poniedziałek, 19 czerwca 2017

Incydenty - level "wzajemność"

Liczba "incydentów" rośnie w postępie geometrycznym. Co więcej, przemoc rodzi przemoc, którą łatwo pomylić z konieczną obroną. Ale w ogniu walki, podgrzewanej jeszcze przez polityczne, doraźne interesy, któż by się takimi subtelnościami zajmował. Polaryzacja stanowisk jest widoczna: albo potulnie dać się zabić, narysowawszy wcześniej coś kredą na murze na znak solidarności z tymi, którzy zginęli wcześniej, albo wsiąść do samochodu i wjechać w tłum "wrogów". Nie chcę nikogo osądzać, bo nie wiem sama jak bym się zachowała, gdyby moje państwo wydało mnie, moją rodzinę i bliskich na pastwę niekontrolowanej dzikości. Bo to przecież tego, a nie biednych uchodźców boją się dzisiaj ludzie w całej Europie.
Raczej chciałabym się odnieść do tych wszystkich, którzy obserwując wydarzenia z bezpiecznej odległości, używają "pobożnych" argumentów do forsowania swoich idei (diabeł też tak robił na pustyni, kusząc Jezusa tekstami z Pisma Świętego). Na przykład dzisiejsza Ewangelia z liturgii mszalnej, wydaje się świetnym narzędziem, do walenia w łeb tych, którzy nie chcę przyjmować hurtowo emigrantów: "Powiadam wam, nie stawiajcie oporu złemu. Nadstaw policzek..., oddaj płaszcz..., idź dwa tysiące kroków..." Mt 5, 39nn. Czyli  wydaje się, że pozostaje jedynie rysowanie kredą na ulicach... Chrześcijaństwo nie jest jednak religią promującą postawę życiowej ofermy, ale siły, która ma inne korzenie niż przemoc. Jezus mówi dosłownie: "nie rewanżujcie się złu", czyli nie próbujcie zwalczać zła, złem. On nie każe nam być słabymi czy przegranymi. To w ogóle nie jest dyskusja o sile czy słabości, ale o byciu dobrym lub złym. Można być dobrym i mocnym. A nawet więcej, dobroć, płynąca z osobistej relacji z Bogiem jest źródłem siły.
Jeśli ktoś stosuje przemoc, nienawidzi, chce mnie zniszczyć, to mogę na to w różny sposób zareagować. Dwa sposoby już znamy: stać się ofiarą lub przeciwnikiem. Jezus podpowiada trzecią drogę: walcz ze złem, a nie z tym kto to zło wyrządza. Fantastycznie komentuje ten tekst o. Fausti: "Jezus nienawidzi grzechu, ponieważ kocha grzeszników, a my nienawidzimy grzeszników, ponieważ kochamy grzech". 
Dopiero w takiej perspektywie można planować konkretne działania, tak dopierając środki, by wyeliminować zło, a nie grzesznika. Tolerancja nie może być zgodą na zło, krzywdę i przemoc. Ale nie można też pod przykrywką walki ze złem, przemycać swojej własnej nienawiści i uprzedzeń. Nikt z nas, nawet, gdy nasza wieś z brzegu spokojna, nie jest zwolniony dzisiaj z pytania siebie o stosunek do tych innych, którzy każdego dnia przekraczają granica Europy w dobrych i złych zamiarach. Jeśli chcemy "bronić chrześcijańskich korzeni", to trzeba najpierw sprawdzić, na ile one są wrośnięte w nasze dusze. Bo "kochać" po chrześcijańsku nie oznacza naiwnego wymachiwania transparentami: "Welcome refugees" i rzucania się w ramiona emigrantom, jak to czynią/czyniły, bo teraz już się boją?, lewicowe feministki, ale roztropne czynienie dobra, w którym jest miejsce na postawienie zdrowych wymagań.



niedziela, 18 czerwca 2017

50 lat minęło jak jeden dzień.....

Jestem niedużo młodsza niż Katolicka Odnowa w Duchu Świętym, która właśnie odchodzi 50-lecie istnienia. (I jak ona czuję się nadal młoda :-) A także od 25 lat czynnie uczestniczę w tym nurcie Kościoła, do którego wpadłam, czy raczej zostałam wciągnięta przez Ducha Bożego bez własnej inicjatywy (bo trudno nazwać inicjatywą fakt, że nieopatrznie :-) pomodliłam się do Ducha Świętego i ku mojemu zaskoczeniu, On odpowiedział :-)
Tak więc jubileusz Odnowy ma dla mnie mocno osobisty wymiar. Może z tego powodu, a może i z innych, bardziej ogólnokościelnych przyczyn, mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o skalę świętowania tego wydarzenia i jego oddziaływania w całym Kościele. Bo to, że świętują wspólnoty charyzmatyczne, to dobrze, ale mało. Nawet uroczystości centralne z udziałem Papieża Franciszka, które miały miejsce niedawno w Rzymie, to jeszcze nie wszystko. To jedynie impuls, okazja do szerszej refleksji w całym Kościele. W calutkim Kościele. I nie chodzi tu jedynie o fakt, że wspólnoty charyzmatyczne są liczne i nie da się ich już zlekceważyć w strukturze Kościoła. Raczej przemawia za tym sama natura tego zjawiska. Bo wszystko wskazuje na to, że Odnowa nie jest jedynie pobożnym stowarzyszeniem osób, które założyły coś w rodzaju klubu miłośników gołębi :-) i teraz obchodzą rocznicę powstania. 
To nie ludzie wymyślili Odnowę. Nikt tego nie planował. Nikt nie przewidział (no, może kilku proroków), a już na pewno nikt, w najśmielszych oczekiwaniach, nie napisałby takiego scenariusza wydarzeń. Kiedy studenci i wykładowcy uczelni w Pittsburghu doświadczyli Chrztu w Duchu Świętym, nikt z nich nie przewidywał tego, co wydarzy się przez następne 50 lat. Bóg dokonał pośród nas większych dzieł niż "prosimy czy rozumiemy" (Ef 3,20). To było suwerenne działanie Boga. Pełne zaskoczenie. Czysta inicjatywa Boga. A tego nie można zlekceważyć, bo skoro Bóg działa, to jest w tym zamysł i naszym, jako uczniów Jezusa, obowiązkiem jest odczytać ten zmysł i wpisać nasze działanie w jego realizację.
Od samego początku też i ze swej natury Odnowa była i jest ekumeniczna (zrodziła się ponad podziałami pośród chrześcijan). Skoro wykracza ona poza ramy jednej denominacji, to naiwnością byłoby sądzić, że chodziło jedynie o powstanie kolejnej organizacji czy zrzeszenia  w Kościele. Odnowa nie jest pobożnym bractwem skupiającym fanów Ducha Świętego, bo też i Duch Święty nie jest jedynie dla wąskiej grupy chrześcijan. W ogóle nie można prowadzić życia chrześcijańskiego bez pomocy Ducha Świętego. Zatem wszyscy jesteśmy charyzmatykami czynnymi lub potencjalnymi. To co się wydarzyło przez te 50 lat dotyczy każdego z nas osobiście. To łaska, która jak promieniowanie ma przemienić całą strukturę Kościoła, odnowić ją, nie przez przyjęcie jakiejś nowej obrzędowości czy formy pobożności, ale przez przyniesienie nowej świeżości i blasku wszystkiemu, co w tym Kościele od dwóch tysięcy lat jest. Chodzi o to, byśmy przeżywali na nowo Eucharystię w mocy i zrozumieniu jakie daje Duch Święty; by kapłan, na nowo rozpalił w sobie charyzmat kapłaństwa,; żebym ja, jako osoba zakonna, w Duchu Świętym na nowo pokochała Jezusa, z którym związałam się przez śluby zakonne; byś, Ty, mój bracie, mógł przeżyć ogrom bogactwa, którym zostałeś obdarowany w Chrzcie św., itd.,itd... I więcej! Duch Boży chce nas poprowadzić do jedności w chrześcijańskiej rodzinie i potem dalej ku misji, na cały świat. Nie da się tego wszystkiego wyrazić słowami. Ale też nie o słowa chodzi. Chodzi o decyzję. Można, bowiem, albo dać się porwać temu nurtowi, albo zostać przy brzegu. Oczywiście, może to i bardziej komfortowe, czuć grunt pod nogami i kontrolować co się dzieje. Ale czy warto trzymać się sztywno własnych scenariuszy, gdy wokół nas dzieją się wielkich rzeczy?


sobota, 17 czerwca 2017

Introit do wakacji

Szybkimi krokami zbliża się lato, a wraz z nim, przynajmniej dla niektórych, wakacje i urlopy. Po całym roku pracy ciało ludzkie łaknie odpoczynku jak kania dżdżu. Deżdż (to nie błąd, tylko staropolski mianownik do tego dżdżu :-), oczywiście, jest na tym urlopie niewskazany, ale łaknienie bardzo podobne. Jednak wakacje są potrzebne nie tylko ciału. O tym, że cenne są one także dla duszy przekonywać Was, Drodzy Czytelnicy, zapewne nie muszę, ale chciałabym dorzucić tu mały kamyczek argumentu w temacie dusznego waloru i funkcji wakacji. Posłużę się w tym celu fragmentem z książki G. Ravasiego.

piątek, 16 czerwca 2017

Źródło radości

Jest problem z tym pisaniem, bo dzisiaj liczy się szybkość reakcji, szczególnie w mediach. To co było wczoraj zostało już zepchnięte w niepamięć przez wydarzenia dzisiejsze. Ale co zrobić, kiedy żyje się do przodu, a przecież, jak trafnie zauważył Kierkegaard, rozumie się do tyłu. Stąd też refleksja przychodzi z opóźnieniem. Na przykład ta o tzn. Bożym Ciele.

środa, 31 maja 2017

Ten, który przychodzi...

Wczoraj gościłam w malutkiej wspólnocie i kiedy głosiłam przypomniała mi się jedna ze scen z Dziejów Apostolskich, gdy Paweł przybył po raz pierwszy do Efezu i znalazł tam kilkunastu uczniów (Dz 19). Ci młodzi ludzie, których spotkałam nie wyglądali na takich, którzy "nie słyszeli, że istnieje Duch Święty" (wprost przeciwnie!), ale modliliśmy się razem i efekt był bardzo podobny - Duch Boży napełniał nas i zapraszał do przyjaźni z Jezusem.
Duch Święty, którego otrzymaliśmy w Sakramentach Chrztu i Bierzmowania, ożywia swoją działalność ile razy Go o to prosimy. Oglądałam to po wielokroć i za każdym razem wzrusza mnie wierność Boga, który odpowiada na nasze prośby.
Gdy modliłam się przed tym spotkaniem nieszporami, podczas śpiewania hymnu do Ducha Świętego w mojej wyobraźni pojawił się obraz zastygniętej lawy, która pęka i zaczyna przemieniać się w żarzący, płynący strumień. Właśnie to dzieje się w naszym wnętrzu, za każdym razem, gdy przywołujemy Ducha Świętego. Mówiąc trywialnie, nie potrzebujemy żadnej "dolewki" darów, tak jakby to co otrzymaliśmy w Sakramentach było wybrakowane. Nie. Ale zawsze, wszędzie, w każdej chwili potrzebujemy ożywienia tych darów, by nie skrzepły w martwy kamień, ale płynęły wewnątrz nas i wylewały się na zewnątrz.

Czas oczekiwania na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, jest świetną okazją do wzmożonej modlitwy, która sprawia, że nawet ze skały może popłynąć woda żywa. 

"Przyjdź Duchu Święty Niepojęta, Osobowa Miłości Ojca do Syna i Syna do Ojca i wprowadź mnie w nurt tej miłości"

P.S.
A tu kilka krótkich tekstów o oczekiwaniu na Ducha Świętego z poprzednich lat:

wtorek, 30 maja 2017

Po prostu oczekiwanie....

Zaledwie skończyły się rekolekcje w Krynicy, a już Bóg zaprasza nas na nową przeobfitą ucztę duchową. Mam nadzieję, że niebawem dla tych, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w rekolekcjach "Czuły dotyk Boga", a chcieliby posłuchać konferencji, będę mogła tu na blogu umieścić link nagrań, ale na razie trzeba zająć się tym, co przed nami.
Zapraszam serdecznie do naszej kaplicy w Krakowie na Prądniku Białym na czuwanie przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego.
Tak sobie to wyobrażam, że wszystko będzie bardzo proste. O godz. 20.00 O. Mariusz Balcerak SJ odprawi Mszę świętą z Wigilii Zesłania Ducha Świętego, a potem po prostu będziemy się modlić, czekać, prosić...
Co więcej trzeba?
Wszystko oddaję i spodziewam się wszystkiego. Amen.
P.S. Acha, data!
Oczywiście 3 czerwca 2017 :-)
Do zobaczenia

czwartek, 25 maja 2017

Dziękuję :-)

Ogromnie dziękuję za wszystkie komentarze zamieszczony tutaj i na FB. Obiecuję, że po powrocie z rekolekcji podejmę temat mistyki na blogu. W pewnym sensie będzie to opowiadanie ślepego o kolorach. Ale spróbujemy. Nie pierwszy raz tak będzie. A właściwie często tak jest :-)

Gdy jadę gdzieś głosić, moja przyjaciółka, patrząc na temat konferencji mówi nieraz: "Znowu będziesz mówić o tym, o czym nie masz zielonego pojęcia" :-)))))))) I coś w tym jest!

środa, 24 maja 2017

Mistyka - luźne skojarzenia

Kochani, niebawem rozpoczynamy w Krynicy rekolekcje "Czuły dotyk Boga - mistyka dla wszystkich". Miejsc wolnych brak, więc last minute nie wchodzi w rachubę, ale mam do Was prośbę:
napiszcie w komentarzach z czym Wam się kojarzy słowo "mistyka", "mistyk", "kontemplacja". Ja z racji skrzywienia zawodowego mogę mieć trochę inne wyobrażenia i byłoby dla mnie cennym widzieć jak to funkcjonuje w potocznym rozumieniu.
Z góry (czy raczej z dołu, sadząc po układzie tekstu :-))) dziękuję za odpowiedzi...
Polecam się Waszym modlitwom na czas rekolekcji. I potem też :-)


czwartek, 18 maja 2017

O przycinaniu i uprawie latorośli ciąg dalszy....

"A ja się nie dziwię takiej reakcji winnego krzewu. Ma wszelkie prawo myśleć, że jest niszczony i umiera. Naprawdę trzeba wielkiej, świętej wiary, żeby dać się obcinać" - napisał ktoś w komentarzach.

Cóż mogę rzec ad vocem? Jestem za, a nawet przeciw :-)
Patrząc na życie jakim jest, to też się nie dziwię. Znamy Boga-Ogrodnika często tylko ze słyszenia i nie ufamy Mu, więc kiedy bierze się do przycinania gałązek, to jest lęk. To subiektywne odczucie bierze się nie tylko z braku zaufania, ale także z ukształtowanej w nas potrzeby, żeby mieć kontrolę nad swoim życiem, a tu jesteśmy zależni. Niekomfortowa sytuacja.

Jednak w dużej mierze jest to kwestia percepcji. Myślę, że kilka spostrzeżeń pozwoli popatrzeć na tę sprawę z innej strony.
Po pierwsze, przycinanie to nie jedyna czynność ogrodnika. A ogrodnik to nie jedyny ewangeliczny obraz Boga. Popatrzmy szerzej. Ogrodnik dba o winorośl. Pasterz nie tylko strzyże owce, ale też je pasie, opiekuje się, opatruje zranione i broni (jak wiemy z Ewangelii Jana oddając życie). Chodzi zatem o proporcje. Bóg jest dobry i troskliwy. Jego troska wyraża się na różne sposoby. Kto doświadczył Jego opieki, ufa, że i wtedy, gdy zbliża się z nożycami do przycinania winorośli, nie ma złych planów.
A teraz zajmijmy się samym przycinaniem.
Bóg nazywa siebie także lekarzem. W tym przypadku można by Mu dodać specjalizację - chirurgia. A nawet bardziej szczegółowo - to chirurg onkolog.
Tak, bo to, co Bóg chce odciąć, to nowotwór.
Ja wiem, że boli tak samo, ale świadomość jest całkiem inna, kiedy myślę, że ktoś pozbawia mnie czegoś cennego, ukochanego jak ręka czy oko, a kiedy usuwa zagrażającą mi narośl, która wyniszcza mój organizm.
Kiedy oglądałam film dokumentalny o kobiecie, która miała na plecach ok. 70 kilogramową narośl. Uniemożliwiała jej normalne funkcjonowanie. Operacja trwała wiele godzin. Kilku lekarzy odcinało wielkiego guza. Po jego usunięciu potrzeba było wiele centymetrów skóry do przeszczepu. Po operacji kobieta jeszcze długo cierpiała zanim skóra się przyjęła. Czy miała do lekarzy pretensje? Dziękowała im ze łzami w oczach. To naturalne.
Ale gdyby wspomniana wyżej kobieta uważała tę narośl za część własnego ciała? Gdyba była przekonana, że tak właśnie jest lepiej. Z tą naroślą. Że tak wygląda "kompletny" człowiek, a bez tego będzie kaleką?
Tak czasem jest w życiu duchowym. Trzymamy się kurczowo tego, co wcale nam nie służy. Czasem jest to nawet grzech.
Bóg nie odbiera nam tego, co potrzebne do życia. Wprost przeciwnie, pomnaża w nas żywotność, uwalniając od tego co ją tłumi. Właśnie taki jest cel przycinania winnicy. 
Bóg jest dobrym ogrodnikiem i dba o latorośl. On nie jest autorem cierpienia. Cierpienie weszło na świat przez grzech i zawiść diabła. Bóg pośród tego nas prowadzi do pełni życia. 
Jeśli Mu zaufamy.



środa, 17 maja 2017

Promocja postów

Co to jest promowany post? (pytanie z FB). Post promowany jest wtedy, gdy w piątek odmawiasz sobie kiełbasy, ale szykujesz kanapkę z szynką na godz. 24.00 :-)))))))))

Ogrodnik sadysta, czyli o tym, że strach się bać.

Wydawało mi się, że o krzewie winnym z Ewangelii św. Jana napisano już wszystko. Że można się już jedynie zająć kontemplacją tego cudnego obrazu i, przede wszystkim, po prostu tą rzeczywistością żyć.
Ale, nie!
Okazuje się, że nie wszystko jest jasne. A nawet, dla niektórych całkiem ciemne. Mroczne wręcz! Bo są nowe odkrycia w tej kwestii. Np. takie, że głównym bohaterem tej historii jest ogrodnik sadysta, który cały czas przeznacza na wynajdywanie nowych katuszy dla biednej roślinki. Że to taki horror jest. Biedna roślinka uciec nie może, bo korzonki trzymają, a ten drań dalejże jej zadawać cierpienia. Acha, smaczku w tym wszystkim dodaje to, że gałązka ma być wdzięczna i sercem przywiązana do oprawcy. Taki tam syndrom sztokholmski.

A to wszystko na podstawie tego jednego zwrotu: "(Ojciec) każdą (latorośl), która przynosi owoc, oczyszcza" J 15,2.
Gdybym tego nie usłyszała na własne uszy, nie uwierzyłabym.
Ale słyszałam. I krew we mnie zawrzała.
Bo z tej interpretacji nie wyłaniał się obraz troskliwego hodowcy, który dba o roślinkę i ukierunkowuje jej rozwój, pomnaża jej siłę, ale koszmar sadysty, który przypala ją papierosem i wdeptuje w ziemię.
Skąd się borą te koszmary? Te diabelskie opowieści straszące Bogiem? Diabelskie, i mówię to nie w przenośni, bo to jest cel szatana: odstraszyć nas od Boga, byśmy nie poznali Jego miłości i nie poznali słodyczy przyjaźni i zaufania. 
Bóg jest dobry, a jednak ciągle istnieją na tym świecie ludzie, którzy boją się powierzyć mu swoje życie. Nie dlatego, że w Niego nie wierzą, ale dlatego, że Mu nie ufają. I istnieją na świecie ludzie, którzy opowiadają te niestworzone bzdury o okrutnym bogu, który, gdy mu zaufamy zamieni nasze życie w pasmo cierpienia. I do tych mam pretensję. Wielką pretensję. WIELKĄ PRETENSJĘ. I jeszcze większą nawet. Robicie krzywdę Bogu i ludziom.

sobota, 13 maja 2017

Słowo prorocze?

Przedwczoraj głosiłam w Chorzowie. Na pożegnanie wspólnota, u której gościłam dała mi czekoladę, a na niej... jak sądzę, słowo prorocze.
Na czekoladzie było napisane:

Tira(j) misiu! :-)))))))))))))

piątek, 12 maja 2017

Taka myśl

Ktoś mnie zapytał, czy trzeba ujawniać prawdę o jakiś nadużyciach czy grzechach ludzi Kościoła, bo jedni mówią, że to atak, a przecież Jezus mówił, że prawda wyzwala.

Pomiędzy szukaniem prawdy a atakiem jest taka różnica jak między elektrownią jądrową a bombą. Niby to samo paliwo, ale cel inny...

Słowo na pogodę i niepogodę...

Tyś jest ucieczką dla biednych, dla ubogich podporą w utrapieniu; Tyś osłoną przed deszczem, Tyś ochłodą przed skwarem Iz 25,4


środa, 10 maja 2017

Słowo niosące przez dzień

Daj mi życie zgodne z Twoim przykazaniem... Ps 119

Woda ze skały

Od niedawna uczę się nowej umiejętności. 
Może, z racji stażu mojego życia zakonnego (w przyszłym roku ćwierćwiecze ślubów zakonnych) powinnam ją nabyć już dawno, ale lepiej późno niż wcale.
Dawniej, gdy przyszło mi uczestniczyć we Mszy św. sprawowanej przez znudzonego (oczywiście, to czysto subiektywne odczucia) księdza, zżymałam się, gdy słuchałam kiepskiego kazania - denerwowałam się, a rzępolenie w kościele na organach w połączeniu z zawodzeniem sprawiało, że przewracały się mi wnętrzności. Oczywiście, dzisiaj nadal nie sprawia mi to  przyjemności, ale odkryłam, że tracę cenną szansę.
Wychodziłam z kościoła rozgoryczona i zła, czyli z niczym, a nawet na minusie. A przecież podczas tej niedbałej Eucharystii także na ołtarz przyszedł Jezus. Ani troszkę umniejszony czy zmieniony. Ten sam, żywy i prawdziwy.
Dlatego teraz zamiast bić głową w mur, staram się przyłożyć usta do skały, bo okazuje się, że z niej płynie woda żywa. I jest to cudowne działanie dobrego Boga, który pokornie przychodzi nie pytając o to jak Go traktujemy. Przecież i ja sama nieraz przyjmuje Go niedbale, bez gorliwości i wstrząsającej świadomości tego co się dzieje. A On przychodzi.
Więc zamiast wściekać się na to, na co i tak nie mam wpływu, lepiej skoncentrować uwagę na Jezusie, bo może On się czuje osamotniony i niezauważony...
A teraz didaskalia :-)
Powyższy tekst nie jest zachętą, żeby sobie odpuścić troskę o piękne sprawowanie liturgii. Jeśli mamy na to wpływ, zróbmy wszystko, co w ludzkich możliwościach, by Msza św. była najważniejszą godziną. I nie chodzi tu o teatralne gesty i ozdoby. To nie jest teatr. Piękna liturgia rodzi się z żywej wiary. A z tak sprawowanej liturgii wiara się pomnaża. Wtedy woda żywa płynie przeobficie.

wtorek, 9 maja 2017

Hierarchia wartości

Historia z cyklu "fakty autentyczne":
Przewodnik na wycieczce tłumaczy coś przedszkolakom z naszego zakonnego przedszkola. Ale chłopcy trochę rozrabiają, więc przewodnik chciał ich trochę ustawić do pionu. Mówi im: "Macie mnie słuchać. Ja tu jestem teraz najważniejszy". 
Staś na to: "Nieprawda, Bóg jest najważniejszy!"

Siostry przedszkolanki miały mieszane uczucia, ale w sumie jest z czego być dumnym. Hierarchia wartości ustawiona wzorowo...


Wołanie i co potem?

Trwa tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne.
Modlimy się, bo, wbrew opiniom niewtajemniczonych, nowi księża nie biorą się z księżyca, a bracia i siostry zakonne nie rodzą się w habitach jako oddzielny gatunek człowieka. Bóg powołuje zwykłych ludzi, którzy niczym nie różnią się od swoich rówieśników. Nie są lepsi, ani lepiej urodzeni. Dlatego modlimy się, bo powołanie jest całkiem niezasłużoną, darmową łaską.
Modlimy się, bo potrzeba Kościołowi nowych kapłanów i nowych osób konsekrowanych. Prosimy Boga, by wezwał konkretnych młodych mężczyzn i kobiety do tej posługi.
I jak ufamy, Bóg hojnie wysyła te zaproszenia.
Jest jednak jeszcze coś o co trzeba się gorliwie modlić.
O to, by te zaproszenia dotarły do zainteresowanych.
Rzeczywistość wokół nas przypomina czasem pijanego listonosza, który z trudem trafia pod wskazany adres z zaproszeniem Boga. Wielu młodych dzisiaj nie umie usłyszeć Boga. Nie przychodzi im do głowy, że Pan może ich potrzebować. W planowaniu przyszłości nie biorą nawet pod uwagę możliwości Bożej interwencji. 
Nie chcę jednak generalizować. Byłoby to krzywdzące dla sporej rzeszy młodych, którzy autentycznie liczą się z Bogiem i słuchają Jego głosu.
Jednak i na nich czyhają pewne pułapki.
Nawet jeśli słyszą Boże wezwanie, nawet, jeśli pragną iść za tym głosem, to świat rzuca im pod nogi kłody, o których im dawniejszym kolegom i koleżankom w powołaniu nawet się nie śniło. 
Sporo jest kpiny, odwodzenia od decyzji, nieprzychylnych komentarzy aż po niechęć i groźbę zerwania relacji. Dawniej z takimi reakcjami mógł się spotkać ktoś, kto zamierzał zrobić coś bardzo złego... Dzisiaj ostracyzm dotyka tych, którzy wybierają dobro. Taki klimat.
Ale nie będziemy się tu przygnębiać krytykowaniem czasów, bo czasy są jakie są i każdy z nich jest dobry, by powiedzieć Bogu "tak".
Modlę się więc za każdą młodą kobietę i każdego młodego mężczyznę, którego Bóg zaprasza do służby w Kościele.

Jest Boże wołanie. I jest to co się dzieje po tym wołaniu, czyli po-wołanie. I jeśli człowiek da się Bogu poprowadzić, to może z tego powstać całkiem ciekawa historia życia. Ja, na ten przykład, nie żałuję niczego. Po prostu "non, je ne regrette rien" :-)

poniedziałek, 8 maja 2017

Baba i 25 rozbójników

Wczorajsza opowiastka z Kamienia Pomorskiego to tylko wstęp, introit do spotkań z gatunku tych, po których nic już nie jest takie samo.
Nie wszystko mogę opowiedzieć "ze względu na wzgląd" dyskrecji, ale posłuchajcie...
Inna część Polski i inne środowisko. Ośrodek "Monaru" konkretnie. Pojechałam tam, bo znam szefową - Hanię oraz Pawła, Rafała i Gosię - dawnych pacjentów tego ośrodka. Już od kilku lat Bóg w swoich nieodgadnionych planach spotkał nas i wyraźnie ma dla nas jakiś wspólny ciąg dalszy.
Otóż, ponad trzy lata temu, Hania przeczytała w "Gościu Niedzielnym" wywiad z moja osobą i tknęło ją, żeby przyjechać z dwoma chłopakami, którzy już byli po terapii na rekolekcje do Siedlca. 
Szczerze powiedziawszy, przywitałam ich z obawą. Byli trochę z innego świata, w dodatku jeden z nich chory...
Nie zapomnę tej chwili, gdy Paweł przyszedł w czasie rekolekcji pogadać i powiedział: "I co ze mnie zostanie? Przedtem narkotyki, a teraz choroba..." Paweł miał zniszczoną wątrobę. HCV i guz na dodatek. Był chudy i lekarz nie dawał mu zgody na podjęcie pracy. Mimo tego, że wyszedł z nałogu, nie mógł się usamodzielnić, bo nie mógł pracować.
Rekolekcje "W Duszy Jezusa uzdrowienie naszych dusz" były skoncentrowane wokół tematu uzdrowienia wewnętrznego, ale modliliśmy się za Pawła także o uzdrowienie fizyczne. Paweł otrzymał także sakrament namaszczenia.
Po czasie dowiedziałam się, że Bóg go tam, w Siedlcu uzdrowił. On sam nie dowierzał. Gdy pierwszy raz po rekolekcjach robił badania, to wrócił się do przychodni, żeby powiedzieć, że pomylono wyniki, bo te na pewno nie są jego...
Zniknął guz i zniknęło HCV.
Obecnie Paweł ożenił się i pracuje, ma mieszkanie...
Kilka dni temu pojechałam razem z Mariolą, z którą prowadzimy rekolekcje w Siedlcu do Pawła i Gosi oraz odwiedzić Hanię. Kiedy Hania zaproponowała, żebyśmy się spotkały z pacjentami z ośrodka, pomyślałam sobie, że coś tam im powiem, ale wiecie, rozumiecie... co ja mogę im powiedzieć? Zakonnica wobec 25 facetów z przeszłością. Mimo pamięci cudu jakiego dokonał Bóg dla Pawła, nie dowierzałam w Bożą moc.
Spotkaliśmy się razem wieczorkiem, siedząc w kole na fotelach. Powiedziałam coś o Bogu, który nie przychodzi, by jedynie od nas wymagać, ale by dać łaskę... a potem po prostu oni zaczęli opowiadać o swojej religijności, o tym co mają do Kościoła, do księży...
I tak się zaczęło. Jak w rodzinie. Szczerze.
I wiecie co? Jakoś się nie dziwię, że Pan Jezus lubił głosić ewangelię celnikom i jawnogrzesznicom. To jest naprawdę żyzna gleba.

niedziela, 7 maja 2017

Małe, wielkie rzeczy

Ostatnio wiele czasu spędziłam w podróży. A podróże, jak wiadomo, kształcą. Mają też inne skutki, jak ten, na przykład, że nie ma czasu, żeby napisać coś na blogu, ale to zostawiam na marginesie w ramach usprawiedliwienia mojego milczenia. 
Zatem wracając do kształcenia. Kształcące były przede wszystkim spotkania z ludźmi. Spotkania, które zostawiły trwałe ślady w mojej pamięci i sercu.
Jest ich sporo, ale zacznę dzisiaj od jednego - lekkiego i pięknego.
Kamień Pomorski. Ładne, zabytkowe miasteczko na zachodnio-północnym krańcu naszego kraju. Jest trochę deszczowa (sorry, taki mamy klimat!) kwietniowa sobota. Do naszego domu (Siostry Duszy Chrystusowej pracują tam od wielu lat) puka Ksiądz-dziadeczek. Przyjechał specjalnie PKS-em z odległego o ok. 30 km. Międzywodzia, bo pamiętał, że tu kiedyś siostry miały sklep z dewocjonaliami. Ksiądz-dziadeczek jest już na zasłużonej emeryturze i w Międzywodziu kuruje się w sanatorium, ale przyjechał, bo w sanatorium też są ludzie, o których trzeba zadbać duchowo. Widział, że nie bardzo garną się do Pana Boga, więc postanowił, że pojedzie i kupi jakieś obrazki, żeby im w niedzielę dać i coś o Bogu opowiedzieć. 
Bo kapłaństwo to sposób bycia. 
Zawsze.
Sklepu już dawno nie ma, ale akurat miałyśmy sporo obrazków Jezusa Promieniującego. Dałyśmy je i odwiozłyśmy Księdza do sanatorium.
I tak sobie myślę, że przez pokorną troskę tego Kapłana o dusze ludzkie, przez jego wysiłek i miłość, mogą się dziać się w duszach ludzkich wielkie rzeczy. Bo wszechmoc Boga objawia się najskuteczniej przez miłość i pokorę.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rekolekcje w Krynicy

"Czuły dotyk Boga"
mistyka dla wszystkich
26-28 maja 2017


Jeszcze jest kilka miejsc na rekolekcje weekendowe w "Leśnej Polanie" w Krynicy. Info i zapisy na stronie domu:

wtorek, 18 kwietnia 2017

Gate: Zmartwychwstanie

Witam wszystkich serdecznie po wielkopostnej przerwie :-) Ale dosyć czułości, przejdźmy do rzeczy ważnych :-)))))
Czy zwróciliście uwagę, że najszybciej do wiary w Zmartwychwstanie dochodzą ci, którzy najgłębiej doświadczyli męki i śmierci Jezusa? To właśnie Jan, który stał pod krzyżem i widział, jak Jezusowi sinieją usta, słyszał Jego ostatni krzyk i był świadkiem, gdy bezwładne ciało zdejmowano z pala hańby, uwierzył o świcie, gdy ujrzał płótna w pustym grobie. To Maria Magdalena i inne kobiety, które patrzyły na męczarnie Mistrza i uczestniczyły w Jego pogrzebie, pierwsze spotkały Zmartwychwstałego. Nie mówiąc już o Matce Pana, która według mądrej tradycji Kościoła jako jedyna nigdy nie zwątpiła. Ona także uczestniczyła w ostatniej drodze Jezusa.
Reszta, która zwiała i nie patrzyła na kaźń Zbawiciela, dociera do tajemnicy zmartwychwstania późno, wieczorem, a nawet po kilku dniach.
A przecież powinno być odwrotnie. Im bardziej ktoś się napatrzył na rany i umieranie, tym powinien być bardziej o(d)porny na wiarę, że On żyje. Jan widział przebity bok - niewątpliwy znak końca życia, a jednak wystarczyły prześcieradła i chustka w grobie, by uwierzył, że to dopiero początek.
W tym musi coś być.
Bo zmartwychwstanie to nie proste odwrócenie złego losu. Umarł, ale na szczęście to minęło i nie warto do tego wracać. Jak wymazanie gumką z pamięci wspomnienia niefortunnej przygody.
Jezus po zmartwychwstaniu ukazał się z przebitymi dłońmi, stopami i bokiem. Tajemnica uzdrowienia, także naszych dusz i ciał to droga, w której nie ucieka się w zapomnienie od tego co boli, ale zejście z Jezusem do otchłani własnej nędzy i śmierci, by wszystko zostało rozświetlone Jego zwycięstwem. Gdy uciekamy, utrudniamy sobie dojście do bramy życia. Gdy nie chcemy pamiętać i patrzeć, jak ci, którzy nie wytrzymali widoku Męki Jezusa, oddalamy się od celu: uzdrowienia.
Przesłanie Wielkiej Nocy jest takie: Nie bój się zejść z Jezusem na dno śmierci, bo właśnie tam jest brama do zmartwychwstania. Bo tam, gdzie Jezus "nawet śmierć jest teraz pełna życia" (tekst piosenki Wspólnoty Pustynia w Mieście).
Zatem, śmiało.

wtorek, 28 lutego 2017

Rekolekcje wielkopostne w Sieldcu

Kochani, 
tradycyjnie na czas Wielkiego Postu znikam z sieci, ale jest to także okazja, by znajomość przenieść do realu.
Zapraszam na wielkopostne rekolekcje weekendowe do Siedlca.
Termin: 7-9 kwietnia
Miejsce: Dom rekolekcyjny w Siedlcu k Krzeszowic (ok. 30 km od Krakowa w stronę Katowic). Tak to wygląda: 


Zgłoszenia i info na:

Jeśli będzie się Wam dłużyć czas bez nowych tekstów na "Duszy Jezusa", to zajrzyjcie sobie do archiwum bloga. Przez te trzy lata zgromadziło się tam sporo rozważań. Tak, tak, w marcu minie trzy lata od powstania bloga. Dzięki Wam nadal chce mi się pisać i dzielić myślami mej głowy, chociaż przecież w głowie różne rzeczy się rodzą :-)
Życzę wszystkim owocnego przeżycia Wielkiego Postu. Do zobaczenia w świetle poranka wielkanocnego.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Sprawiedliwość i miłosierdzie, czyli jak wejść do Królestwa Niebieskiego w towarzystwie

Obruszyli się niektórzy, gdy zaproponowałam metodę "adopcji" grzesznika, zamiast karania go 
i na FB odezwały się głosy sprzeciwu, że karać jednak trzeba. Np. taki argument się pojawił:  
"Ale kochający ojciec karci syna..." W sumie to się z powyższym zdaniem w pełni zgadzam. Tak..., kochający ojciec karci syna. Ale rzecz w tym, że nikt z nas nie jest ojcem (mówię o relacjach miedzy dorosłymi ludźmi). Mamy jednego Ojca, a wszyscy jesteśmy braćmi (por. Mt 23, 8nn), a do brata należy upomnienie braterskie, a nie kara. 
Ja wiem, że to mocno uderza w nasze poczucie sprawiedliwości. W ustalony porządek rzeczy. Ale tak jest napisane.
Naszym celem nie jest przywrócenie sprawiedliwości przez wymierzenie kary, bo ... Jezus już wziął to na siebie. Naszym celem jest doprowadzenie do tego, by grzesznik przyjął zbawienie. Oczywiście, metody mogę być różne, ale motyw tylko jeden: kocham tego drania i chcę, żeby był ze mną w niebie.

To bulwersuje, ale sorry, takiego mamy Boga.

W Ewangelii według św. Marka w rozdziale 10 Jezus mówi: "Kto nie przyjmuje Królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego" (Mk 10, 15). "Przyjmuje". Zapamiętajmy ten wyraz. Nie "zdobywa", ale "przyjmuje".

A kilka wersetów dalej Jezus jednemu, który chciał "osiągnąć życie wieczne" uświadomił, że nie umie tego zrobić. I w dodatku, żeby nie było wątpliwości, na pytanie "Kto więc może się zbawić?", odpowiedział: "U ludzi to niemożliwe" (Mk 10, 27). Niemożliwe! I basta.

Nie ma ludzi, którzy zasłużyli sobie na Królestwo Boże. Wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji. Czy grzech duży czy mały, czy publiczny czy tylko w sercu. Nie możemy wejść. To niemożliwe! Jeśli uważasz, że ktoś zasługuje na to, by pozostać pod zamkniętymi drzwiami Królestwa, bo jest wielkim grzesznikiem, to... masz rację, ale Ty i ja zostajemy pod tymi drzwiami razem z nim. I kto tu kogo ma karcić? (jedyny bezgrzeszny, który mógł to zrobić, nie tylko zrezygnował z wymierzenia kary, ale wziął ją na siebie).

Jest tylko jeden sposób, by wejść. Trzeba Królestwo "przyjąć jak dziecko", a więc uznać swoją niemożność. Jezus mówi: "u Boga wszystko jest możliwe" i drzwi się otwierają. Dla Ciebie, dla mnie i dla tego, kogo mielibyśmy ochotę ukarać. Jeśli tylko uznamy swoją grzeszność i potrzebę zbawienia.
Wchodzimy razem.

piątek, 24 lutego 2017

Zwycięska ofensywa

Taka sytuacja: Artysta obraża uczucia religijne chrześcijan, albo lekarz przeprowadza aborcję.

Czego pragniemy?
Żeby się nawrócił, zrozumiał swój błąd i zaczął żyć według prawdy i dobra.

Co robimy?
Składamy doniesienie do prokuratury.

Co uzyskujemy?
Zaciekłego wroga.


A może trzeba przyjąć inną strategię. 

Np. taką jak w przypadku Dra Levatino, znanego abortera?

"Kobieta przyszła tylko na zwykłe badanie kontrolne, a kiedy badanie się skończyło, zapytała lekarza, czy może z nim porozmawiać. Dr Levatino  (...) profesjonalnie odparł: "W czym mogę pani pomóc?"
"Przyszłam tutaj, ponieważ mam do przekazania panu wiadomość" - zaczęła poważnym tonem. "Jezus pana kocha i troszczy się o pana. I On nie chce, aby pan w swoim życiu zajmował się przeprowadzaniem aborcji. Proszę przestać" - brzmiała wiadomość. 
(...)
Po roku kobieta znów przyszła na badanie kontrolne. I znów, kiedy badanie się skończyło, zapytała, czy może mu coś powiedzieć. Po czym powtórzyła tę samą wiadomość. Lekarz zorientował się, że to ta sama kobieta, głęboko w pamięci bowiem utkwiły mu jej słowa. Przypomniał sobie także, że w międzyczasie otrzymał trzy kartki pocztowe zaadresowane na jego miejsce pracy z napisem "Poufne", które zawierały tę samą wiadomość. Później dowiedział się, że ta sama kobieta była także wśród "oszołomów" modlących się pod oknem jego gabinetu.
"To, co ta kobieta zrobiła, nazywa się adoptowaniem aborcjonisty" - powiedział później dr Levatino.

Całość zobacz na "Gość Niedzielny": 

Skutek? Lekarz zmienił swoje poglądy i dzisiaj jest działaczem pro life.

To trudniejsze, prawda? Trzeba by... pokochać wroga.


czwartek, 23 lutego 2017

Szuka klątwy

Czasem zanim się zrobi sztukę, trzeba się mocno s(z)tuknąć w w głowę....

Tłusty bez chudego

Tłusty Czwartek miał swój smak/sens, gdy ludzie naprawdę pościli w Wielkim Poście. Teraz to tylko następna strategia marketingowa.
Ale i tak zjadłam go, rzecz jasna... :-)

wtorek, 21 lutego 2017

Warto rozmawiać o człowieku

Zwierzę np. koń jaki jest każdy widzi. A czy zastanawialiście się w czym, my ludzie, różnimy od zwierząt? Na pozór, temat może nie należy do gorących, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że człowiek nieprzekonany o swej wyjątkowości, rzeczywiście z czasem schodzi do poziomu zwierzęcia, a nawet niżej, to sprawa jest wagi cywilizacyjnej i bezpośrednio nas dotyka.
Jezus powiedział: "Kto chce zachować swoje życie straci je". Tak się do zwierzęcia nie mówi. Podstawą jego życia jest przecież instynkt przetrwania. Walczy o byt nawet w sytuacji beznadziejnej. Np takiej:

Zatem Jezus mówiąc takie słowa podcina gałąź zwierzęcej egzystencji. Ale On nie mówi do zwierzęcia. On mówi do człowieka. Bo człowiek, w przeciwieństwie do zwierzęcia, wie, że umrze. Ta świadomość sprawia, że instynkt życia nam nie wystarcza. Właśnie dlatego poddajemy się, zniechęcamy, wpadamy w deprechę. Sama walka o przetrwanie to za mało, żeby żyć naprawdę. Jezus ma rację. Jeśli ufunduję swoje życie na zwierzęcym instynkcie przetrwania, to stracę je. Bo jestem człowiekiem i potrzebuję czegoś więcej.
Paradoksalnie, Jezus radząc: "kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je", nie namawia nas do zbiorowego samobójstwa, ale do pochwycenia prawdziwie ludzkiej żywotnej siły. Jest nią miłość. Żyć dla czegoś, kogoś... dopiero wtedy życie ludzkie jest ocalone.
Zatem motyw dla życia jest u nas odmienny niż u zwierząt. Kiedy próbujemy funkcjonować na sposób zwierzęcy szybko niszczy nas świadomość, której nie mają zwierzęta, że nasze życie, patrząc w perspektywie zwierzęcej zmierza ku śmierci.
Ale my nie jesteśmy jedynie zwierzętami i mamy inną perspektywę przyszłości. Jest nią zalążek nieśmiertelności zapisany w głębi naszych dusz.
I to jest Dobra Nowina.

sobota, 18 lutego 2017

Miara człowieczeństwa

Różnymi rzeczami się zajmujmy, ale cel jest jeden.
"Aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa." Ef 4,13
To krótkie zdanie streszcza całą drogę duchową, którą została wskazana przez M. Paulę Tajber w kulcie Najśw. Duszy Jezusa.
Najpierw wiara. Dzięki niej zaczynamy "widzieć" Boga i po bożemu. Z tego rodzi się poznanie Syna Bożego. Kiedy otwierają się nam oczy na rzeczywistość duchową, zaczynamy zauważać żywego, obecnego pośród nas Jezusa Chrystusa. Zaczyna się proces poznawania. I kiedyś stanie się ono pełne! To jest istotny cel naszego czytania Ewangelii, kontemplacji Jezusa, modlitwy...

poniedziałek, 13 lutego 2017

Dialog ewangelizacyjny - autentyczne

Osoby:
- pewna Pani, niepraktykująca, nazwijmy ją Panią X.
- jedna z moich współsióstr. powiedzmy siostra Y.

Pani X: - "Nie chodzę do kościoła. Kiedyś poszłam i zemdlałam w kościele. Dlatego nie chodzę tam".
Siostra Y: - "Acha. To całe szczęście, że Pani w toalecie nie zemdlała..."
:-)))))))))))))))))
#allforsoul

niedziela, 12 lutego 2017

Człowieki, czyli antropologia dla lajkonika

Dzisiaj, nawet wśród niektórych teologów, termin "dusza" jest zdecydowanie passé. Jakoś im ta dusza staroświeckością pachnie, bo przecież nie wypada człowieka tak na części rozbierać i mówić, że składa się z elementów, czyli duszy i ciała. Jest w tym jakaś racja, bo być może dawniej zbyt po platońsku promowaliśmy duszę kosztem ciała, a przecież człowiek jest jednością. Ale jednością, podkreślmy, cielesno-duchową. To strasznie ważne, bo wybrzydzanie się na duszę, sprawia, że ów monizm (że niby ta jedność ważna i nie trzeba nic w człowieku wydzielać) idzie za daleko. Tak daleko, że się nam robi z tego monizm wszystkich istot żyjących, czyli że właściwie niczym się, my człowieki, nie różnimy od zwierząt. To nie są tylko teoretyczne rozważania oderwanych od życia filozofów. To nurt myślenia, który ma wpływ na życie.

piątek, 10 lutego 2017

Cytaty

"Saruman jest pewny, że jedynie wielka moc może trzymać zło w szachu. Ja uważam inaczej. Odkryłem, że to drobiazgów i codziennych uczynków zwykłych ludzi zło nienawidzi najbardziej, najprostszej życzliwości i miłości".
                                                                                          Gandalf Szary



czwartek, 9 lutego 2017

O Bogu żywym i Jego obrazie...

Nie jest to nic nadzwyczajnego, ale jakby ktoś chciał posłuchać (i popatrzeć :-), to zamieszczam link do mojej konferencji wygłoszonej na Seminarium Odnowy Wiary w Radzionkowie. Temat: Obraz Boga

https://www.youtube.com/watch?v=kiZMPd6sLEQ

wtorek, 7 lutego 2017

Poznam Boga

Uwielbiam takie pytania jak to z komentarza:
"W takim razie jak się z Nim (Jezusem) zapoznać?" 
Ta fraza brzmi w moich uszach jak łoskot otwieranej  przez kogoś bramy. Przez nią wchodzi się do krainy przyjaźni z żywym Bogiem.
Oczywiście, tytuł obecnego tekstu jest nieprzypadkowy. Nawiązuje do książki Erica Weinera "Poznam sympatycznego Boga" (oryginalny tytuł brzmi:"Man Seeks God" - Człowiek szuka Boga"). Tym razem nie chodzi jednak o przebieranie w szafie z napisem "religie świata", ale o pragnienie serca. Nawiasem mówiąc, punktem wyjścia dla Erica Weinera też było pytanie. W czasie pobytu w szpitalu zdała je Autorowi pielęgniarka. "Czy znalazłeś już swojego Boga?" usłyszał...i wyruszył w podróż po religiach. Na ile była ona jedynie, jak sam określa w podtytule "flirtem" czy eksperymentem z różnymi doświadczeniami religijnymi, ocena należy już do czytelnika.

poniedziałek, 6 lutego 2017

sobota, 4 lutego 2017

Odpoczynek

W Małopolsce trwają ferie, więc Jezus mówi dzisiaj: "Idźcie i odpocznijcie nieco". Swoją drogą ciekawe, co dzisiaj Jezus ma do powiedzenia Ślązakom, bo u nich już koniec laby... (pozdrawiam wszystkich Ślązaków :-) Jednak niezależnie od położenia geograficznego i sytuacji zawodowej (i we czasie ferii ogół obywateli raczej pracuje), temat odpoczynku jest niewątpliwie aktualny.
Jezus rozumie naszą ludzką kondycję i wie, że nie możemy non stop być na najwyższych obrotach. Kiedyś trzeba trochę zwolnić..., zatrzymać się..., podumać..., złapać dystans...

środa, 1 lutego 2017

Dla mnie żyć to Chrystus

Takie małe wprowadzenie do medytacji nad fragmentem z Listu do Filipian napisałam. Może się komuś przyda...

„Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim - nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze - przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach - w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Nie [mówię], że już [to] osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też [to] zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa. Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno [czynię]: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną, pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie.” Flp 3,7-14

Zapraszam do czytania tekstów mojej współsiostry Łucji Sowińskiej :-)
na kobietastworzylja.pl
Inne spojrzenie, inna osobowość, ten sam charyzmat :-)

http://kobietastworzylja.pl/wymarzona/

wtorek, 31 stycznia 2017

Słabość i moc Słowa....

Jeśli Słowo Jezusa jest dla Ciebie obojętnym, szatan porywa je jak ptak bezbronne ziarno. Ale gdy przyjmiesz Słowo z wiarą, ono rzuca na kolana cały legion złych duchów.


poniedziałek, 30 stycznia 2017

All for soul

Minął weekend. Pogoda cudna. Biada tym, którzy w tym czasie nie ruszyli się z domu, chociaż na spacer (oczywiście, myślę o terenach poza strefą ziania smoga). Bo o ciało trzeba dbać. Sport i odpoczynek, spa i spanie, zdrowe jedzenie i zdrowe niejedzenie i te wszystkie inne sprawy, które służą naszemu ciału...
Sądząc chociażby po ilości ludzi, którzy w moich okolicach biegają, chodzą, jeżdżą na rowerach (teraz mniej, ale i o wszem :-), oraz po ilości reklam dotyczących zdrowia (swoją drogą to bardzo ciekawe, że handel zdrowiem, czyli czymś co obiektywnie nie istnieje, to dziś najlepszy biznes),  to świadomość w tej kwestii jest spora.
Niemało też rozumiemy w dziedzinie potrzeb psychiki. Dbamy o to, by się odstresować (jak to realizujemy to już inny temat). Wiemy, że potrzebujemy akceptacji i wsparcia. Ogłaszamy dzień przytulania, a nawet czasem patrzymy w lustro, mówiąc do siebie: "Tak, to ty jesteś tym człowiekiem, który dzisiaj może wiele zrobić dla świata. Jesteś ok!" (nawet jeśli troszkę z tego śmieszkujemy na tym blogu, to bez złośliwości :-)

Ale ciało i psychika, to jeszcze nie wszystko.
Dusza ludzka to psyche i pneuma (psychika i duch) i ten duch też ma swoje potrzeby. Jeśli nie chcemy, by nasz rozwój był niezrównoważony, to zadbajmy również o swojego ludzkiego ducha, czy mówiąc inaczej, o wymiar duchowy.
Jakieś ćwiczenia dla utrzymania dobrej kondycji ducha? Proszę bardzo. Pierwsze z brzegu: Kiedyś zobaczyłam napisane wielkimi literami sprayem na ścianie bloku: "Ludzie myślcie, to nie boli!" I już mamy zachętę do treningu :-). Myślenie, rozumiane nie tyle jako gromadzenie wiadomości, ale szukanie mądrości, refleksja, czyli po chrześcijańsku medytacja. Pytanie o sens życia, autorefleksja, czyli rachunek sumienia, dobra lektura, a nade wszystko relacje (bo relacyjność to nasza najgłębsza natura), czyli modlitwa - spotkanie z Bogiem, więzi z ludźmi i spotkanie z samym sobą (świadomość siebie to piękna ludzka cecha). To wszystko rozwija naszego ducha, rozwija nasze człowieczeństwo. Bo, o ile posiadanie ciała, a nawet psychiki jest wspólne nam i zwierzętom, to duch jest specyficznie ludzki.
Oczywiście, wszystkie wymiary naszego istnienia (cielesny, psychiczny, duchowy) wzajemnie się przenikają. I właśnie tym bardziej trzeba nam dbać o całość.
A zatem, pytam Was, co w ten weekend zrobiliście dla swojej duszy? :-)

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Odrodzenie/uzdrowienie duszy - C.D.

Taki komentarz znalazłam pod tekstem otwierającym temat odrodzenia duszy: "Przyjąć wzór i łaskę to w pewnym sensie zakwestionować siebie, a to już nie jest takie fajne." Bardzo mi się to komponuje z wątkiem, od którego chciałam zacząć kontynuację rozważań.
Otóż, pomyślałam sobie, że proponowana tutaj droga odrodzenia jest adresowana wyłącznie do tych, którzy albo dzięki logice połączonej z uczciwością albo z powodu życia, które odarło ich ze złudzeń, dotarli już pod mur z napisem: "Dalej o własnych siłach nie pójdziesz". Tu nie ma wstępu dla "sprawiedliwych", którzy zdobywszy uprzednio wszystkie mieszkania św. Teresy i wspiąwszy się na szczyty drabiny mistycznej, pobrzękując orderami, przebywają w oparach własnej nieomylności i doskonałości (trochę to zgryźliwe, wybacz ,Panie!).
Rzeczywiście, żeby otworzyć się na łaskę płynącą z Najśw. Duszy Jezusa, trzeba uczciwie spojrzeć na własną duszę, a wtedy widzi się różnice. Jednak to nie prowadzi do przygnębienia. Wprost przeciwnie, jest punktem startowym na naszej drodze odrodzenia.
Jak to wygląda w praktyce?
Np. ostatnio odkryłam (trochę późno, ale lepiej tak niż wcale. Nawet, jeśli ktoś powie, że jestem opóźniona w rozwoju duchowym, to trudno :-), że Jezus umarł na krzyżu, żebym miała dostęp do Ojca, żebym mogła czerpać z tego szczęścia jakim jest przebywanie w bliskości Boga, w tej życiodajnej atmosferze miłości i łaski Ojca. Skoro oddał za to życie, to znaczy, że jest to coś niesamowicie cennego w Jego oczach. A ja? No, cóż... Odmawiam "Ojcze nasz", staram się być grzeczną..., ale nie przeżywam więzi z Ojcem tak jak Jezus. Wiele spraw (wybaczcie ten ekshibicjonizm. Jedyne co ma na usprawiedliwienie, to fakt, że z zawodu jestem plastykiem-wystawiennikiem, czyli po angielsku... :-). No, dobrze, wróćmy do tematu, zatem wiele spraw wydaje mi się ważniejszymi, bardziej pilnymi niż siedzenie przez Bogiem, uwielbianie Go i takie tam. A Jezus oddał życie, żebym mogła to robić... Zgrzyt.
I co? Można próbować się wziąć w garść i postanowić, że będę bardziej kochać Boga, uwielbiać Go i w ogóle. Ale zważcie, że mówimy tu o czymś więcej niż tylko o zewnętrznych postawach czy dobrych uczynkach. Tu chodzi o głębię ludzkiej duszy, o pragnienia, myśli, porywy serca. Tego się nie da spreparować siłą woli.
Sytuacja wyglądałaby nieciekawie, gdyby nie Jezus i Jego człowieczeństwo, które jest tak ważne w dziele zbawienia.
Według przedstawianej tu drogi odrodzenia, rozwiązanie polega na tym, by, mówiąc językiem M. Pauli Tajber (przewodniczki na tej drodze) "przyoblekać się w cnoty Duszy Jezusa". Czyli w przytoczonym wyżej przypadku, zaczęłam skarżyć się Jezusowi, że nie umiem kochać Ojca tak jak On, ale bardzo bym chciała, więc proszę Go, bo On sam kochał Ojca we mnie i przeze mnie. I tak, gdy idę na modlitwę i w innych chwilach dnia, gdy sobie to przypomnę, mówię: "Jezu, z Tobą uwielbiam Ojca". Ofiaruję Bogu uczucia, pragnienia, zażyłość, zaufanie i posłuszeństwo Jezusa. Bo taką chciałabym być.
Efekty?
Kurtyna zapada. Koniec zwierzania się :-)
Spróbujcie sami.
Może ktoś powie, że, jak na "super program odnowy świata", to jest to dość niepozorne. Tak, jest niepozorne. Tak jak niepozorne jest ziarnko gorczycy lub niemowlę leżące w zżobie, gdzie w małym miasteczku na krańcu świata... A właśnie to Niemowlę jest Panem, którego dziś wyznaje ponad 2 mld ludzi na świecie....

niedziela, 22 stycznia 2017

Przed konkursem indywidualnym w Zakopanem...

Maciej Kot i Piotr Żyła pozdrawiają dzieciaki z naszego przedszkola :-)
tylko głośniki podkręćcie, bo jakoś cicho się nagrało :-)


piątek, 20 stycznia 2017

Droga odrodzenia

Przyszły mi dziś do głowy te gorzkie słowa Jezusa: "Wzięliście klucze poznania, sami nie weszliście, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli".
I poczułam, że do mnie te słowa się odnoszą. Bo, rzeczywiście, mam klucz do drzwi tak ważnych jak droga ewakuacyjna w czasie pożaru. I trzymam go sobie w kieszeni, zamiast użyć go, wejść i innym wskazać drogę.
Czym jest ten klucz, zaraz wyjaśnię.
Najpierw o pożarze. Nie wszyscy tak rzecz postrzegają, ale, jeśli spojrzeć na sprawy uczciwie, to niewątpliwie dusimy się w dymie czy raczej zadymie konfliktów, agresji, egoizmu, a w związku z tym podtruwamy się także zniechęceniem i brakiem wiary w drugiego człowieka i samego siebie. Zawodzą ludzkie instytucje, umowy i zasady. Zwierz, pomimo eleganckich strojów, wychodzi z bliźnich i, żeby być uczciwym, z nas również. Zgadza się? Może nie chcemy o tym myśleć, ale jest to bardzo przygnębiające. Tym bardziej, gdy wyczerpały się różne pozytywistyczne pomysły na rozwój człowieka. Którędy do wyjścia?
Tę sytuację już dawno (w czasach, gdy wielu jeszcze wierzyło, że komunizm przywróci nam raj na ziemi) przenikliwie oceniła M. Paula Tajber, gdy mówiła, że ludzie odwracając się od Boga, nie tylko stają się jak zwierzęta, ale wprost szatanieją. Mocne słowa!
I właśnie wtedy otrzymała ona klucz do wyjścia z tej sytuacji. Klucz nie całkiem nowy, bo stary jak ewangelia, a równocześnie taki specjalny na nowe czasy.
Klucz ten nam przekazała, zakładając Zgromadzenie Duszy Chrystusowej, a ja... zamiast go używać, piszę tu na blogu o głupotach. 
Koniec z tym!
Zatem do dzieła otwierania!
Klucz ten to Dusza Jezusa, która jest jedynym źródłem odrodzenia ludzkich dusz. Nie możemy bowiem sami siebie zmienić, udoskonalić. Nawet przy najlepszych chęciach możemy jedynie poprawić nasze zewnętrzne zachowanie, a i to, kosztem ciągłego napięcia woli i kontroli. Ale wtedy nie jest się zbyt szczęśliwym.
Dusza Jezusa jest źródłem prawdziwej świętości, rozumianej jako dobroć, zdolność do miłości, wrażliwość na piękno i prawdę. Czyli jednym słowem, jest to dusza prawdziwie ludzka w pełnym tego słowa znaczeniu. Taka, jakimi mogą i powinny stać się nasze dusze. Ponieważ to ona jest wzorem naszego człowieczeństwa. "Albowiem tych, których od wieków poznał, tych też przeznaczył na to, by się stali na wzór obrazu Jego Syna, aby On był pierworodnym między wielu braćmi." Rz 8,29 - pisze św. Paweł.
Nie zostaliśmy skazani na bycie troglodytami, tęskniącymi jedynie za arystokracją duszy. Bóg stworzył nas na swój obraz i podobieństwo. A skoro grzech zniekształcił to piękno, trzeba nam powrócić do źródła - do Duszy Jezusa, żeby przypomnieć sobie, co to znaczy być człowiekiem.
I więcej! W duszy Jezusa odnajdujemy nie tylko wzór (bo dalej bylibyśmy skazani na upodabnianie się o własnych siłach), ale także łaskę, która stopniowo, krok po kroku przybliża nas do wzoru.
Jak to się może stać?
Po pierwsze według starego polskiego powiedzenia "kto z kim przestaje, takim się staje". Droga odrodzenie jest drogą przyjaźni z Jezusem, przebywania w Jego obecności. M. Paula do znudzenia powtarzała: "Żyć z Jezusem, żyć Jezusem, żyć w Jezusie, żyć przez Niego..."
On stał się człowiekiem. Ma ludzką duszę i dlatego możemy z Nim nawiązać relację przyjaźni. Właśnie dlatego w Ewangelii Jezus wzywa, by "pójść za Nim", czyli uczyć się chodzić po Jego śladach, naśladować Go. Nie musimy od razu być idealni (apostołowie nie byli i Jezus cierpliwie ich uczył), ale nie wolno nam "wypaść" poza krąg obecności Jezusa, poza krąg Jego światła. Wtedy stopniowo, tak jak ktoś kto dłuższy czas opala się w promieniach słońca, będzie po nas widać skutki działania Boskiego Słońca - Jezusa.
Że to dosyć powolny proces? No cóż, katedry budowano latami, a tu jest budowana świątynia Boga na wieczność...
P.S. Oczywiście, to tylko mały jeden zameczek do drzwi odrodzenia. Więcej o kulcie Duszy Jezusa, następnym razem...

środa, 18 stycznia 2017

Setne urodziny s. Laurencji

"Zasadzeni w domu Pańskim rozkwitną na dziedzińcach naszego Boga. Wydadzą owoc nawet i w starości, pełni soków i zawsze żywotni, aby świadczyć, że Pan jest sprawiedliwy" Ps 92

Dzisiaj w naszej wspólnocie obchodzimy 100. urodziny S. Laurencji Kaczor.
Urodziła się w czasie I wojny światowej i została przyjęta do Zgromadzenia Sióstr Duszy Chrystusowej jeszcze za życia Założycielki Sł. B. Matki Pauli Tajber. Przez większość życia zakonnego pracowała jako przedszkolanka. Stąd nieraz wspominała prowadzone przez siebie lekcje rytmiki, z nostalgią wspominając te czasy.
Życzymy Jej wiele łaski w nowym wieku życia :-)


sobota, 14 stycznia 2017

Wiecie dlaczego Stoch wylądował na 124 metrze, a nie poleciał dalej? Bo na dole Małysz dawał mu znaki, żeby już dał spokój, bo mu na chałupie w Wiśle wyląduje i będzie musiał remontować...


Przy stole grzeszników

Cały drugi rozdział Ewangelii według św. Marka i jeszcze kawałek trzeciego (Mk 2,1-3,6), to jedna wielka dyskusja Jezusa z faryzeuszami na temat prawa i jego roli w kontekście misji Jezusa. Jak wiemy, nie kończy się ona porozumieniem, gdyż oponenci Jezusa, gdy brakuje im argumentów, przechodzą do użycia siły i planują "jakby Go zgładzić". 
Starcie zaczyna się mocnym wejściem: Jezus odpuszcza grzech paralitykowi. Potem powołuje celnika i siedzi przy stole z grzesznikami. Nie narzuca swoim uczniom postów i akceptuje, gdy, wbrew przepisom prawa o szabacie, zrywają kłosy. W końcu sam uzdrawia człowieka w szabat. To wszystko bulwersuje strażników prawa. 
Jak to tak? Bóg dał Prawo i porządek w świecie zależy od jego przestrzegania, czyż nie?
Czy Jezus przyszedł zburzyć ten ład? Czy jest wywrotowcem, anarchistą? Czy lekceważy prawo Boże? A może dobrze, że rozwala zastarzały system i tworzy coś nowego?
Echa tej dyskusji rozbrzmiewają także dzisiaj.
Dzisiaj także spotykamy zapalonych obrońców prawa, którzy drżą ze strachu, że świat pozbawiony czytelnych granic dobra i zła (najlepiej chronionych przez prawo stanowione) rozpadnie się z hukiem. Czy mają rację? W pewnym sensie, tak. Jednak, gdy prawo jest najwyższym dobrem, to z lęku o jego zachowanie często rodzi się przemoc, by ten ład podtrzymywać, nie licząc się z wolną wolę tych, którzy myślą inaczej. Wtedy zaczyna się już nie tyle mówienie o dobru i złu, ale podział na "dobrych i złych" i budowanie barykad. A grzech, w tej walce o dobro, ma się świetnie i opanowuje coraz większe obszary ludzkiego serca.
Spotykamy także "chrześcijańskich anarchistów", którzy chętnie odnoszą się do przytoczonych wyżej zachowań Jezusa, legitymizując nimi swoje lekceważenie prawa i łamanie zasad. Wszak Augustyn powiedział: "Kochaj i rób, co chcesz", a ponieważ miłość nie jedno ma imię, to w sumie wychodzi im z tego: "Róbta, co chceta".
A co tak naprawdę chce nam powiedzieć Jezus?
Wbrew pozorom, meritum sprawy nie dotyczy napięcia: prawo czy wolność, ale dotyczy pytania kim jest Jezus.
Wszystko, co robi: odpuszcza grzech, zniża się do grzeszników, deklarując, że jest dla nich lekarzem, bezpośrednio do swojej osoby odnosi potrzebę lub brak postu i w końcu nazywa siebie panem szabatu, to wszystko ma skłonić otaczających do ludzi do zadania sobie pytania: kim On jest?
W stosunku do prawa, można powiedzieć o Nim: "Oto tu jest ktoś więcej niż prawo".
Prawo dla Izraelity było święte. Było napisane palcem Boga i w tym znaczeniu było Jego śladem, Jego objawieniem. Ale nie było ono Bogiem. Ono nie może człowieka zbawić. Gdy pokłada się w nim całą nadzieję, staje się okrutnym bożkiem, który przygniata człowieka swoim ciężarem nie do uniesienia.
Tylko Jezus jest pełnym objawieniem Boga. Boga, który pragnie zbawienia każdego człowieka. Dlatego "schodzi" w dół, aż na samo dno ludzkiej biedy, grzechu i choroby. Nie pozostaje w należnej Mu przestrzeni doskonałości i niedostępnej świętości i w ten sposób rzeczywiście, przekracza granice sprawiedliwości.
Prawo miało i ma nadal do spełnienia ważną rolę. Określił ją św. Paweł mówiąc, że jest ono "pedagogiem" - niewolnikiem którego zadaniem jest sprawować nadzór nad uczniem (także karcić) i prowadzić go do nauczyciela. Prawo nas prowadzi do Jezusa, gdyż uświadamia nam potrzebę zbawienia. Karci nas w powodu naszych grzechów, jednak nie potrafi nas "nauczyć" żyć inaczej. Jedynie uświadamia nam nasz stan.
Jezus zaś przychodzi jako nauczyciel i lekarz. Jedyny zbawiciel. Siada do stołu z grzesznikami i nie staje się przez to "gorszy", bo to oni uświęcają się Jego obecnością. Ma moc odpuszczania grzechów i uzdrawiania, przełamując w ten sposób tragizm skutków naszych złych wyborów, ale nie neguje ich istnienia. Przemienienia serce celnika w serce ucznia, nie tylko pokazując kim powinniśmy się stać, ale uzdalniając nas do tego. Dlatego Jego przyjście jest weselem, w czasie którego nie wypada pościć. To jest czas zbawienia. Pełnia czasu.
Ten czas trwa. Więc porzućmy próżne spory i przyjmijmy Boże zbawienie.


czwartek, 12 stycznia 2017

Sprawy ważne i ważniejsze...

5-latka wraca do domu po wizycie u koleżanki.
"A wiesz, Mamo, ta Ola to ma w domu wszystko! Ale świętego obrazeczka nie widziałam ani jednego..."

Bo nie samym chlebem żyje człowiek...

wtorek, 10 stycznia 2017

Głód nie jedno ma imię...

Ja wiem, że porównywanie nie jest dobre, ale kiedy człowiek wraca po dłuższym czasie z kraju o innej kulturze, klimacie i w ogóle o innym wszystkim, to tak jakoś odruchowo porównuje.
Pamiętam, że, kiedy pierwszy raz, przed sześciu laty wróciłam do Polski po prawie dwóch miesiącach spędzonych w Kamerunie, to moje pierwsze, szokujące spostrzeżenie w autobusie linii miejskiej, było następujące: "O żeż, wszyscy biali...". Ale to było do przewidzenia :-). I drugie wrażenie: "Co oni tacy drętwi? Jakby mieli na twarzy maski. Niby siedzą razem, stłoczeni na małej powierzchni (autobus), a każdy sam i jakoś tak niezręcznie, gdy czyjś wzrok się spotka..."
Tym razem po powrocie (to już trzecia wyprawa w rejon Afryki subsaharyjskiej) nie dziwiłam się kolorowi skóry (nawet teraz nie wypada, bo wiecie, rozumiecie...), ale ta dziwna samotność w tłumie ciągle robiła na mnie duże wrażenie. Te ogromne bańki - dystanse personalne (jak my się źle czujemy stłoczeni, prawda?), te monady chodzące po chodnikach, te niemalże osobne światy jeżdżące samochodami.
Prawdę mówiąc, brakuje mi uśmiechniętych / gniewnych / smutnych / itp. Kameruńczyków, którzy bezpośrednio objawiają swoje emocje z wszystkimi ich dobrymi złymi skutkami (nie jestem naiwna i nie hołduję ekologicznemu kultowi ludów nieskażonych zachodnią cywilizacją. Wiem jak różne bywają skutki owej "bezpośredniości"). Oni, gdy się cieszą to całym sobą, jak kłócą to aż po sztachety w płocie lub maczety... Ale razem. Bo tam osobno się nie da żyć.
Wszystko opiera się na związkach. Rodziny, wsi, plemienia...
Poza tym Afryka jest młoda. I tę różnicą także bardzo widać po przyjeździe do Europy. Coraz bardziej, niestety. Tam w każdej wiosce wybiega na spotkanie cała horda dzieciaków, a w mieście w godzinach, gdy kończy się szkoła, ulice są pełne młodzieży. To też pomnaża witalność i emocjonalność wyrażaną na każdym kroku.
Oczywiście, średniej wieku sobie nie zmienimy, ale jeśli chodzi o relacje, to coś można by w tej kwestii zrobić. Ceńmy sobie spotkanie, choćby przelotne z drugim człowiekiem. Może czasem warto przełamać lody (nawet wyjść na głupca) i uśmiechnąć się do nieznajomego (mam wrażenie, że to potrafią czasem jeszcze starsze panie, wychowane przed epoką "nos w ekranie"). To są małe rzeczy, ale strasznie ważne. Bo może Afryka ma różne braki, ale my najwyraźniej cierpimy na duży brak relacji. A czy to jest mniej dokuczliwy głód niż brak chleba? Śmiem twierdzić, że nie.
Żeby się nie okazało, gdyby ktoś pod takim kątem oceniał kontynenty, że jesteśmy Trzecim Światem...
zajęcia w szkole podstawowej prowadzonej przez Siostry Duszy Chrystusowej 
miasto Abong-Mbang (wschodni Kamerun)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Niebezpieczna modlitwa

"Jeśli zaobserwujemy, że ktoś się zaczął dziwnie zachowywać, nagle zaczął się bardzo często modlić, to powinniśmy zawiadomić o tym służby" - radzi dyrektor Centrum Badań nad Terroryzmu Collegium Civitas. ("Do rzeczy" NR 1/203)
Czyli, że jak mnie ogarnie gorliwość i zacznę się więcej modlić, to mogę się spodziewać, że wpadną do mnie antyterroryści? :-)
Rzecz by była śmieszna, gdyby nie chodziło o tak poważne i tragiczne w skutkach sprawy jak terroryzm. Ale warto się przy tej okazji zastanowić, czy można wszystkie religie wrzucić do jednego worka?

niedziela, 8 stycznia 2017

Zobaczyć niebo otwarte...

Taki obrazek: rozmawiamy o miłosiernej miłości Boga, a tu ktoś: "Siostra tu ściemnia, że Bóg za darmo kocha, że bez warunków, że przebacza i takie tam, a w katechizmie wyraźnie jest napisane: "Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze", jednym słowem szach-mat i po dyskusji..." Ta katechizmowa prawda wiary nie po raz pierwszy jest mi podstawiana w charakterze miny, na której moje argumenty o miłosierdziu Boga mają wylecieć w powietrze. Jest też prawdą, że wielu ludzi dobrej woli na tej pamiętanej z lekcji religii regułce grzęźnie w swojej drodze do Boga miłosiernego.
Czemuż tak się dzieje?
Trochę w tym naszej, katechetów i ludzi Kościoła, winy. Prawdy wiary i inne katechizmowe regułki wykuwane na pamięć to prosty i łatwy do zweryfikowania sposób katechizacji. Jednak abstrakcyjne pojęcia krzywo wchodzą do dziecięcych głów i po latach kształtują fałszywe wyobrażenia o Bogu. Taki los spotkał i tę przytoczoną prawdę wiary.
W założeniach nie jest ona w żaden sposób sprzeczna z wizją Boga miłosiernego. Ale w głowach ludzi funkcjonuje jak wyrok: "Nie ma co liczyć na litość. Każde potknięcie zostanie rozliczone". To straszny wyrok. Budzi przerażenie.
A jak jest naprawdę?
Bóg jest, rzeczywiście, sędzią sprawiedliwym. I całe szczęście, że nim jest. Nie jest jednak policjantem czy prokuratorem. Nie oskarża, ale chroni porządek moralny świata. Czyli jest gwarantem tego, że niezmiennie zło jest złe, a dobro jest dobre. I niezmiennie to pierwsze rodzi nieszczęście i straty (kara), a to drugie daje pozytywne skutki (nagroda). Bóg nie musi tworzyć specjalnego systemu kar i nagród. On jest wpisany w naturę świata. To daje poczucie bezpieczeństwa i stałe punkty odniesienia w życiu. Popatrzcie co się dzieje, gdy ludzie nie uznają Boga nad sobą i próbują sami budować ład świata. Zaciera się różnice pomiędzy dobrem i złem i w końcu nic nie jest białe czy czarne, a wszystko niejakie, szare. Co więcej, zamieszanie w tej dziedzinie sprawia, że ludzie bezwiednie sięgają po zło, nie zdając sobie sprawy, że ściągają na siebie nieszczęście. Bo zło rodzi złe skutki, nawet wtedy, gdy nazwiemy go dobrem.Zatem ta prawda wiary mówi nam, że istnieje pewien obiektywny porządek moralny i Bóg jest jego stróżem. To bardzo pozytywne przesłanie.
Ciąg dalszy znajdujemy w kolejnych prawdach wiary: "Syn Boży stał się człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia" oraz "Łaska Boska jest do zbawienia koniecznie potrzebna". Człowiek, z racji swej zranionej grzechem natury, popełnia zło, które niesie nieszczęście i rodzi złe skutki. Co więcej, nie umiemy ich naprawić o własnych siłach. Dlatego ten Bóg (ten sam, który jest Sędzią sprawiedliwym), stał się człowiekiem i umarł na krzyżu, by naprawić to, co popsuliśmy. I dzieje się to z ŁASKI, czyli za darmo! Z inicjatywy Boga.
Niebo, to nie nagroda za dobre sprawowanie. To łaska, która została nam dana w chwili, gdy Jezus zszedł do rzeki Jordan i zanurzył się w jej wodach. On dosłownie zanurzył się w naszym grzechu i nieprawości. Zbratał się z nami w tym, co w nas najsłabsze i brudne. I właśnie wtedy, jak opisuje Ewangelia "niebo się otwarło".
I co? Wygląda na to, że nawet ten nasz Bóg "katechizmowy" jest całkiem dobry, prawda? :-)

piątek, 6 stycznia 2017

Gwiazda nad Kamerunem

Pomimo wszystkich wątpliwości, dotyczących liczby (3-6?) i zawodu (magowie-królowie?) owych gości, którzy przybyli do Betlejem, jedno jest pewne: poganie przybyli oddać chwałę Bogu i uznać w Jezusie Zbawiciela świata.
Od tamtej chwili Bóg nie przestaje objawiać się poganom i my, dawni poganie objęci Jego łaską, w tym objawieniu mamy do odegrania pewną rolę.
Oczywiście, nie wszyscy jesteśmy powołani do tego, by jechać w dalekie strony i głosić Ewangelię tym, którzy jeszcze nie słyszeli o Jezusie, ale nikt nie jest zwolniony z troski o misję Kościoła. Wszak mamy dług wdzięczności wobec tych, którzy kiedyś nam przynieśli Dobrą Nowinę. U nas wszystko zaczęło się 1050 lat temu. W innych krajach to historia całkiem świeżej daty.
Kiedy w końcówce lat osiemdziesiątych poprzedniego stulecia Abp Lambert van Heygen (Holender posługujący w Kamerunie, w diecezji Bertoua) przyjechał do Krakowa, żeby prosić nasze Zgromadzenie o siostry do pracy na misjach, Kamerun przygotowywał się do obchodów 100-lecia ewangelizacji. Jednak wioska, do której miały jechać Siostry Duszy Chrystusowej nie miała za sobą tak "długiej" historii chrześcijaństwa. Pierwsi Spirytyni przybyli na te tereny 25 lat wcześniej i zbudowali kościół oraz misję. Chrześcijaństwo było tam świeżutkie jak nowalijka.
Chociaż już trzy razy odwiedzałam tę zagubioną w lasach równikowych wioskę, dopiero teraz po raz pierwszy usłyszałam opowieść, że pierwszy chrześcijanin z wioski Djouth (nawiasem mówiąc dziadek s. Symeony - Kamerunki, która wstąpiła do naszego Zgromadzenia przed kilkunasty laty) miał mówić, że do Djouth przylecą "białe ptaszki" i wioskowi ludzie wierzyli, że owe "ptaszki" to białe siostry z Polski.
Siostry objęły misję w roku 1991. Początki były ciężkie. Djouth leży we wschodnim Kamerunie, na terenach pokrytych lasami równikowymi, w których do tej pory, obok innych plemion żyją Pigmeje Baka. Na misji początkowo nie było prądu, ani wody. Nie mówiąc o możliwości kontaktu ze światem. Obecnie mija 25 lat posługi Sióstr Duszy Chrystusowej w Kamerunie. Dwie siostry: s. Gabriela i s. Alicja pracują tam nieprzerwanie przez cały ten czas. To w skali historii Kościoła - jedna sekunda, ale to również połowa całej historii chrześcijaństwa na tych terenach.
W grudniu w Djouth świętowaliśmy razem ten mały jubileusz. Uroczystej Eucharystii przewodniczył Ks. Bp Faustin Ambassa Njdodo, który akurat w tych dniach został mianowany Arcybiskupem Garoua na północy kraju, oraz Ks. Bp Jan Ozga - Polak, który jest Biskupem w sąsiedniej diecezji Doume-Abong-Mbang, w której także pracują Siostry Duszy Chrystusowej.
Dzsiaj, gdy świętujemy Epifanię, warto pomyśleć o tych ludziach, którzy, gdzieś tam głoszą Jezusa....

kościół w Djouth
s. Gabriela i s. Alicja, które od 25 lat pracują w Kamerunie
pamiątkowe zdjęcie z Jubileuszy razem z Ks, Bpem Faustinem Ambassą i Ks. Bpem Janem Ozgą



wtorek, 3 stycznia 2017

Myśli w ciszy

Śnieg miłosiernie wyciszył świat, co po hałasach sylwestrowej nocy wpłynęło kojąco na wszystkich. Na tych, którzy odchorowywali żywiołowe witanie Nowego Roku i na mnie też, chociaż ja odchorowywałam coś zupełnie innego.
Jakoś tak wszystko ucichło. I dobrze.
Gdy wyjeżdżałam w połowie listopada do Afryki myślałam sobie: "No, ja to wam tu na tym blogu napiszę!" Trzecia wyprawa do Kamerunu! Nawet mogłabym książkę podróżniczą popełnić... Nic bardziej mylnego.
Raz, że pochorowałam się po powrocie bezprzykładnie, serwując sobie melanż z tropikalnej choroby i całkiem miejscowej grypy żołądkowej (coś strasznego!), dwa, że podróż, raczej mnie skłoniła do głębszych i trudnych do wyrażenia przemyśleń niż do ekscytujących reportaży z safari.
Tak więc myślę sobie w tej ciszy. Na przykład o tym, jak opornie wsiąka w tę naszą ludzką naturę chrześcijaństwo. Niezależnie od kultury, cywilizacji, zawsze jesteśmy bardziej skłonni do przyjęcia pozoru, zewnętrznego formy, niźli do autentycznej przemiany serca. To, oczywiście, dosyć gorzka refleksja, ale ma ona także swój słodki aspekt. Bo to porzucane łatwo chrześcijaństwo, jest równocześnie nam nieodzownie potrzebne. Czy to będzie wyzwolenie z lęku przed czarami marabuta, czy nadanie sensu sytej, pełnej marazmu egzystencji, potrzebujemy Chrystusa jak powietrza. To coś więcej niż jakaś pobożność czy przyjęcie obrzędowości. To Prawda, która wyzwala. Jest ona całkowicie uniwersalna. Oczywiście, pozostaje kwestia inkulturacji, przekazu, ale treść jest ta sama. Jest nią Chrystus.
Afryka to dla mnie pryzmat, dzięki któremu, jaśniej mogę zobaczyć ludzką duszę. My, Europejczycy, nauczyliśmy się maskować. Jesteśmy jak ogr. Mamy warstwy i nie łatwo nam samym zajrzeć do własnego wnętrza. Afrykańczyk, takie mam wrażenie, objawia swoje pasje, lęki i namiętności bardziej bezpośrednio. A są to te same lęki, pasje i namiętności. 
Pigmej Baka boi się mocy zła, czarów, tego wszystkiego, co kryje się w nieogarnionym lesie, a od czego odgrodzony jest w ciemnościach nocy, tylko małym mugulu z liści palm. I on wie, że się boi. A, my? Nam nie wypada się lękać. Odgrywamy rolę tych, którzy  oswoili świat i przyszłość. Ale to tylko pozór i w głębi duszy o tym wiemy. Nasze betonowe konstrukcje okazują się tak samo kruche wobec żywiołów świata jak mungulu Pigmeja. Zalew wiadomości o wojnach, atakach terrorystycznych i kataklizmach, dławią krtań, chociaż przełykamy ślinę i udajemy, że jest ok. I nic na to nie pomogą kolorowe kredki.
Wszyscy na równi potrzebujemy Kogoś, kto nada sens cierpieniu, śmierci, zasadzkom losu. Kto zwyciężył i daje nadzieję zwycięstwa.
Jednak, by przyjąć łaskę, trzeba porzucić pozór pewności siebie, maskę samowystarczalności. A to nie przychodzi łatwo.
Łatwiej zostać przy obrzędach i tradycjach, które uspakajają nasze poczucie bycia dobrym chrześcijaninem. Ale pusta pobożność nie przeniesie nas nad przepaścią rozpaczy.
Piszę to bez uszczypliwości. Sama przeżyłam Święta bez obrzędów z powodu choroby, ale też i w tym trudnym do zniesienia doświadczeniu, gdy bezsilność kusi bardziej do zniechęcenia, niż do powierzenia się Bogu.
A jednak istnieje droga powierzenia się. Jest ona wąska, mało oznakowana i nie robiąca wrażenia. Łatwo ją pominąć. Pisze o niej jedynie Ewangelia.
Dlatego nie wstydźmy się głosić Ewangelii. Tu u nas w Europie i tam, daleko w Afryce. 
Wszyscy potrzebujemy Epifanii. I to nie tylko jako święta z orszakami i królami, ale prawdziwej Epifanii - Objawienia Jezusa, nam, poganom.

niedziela, 1 stycznia 2017

Idzie nowe....

Kochani, Święta, wraz z oktawą spędziłam... no cóż, kontemplacyjnie - chora, z dużą gorączką. Zatem wybaczcie brak życzeń świątecznych. Za to noworocznie życzę Wam jeszcze serdeczniej.... Niech się w tym Nowym Roku opiekuje nami Boża Rodzicielka - Najlepsza Matka...
W prezenciku - Madonna z wschodniego Kamerunu...