i nie poznali słodyczy przyjaźni i zaufania. 
Bóg jest dobry, a jednak ciągle istnieją na tym świecie ludzie, którzy boją się powierzyć mu swoje życie. Nie dlatego, że w Niego nie wierzą, ale dlatego, że Mu nie ufają. I istnieją na świecie ludzie, którzy opowiadają te niestworzone bzdury o okrutnym bogu, który, gdy mu zaufamy zamieni nasze życie w pasmo cierpienia. I do tych mam pretensję. Wielką pretensję. WIELKĄ PRETENSJĘ. I jeszcze większą nawet. Robicie krzywdę Bogu i ludziom.

sobota, 13 maja 2017

Słowo prorocze?

Przedwczoraj głosiłam w Chorzowie. Na pożegnanie wspólnota, u której gościłam dała mi czekoladę, a na niej... jak sądzę, słowo prorocze.
Na czekoladzie było napisane:

Tira(j) misiu! :-)))))))))))))

piątek, 12 maja 2017

Taka myśl

Ktoś mnie zapytał, czy trzeba ujawniać prawdę o jakiś nadużyciach czy grzechach ludzi Kościoła, bo jedni mówią, że to atak, a przecież Jezus mówił, że prawda wyzwala.

Pomiędzy szukaniem prawdy a atakiem jest taka różnica jak między elektrownią jądrową a bombą. Niby to samo paliwo, ale cel inny...

Słowo na pogodę i niepogodę...

Tyś jest ucieczką dla biednych, dla ubogich podporą w utrapieniu; Tyś osłoną przed deszczem, Tyś ochłodą przed skwarem Iz 25,4


środa, 10 maja 2017

Słowo niosące przez dzień

Daj mi życie zgodne z Twoim przykazaniem... Ps 119

Woda ze skały

Od niedawna uczę się nowej umiejętności. 
Może, z racji stażu mojego życia zakonnego (w przyszłym roku ćwierćwiecze ślubów zakonnych) powinnam ją nabyć już dawno, ale lepiej późno niż wcale.
Dawniej, gdy przyszło mi uczestniczyć we Mszy św. sprawowanej przez znudzonego (oczywiście, to czysto subiektywne odczucia) księdza, zżymałam się, gdy słuchałam kiepskiego kazania - denerwowałam się, a rzępolenie w kościele na organach w połączeniu z zawodzeniem sprawiało, że przewracały się mi wnętrzności. Oczywiście, dzisiaj nadal nie sprawia mi to  przyjemności, ale odkryłam, że tracę cenną szansę.
Wychodziłam z kościoła rozgoryczona i zła, czyli z niczym, a nawet na minusie. A przecież podczas tej niedbałej Eucharystii także na ołtarz przyszedł Jezus. Ani troszkę umniejszony czy zmieniony. Ten sam, żywy i prawdziwy.
Dlatego teraz zamiast bić głową w mur, staram się przyłożyć usta do skały, bo okazuje się, że z niej płynie woda żywa. I jest to cudowne działanie dobrego Boga, który pokornie przychodzi nie pytając o to jak Go traktujemy. Przecież i ja sama nieraz przyjmuje Go niedbale, bez gorliwości i wstrząsającej świadomości tego co się dzieje. A On przychodzi.
Więc zamiast wściekać się na to, na co i tak nie mam wpływu, lepiej skoncentrować uwagę na Jezusie, bo może On się czuje osamotniony i niezauważony...
A teraz didaskalia :-)
Powyższy tekst nie jest zachętą, żeby sobie odpuścić troskę o piękne sprawowanie liturgii. Jeśli mamy na to wpływ, zróbmy wszystko, co w ludzkich możliwościach, by Msza św. była najważniejszą godziną. I nie chodzi tu o teatralne gesty i ozdoby. To nie jest teatr. Piękna liturgia rodzi się z żywej wiary. A z tak sprawowanej liturgii wiara się pomnaża. Wtedy woda żywa płynie przeobficie.

wtorek, 9 maja 2017

Hierarchia wartości

Historia z cyklu "fakty autentyczne":
Przewodnik na wycieczce tłumaczy coś przedszkolakom z naszego zakonnego przedszkola. Ale chłopcy trochę rozrabiają, więc przewodnik chciał ich trochę ustawić do pionu. Mówi im: "Macie mnie słuchać. Ja tu jestem teraz najważniejszy". 
Staś na to: "Nieprawda, Bóg jest najważniejszy!"

Siostry przedszkolanki miały mieszane uczucia, ale w sumie jest z czego być dumnym. Hierarchia wartości ustawiona wzorowo...


Wołanie i co potem?

Trwa tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne.
Modlimy się, bo, wbrew opiniom niewtajemniczonych, nowi księża nie biorą się z księżyca, a bracia i siostry zakonne nie rodzą się w habitach jako oddzielny gatunek człowieka. Bóg powołuje zwykłych ludzi, którzy niczym nie różnią się od swoich rówieśników. Nie są lepsi, ani lepiej urodzeni. Dlatego modlimy się, bo powołanie jest całkiem niezasłużoną, darmową łaską.
Modlimy się, bo potrzeba Kościołowi nowych kapłanów i nowych osób konsekrowanych. Prosimy Boga, by wezwał konkretnych młodych mężczyzn i kobiety do tej posługi.
I jak ufamy, Bóg hojnie wysyła te zaproszenia.
Jest jednak jeszcze coś o co trzeba się gorliwie modlić.
O to, by te zaproszenia dotarły do zainteresowanych.
Rzeczywistość wokół nas przypomina czasem pijanego listonosza, który z trudem trafia pod wskazany adres z zaproszeniem Boga. Wielu młodych dzisiaj nie umie usłyszeć Boga. Nie przychodzi im do głowy, że Pan może ich potrzebować. W planowaniu przyszłości nie biorą nawet pod uwagę możliwości Bożej interwencji. 
Nie chcę jednak generalizować. Byłoby to krzywdzące dla sporej rzeszy młodych, którzy autentycznie liczą się z Bogiem i słuchają Jego głosu.
Jednak i na nich czyhają pewne pułapki.
Nawet jeśli słyszą Boże wezwanie, nawet, jeśli pragną iść za tym głosem, to świat rzuca im pod nogi kłody, o których im dawniejszym kolegom i koleżankom w powołaniu nawet się nie śniło. 
Sporo jest kpiny, odwodzenia od decyzji, nieprzychylnych komentarzy aż po niechęć i groźbę zerwania relacji. Dawniej z takimi reakcjami mógł się spotkać ktoś, kto zamierzał zrobić coś bardzo złego... Dzisiaj ostracyzm dotyka tych, którzy wybierają dobro. Taki klimat.
Ale nie będziemy się tu przygnębiać krytykowaniem czasów, bo czasy są jakie są i każdy z nich jest dobry, by powiedzieć Bogu "tak".
Modlę się więc za każdą młodą kobietę i każdego młodego mężczyznę, którego Bóg zaprasza do służby w Kościele.

Jest Boże wołanie. I jest to co się dzieje po tym wołaniu, czyli po-wołanie. I jeśli człowiek da się Bogu poprowadzić, to może z tego powstać całkiem ciekawa historia życia. Ja, na ten przykład, nie żałuję niczego. Po prostu "non, je ne regrette rien" :-)

poniedziałek, 8 maja 2017

Baba i 25 rozbójników

Wczorajsza opowiastka z Kamienia Pomorskiego to tylko wstęp, introit do spotkań z gatunku tych, po których nic już nie jest takie samo.
Nie wszystko mogę opowiedzieć "ze względu na wzgląd" dyskrecji, ale posłuchajcie...
Inna część Polski i inne środowisko. Ośrodek "Monaru" konkretnie. Pojechałam tam, bo znam szefową - Hanię oraz Pawła, Rafała i Gosię - dawnych pacjentów tego ośrodka. Już od kilku lat Bóg w swoich nieodgadnionych planach spotkał nas i wyraźnie ma dla nas jakiś wspólny ciąg dalszy.
Otóż, ponad trzy lata temu, Hania przeczytała w "Gościu Niedzielnym" wywiad z moja osobą i tknęło ją, żeby przyjechać z dwoma chłopakami, którzy już byli po terapii na rekolekcje do Siedlca. 
Szczerze powiedziawszy, przywitałam ich z obawą. Byli trochę z innego świata, w dodatku jeden z nich chory...
Nie zapomnę tej chwili, gdy Paweł przyszedł w czasie rekolekcji pogadać i powiedział: "I co ze mnie zostanie? Przedtem narkotyki, a teraz choroba..." Paweł miał zniszczoną wątrobę. HCV i guz na dodatek. Był chudy i lekarz nie dawał mu zgody na podjęcie pracy. Mimo tego, że wyszedł z nałogu, nie mógł się usamodzielnić, bo nie mógł pracować.
Rekolekcje "W Duszy Jezusa uzdrowienie naszych dusz" były skoncentrowane wokół tematu uzdrowienia wewnętrznego, ale modliliśmy się za Pawła także o uzdrowienie fizyczne. Paweł otrzymał także sakrament namaszczenia.
Po czasie dowiedziałam się, że Bóg go tam, w Siedlcu uzdrowił. On sam nie dowierzał. Gdy pierwszy raz po rekolekcjach robił badania, to wrócił się do przychodni, żeby powiedzieć, że pomylono wyniki, bo te na pewno nie są jego...
Zniknął guz i zniknęło HCV.
Obecnie Paweł ożenił się i pracuje, ma mieszkanie...
Kilka dni temu pojechałam razem z Mariolą, z którą prowadzimy rekolekcje w Siedlcu do Pawła i Gosi oraz odwiedzić Hanię. Kiedy Hania zaproponowała, żebyśmy się spotkały z pacjentami z ośrodka, pomyślałam sobie, że coś tam im powiem, ale wiecie, rozumiecie... co ja mogę im powiedzieć? Zakonnica wobec 25 facetów z przeszłością. Mimo pamięci cudu jakiego dokonał Bóg dla Pawła, nie dowierzałam w Bożą moc.
Spotkaliśmy się razem wieczorkiem, siedząc w kole na fotelach. Powiedziałam coś o Bogu, który nie przychodzi, by jedynie od nas wymagać, ale by dać łaskę... a potem po prostu oni zaczęli opowiadać o swojej religijności, o tym co mają do Kościoła, do księży...
I tak się zaczęło. Jak w rodzinie. Szczerze.
I wiecie co? Jakoś się nie dziwię, że Pan Jezus lubił głosić ewangelię celnikom i jawnogrzesznicom. To jest naprawdę żyzna gleba.

niedziela, 7 maja 2017

Małe, wielkie rzeczy

Ostatnio wiele czasu spędziłam w podróży. A podróże, jak wiadomo, kształcą. Mają też inne skutki, jak ten, na przykład, że nie ma czasu, żeby napisać coś na blogu, ale to zostawiam na marginesie w ramach usprawiedliwienia mojego milczenia. 
Zatem wracając do kształcenia. Kształcące były przede wszystkim spotkania z ludźmi. Spotkania, które zostawiły trwałe ślady w mojej pamięci i sercu.
Jest ich sporo, ale zacznę dzisiaj od jednego - lekkiego i pięknego.
Kamień Pomorski. Ładne, zabytkowe miasteczko na zachodnio-północnym krańcu naszego kraju. Jest trochę deszczowa (sorry, taki mamy klimat!) kwietniowa sobota. Do naszego domu (Siostry Duszy Chrystusowej pracują tam od wielu lat) puka Ksiądz-dziadeczek. Przyjechał specjalnie PKS-em z odległego o ok. 30 km. Międzywodzia, bo pamiętał, że tu kiedyś siostry miały sklep z dewocjonaliami. Ksiądz-dziadeczek jest już na zasłużonej emeryturze i w Międzywodziu kuruje się w sanatorium, ale przyjechał, bo w sanatorium też są ludzie, o których trzeba zadbać duchowo. Widział, że nie bardzo garną się do Pana Boga, więc postanowił, że pojedzie i kupi jakieś obrazki, żeby im w niedzielę dać i coś o Bogu opowiedzieć. 
Bo kapłaństwo to sposób bycia. 
Zawsze.
Sklepu już dawno nie ma, ale akurat miałyśmy sporo obrazków Jezusa Promieniującego. Dałyśmy je i odwiozłyśmy Księdza do sanatorium.
I tak sobie myślę, że przez pokorną troskę tego Kapłana o dusze ludzkie, przez jego wysiłek i miłość, mogą się dziać się w duszach ludzkich wielkie rzeczy. Bo wszechmoc Boga objawia się najskuteczniej przez miłość i pokorę.