piątek, 22 września 2017

Wyznania zakonnicy

Raz po raz w necie pojawiają się wyznania ex-zakonnic, więc i ja postanowiłam zrobić coming out (to jedno z tych pojęć, które, nie wiedzieć czemu, zostało zawężone jedynie do środowisk gejowskich... Proszę je oddać wraz z tęczą!)
Zatem chciałam wyjść z szafy i opowiedzieć coś osobistego.
W mojej wspólnocie zakonnej mamy takie pozdrowienie (coś w stylu jak "Oi!" u skinów :-)) Brzmi ono: "Niech żyje Jezus w duszach naszych!". Odpowiedź: "Teraz i wieczności!"
Rzecz wydaje się prosta: Jezus mieszka w duszy człowieka, który jest świątynią Boga. Jeśli jesteśmy w stanie łaski uświęcającej i, w dodatku, przyjęliśmy Chleb Eucharystyczny, w którym, jak wierzymy, jest obecny nasz Pan, to obecność Jezusa w naszych duszach jest faktem.
Ale to pozdrowienie nie jest w trybie oznajmującym. Ono jest życzeniem, rozkazem, zachętą: "Niech żyje!".
Sami przyznacie, że to nawet brzmi trochę jak na jakimś wiecu: "Pierwszy sekretarz partii, nich żyje!" :-)))))
Słyszę to pozdrowienie każdego dnia. Sama je wypowiadam, gdy spotykam, którąś z moich sióstr. I co?
Przez długi czas było ono dla mnie jak "cześć", "dzień dobry", "się masz". Aż wreszcie (dlaczego dopiero teraz) zabrzmiało ono w moich uszach jak trąbka wzywająca do ataku. 
Co rano, ktoś podchodzi do mnie i mówi: "Bogna, otrząśnij się. Niech Jezus wreszcie zacznie w tobie żyć naprawdę!". Niech żyje, nie tylko "będzie obecny", bo można być obecnym i nic z tego nie wynika, a życie to ruch, twórczość, działalność. Jezus jest obecny we mnie, ale czy On może naprawdę swobodnie żyć? Zrodziło się we mnie pragnienie, żeby Jezus mógł swobodnie żyć w moim rozumie, czyli żeby w mojej głowie były Jego myśli, Jego pomysły, Jego prawda, Jego Słowo. Żeby żył w mojej woli. Niech Jego pragnienia, chęci, pomysły pobudzają mnie do działania. Chcę także, żeby Jego uczucia poruszały mnie. By przejawiały się w moich odruchach, postawach, reakcjach. Strasznie tego chcę. 
Właściwie, jeśli chodzi o moje ambicje, to jest to wszystko, czego pragnę.
Jestem świadoma swojej ułomności i niepodobności do Jezusa, ale ostatecznie to On sam tego dokona. Do mnie należy chcieć.
Więc niech to zrobi. A to mi wystarczy.
Niech, więc Jezus żyje w duszach naszych!
Jeśli pociąga Was taka relacja z Jezusem, to odpowiedzcie: "Teraz i w wieczności". Zresztą to hasło nie jest opatentowane, możne je używać do woli.
A gdybyś tak jutro przywitał sąsiada słowami: "Niech żyje Jezus w duszach naszych!", to, co by było? J

środa, 20 września 2017

Staję po stronie Jezusa - przebaczam

Taki komentarz, dzięki Bogu, pojawił się. Jego treść, pomiędzy świstającymi jak kamienie słowami innych komentarzy, kieruje nasz wzrok ku jedynemu, dobremu rozwiązaniu - ku przebaczeniu.
"Kochane Siostry, Kochani Bracia. Tytułuję tak po raz pierwszy. Patrząc na komentarze, a przede wszystkim treści jakie są tu na blogu śmiem twierdzić, że takie tytułowanie jest jak najbardziej na miejscu. Zatem ponownie Kochane Siostry, Kochani Bracia. Zwracam się do Was z takim pytaniem, które mocno nurtuje mą duszę, przygnębia moje serce. Proszę odpowiedzcie mi w jaki sposób człowiek powinien przebaczać. W jaki sposób powinien wybaczyć by zapanował pokój w jego sercu? W jaki sposób powinien wybaczyć tym wszystkim, którzy skrzywdzili, zranili, opluwali, szydzili. Często za nic, a może czasem za wyświadczone dobro. Powiedzcie proszę jak unieść ten ciężar gdy za dobro człowiek dostaje zło?"
Zanim będziemy szukać odpowiedzi na pytanie, jak przebaczać, to warto zauważyć, że już Duch Święty działa w nas, gdy podpowiada nam, że przebaczenie jest jedyną drogą, która prowadzi do życia. A jeśli On już w nas działa, to także poprowadzi nas dalej i ukształtuje nasze serca w taki sposób, by wylewało się z niego przebaczenie. Bo przebaczenie to nie jest ludzka sprawa. To dzieło Boga, który jako pierwszy darował każdemu z nas ciężar 10 000 talentów (słownie dziesięć tysięcy). Przyjmując, że jeden talent to 34, 27 kg, mamy do czynienia z niewyobrażalnym zadłużeniem. Ponad trzysta czterdzieści dwa tysiące kilogramów srebra lub złota! Nawet wyobrazić sobie trudno taki majątek. A Pan nam to darował jednym gestem. Co więcej, daruje nam nieustannie, gdy gestem kapłana w konfesjonale, odpuszcza nasze grzechy.
Bo nasze przebaczenie, to nie jest akt naszej osobistej dobroci względem złego człowieka, to przekazanie dalej przebaczenia, którego sami doświadczyliśmy. Przebacza ten, kto sam doświadczył przebaczenia.
Zanim staniesz przed człowiekiem, który cię skrzywdził, stań przed Bogiem, któremu wbiłeś ostrze grzechu w samo Serce i zobacz, jak z tego Serca wypływa Krew i Woda, by "natychmiast" obmyć cię z tego grzechu. Taka jest odpowiedź Boga na nasze zło. Kto tego doświadczył, zrozumie. 
Nie chodzi o to, że przebaczenie jest amnezją, zapomnieniem o bólu, ale jest miłością mimo, czy nawet poprzez ból. Tak kocha nas Bóg.
Blokuje nas nie ból, ale poczucie własnej sprawiedliwości, poczucie bycia lepszym. 
Przebaczenie rodzi się stopniowo. I Bóg towarzyszy nam na tej drodze cierpliwie. Ważny jest kierunek - ku przebaczeniu.
Wiele w ostatnich komentarzach pojawiło się ostrych słów, które, jak się domyślam, były napisane w trosce o wartości. Jednak zanim zaczniemy walkę o dobro i prawdę, trzeba zbadać swoje serce, z jakich źródeł wypływa ta gorliwość. Jeśli z uraz i nieprzebaczenia, to najpierw trzeba stanąć pod Krzyżem. Bo się może zdarzyć, że walczymy, ale nie po stronie Jezusa.
Chciałabym tu też wspomnieć, jak pięknie, pomimo tej naszej ludzkiej skłonności do rzucanie kamieniami słów (mówię to także o sobie), działa Duch Boży tu i teraz. Ktoś napisał mocny komentarz, a potem przyszła refleksja i poprosił by go wykasować. Nie trzeba cenzurować czy krytykować drugich. Jeśli tworzymy klimat prawdziwej miłości, ludzie sami zauważą, że słowa dobre są lepsze od złych.

sobota, 16 września 2017

Jedność w różnorodności

Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:
- Ci charyzmatycy to strasznie dziwaki, proszę Pani. Nie mają żadnego szacunku dla tego, co święte. Wszędzie by tańczyli i machali flagami. Głośne to jest. Po prostu emocje bez żadnej głębi!
- Tak, tak. I ciągle mówią o miłości Boga, że jest za darmo i ludzie już całkiem przestaną chodzić do spowiedzi.
Albo w innym miejscu placu targowego:
- Ta tradycyjna religijność to strasznie sztywna jest. Ksiądz w parafii całkiem nie ma Ducha Świętego. Gdyby miał, to by inaczej odprawiał Mszę świętą. A tak, nie ma uzdrowień ani spoczynku w Duchu Świętym. Nuda, proszę Pana, po prostu nic się nie dzieje.  
- Ciągle mówią tylko o wymaganiach. Moralizują i moralizują. Taki Stary Testament... 

Oczywiście, wszystkie te dialogi są zmyślone i nie mają żadnego odniesienie do rzeczywistości. Albowiem w Kościele powszechnym jesteśmy jednością w różnorodności i wzajemnie się szanujemy :-)

środa, 13 września 2017

Wola Boża - strach się bać!

Po raz kolejny sięgnę do fragmentu komentarza. 
"Proszę, nie piszcie, że pójść za wolą Bożą równa się znaleźć się w niebie i spijać same słodycze. Bo to kłamstwo. Czasem wola Boża jest taka, że strach się bać."
Nie ma dwóch zdań, temat woli Bożej, zgadzania się na nią, poddania się Bogu, zaufania jest polem walki duchowej. Moim zdaniem największej walki duchowej. Bo, jeśli zgrzeszysz jakoś, ale ufasz Bogu, to przyjdziesz do Niego ze skruchą i doświadczenie Jego przebaczenia i miłosierdzia sprawi, że jeszcze mocnej do Niego przylgniesz. Ale jeśli diabłu uda się podważyć w nas zaufanie do Boga, to zaczynamy dryfować w kierunku śmierci, jak ktoś pozbawiony swojej planety, a w związku z tym grawitacji (oglądaliście "Grawitację"? No to, tak to wygląda).
Diabeł próbuje wbić nam do głów iluzję, fałsz na temat tego, jaki jest Bóg i Jego wola.
Wracając do treści komentarza, ja też jestem przeciwko opowiadaniu bzdur, że powierzenie się Bogu, oznacza jedno wielkie pasmo przyjemności i sukcesów. I to nie tylko dlatego, że takie są fakty, czyli, że żyjemy w świecie skażonym złem (to nie był pomysł Boga, ale to już inny temat). Także dlatego, że celem człowiek i tym, co mu daje szczęście, nie jest komfort psychiczny i sukces, ale miłość. A miłość czasem boli.
Ale nie zgadzam się też z wizją, że Wola Boża boli. Bo Bóg, w którego wierzę jest Dobry i chce mojego dobra. Strach jest owocem braku zaufania. Mniej lub bardziej zakorzenionej w nas (w każdym z nas po grzechu pierworodnym) podejrzliwości, że Bóg zabiera nam coś cennego (jabłko czy coś w tym rodzaju). Wola Boga jest dobra, bo Bóg, który jest Miłością może chcieć tylko dobra. Dla mnie i dla Ciebie.
Jednak ta Wola jest realizowana w konkretnej rzeczywistości. Właśnie rzeczywistości naznaczonej grzechem i jego skutkami. One są przyczyną wszelkiego cierpienia na ziemi, bo "śmierć weszła na świat przez zawiść diabła" (Mdr 2,24). Bóg zaś posłał swojego Syna, "aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła, i aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli." (Hbr 2,14-15). Te skutki nazywamy Bożym dopustem (nazwa taka sobie, raczej niefortunna, ale innej nie znam. Może ktoś wymyśli coś lepszego), czyli, że Bóg nie machnął czarodziejską różdżką, by odkręcić to, co człowiek zrobił przy użyciu swojej wolnej woli (taka cena podobieństwa do Boga) i musimy się zmagać z cierpieniem i złem, które są na świecie. Dobra Nowina jest taka, że pomimo tego, a nawet poprzez to, Bóg może nas poprowadzić skutecznie do szczęścia. Oczywiście, jeśli damy się Mu poprowadzić.
I ja chcę się dać Mu poprowadzić. Ufam Mu, chociaż nieraz musi mnie przekonywać, a czasem mówi: "Bogna, nie bądź jak koń i muł bez rozumu. Wiesz, że można je okiełznać tylko wędzidłem. Inaczej nie podejdą do ciebie. A Ja nie chcę mieć z tobą takiej relacji. Zaufaj Mi" (to takie moja wolne tłumaczenie Ps 32 :-)

muł bez wędzidła :-)

poniedziałek, 11 września 2017

Klasyka zwodzenia

W komentarzu pod tekstem "Między młotem a kowadłem"
znalazłam zdanie, które podziałało na mnie jak przysłowiowa płachta na byka (w sumie nic nie wiem o przeżyciach byków względem tkanin :-) Nie żeby komentarz mi się nie spodobał. Wprost przeciwnie, zachęcam do przeczytania całości świadectwa, które jest piękne i mądre. Ale w tym opisie drogi ku Bogu, pojawia się właśnie to: zdanie śmierdzące siarką i syczące na każdej spółgłosce. Zdanie - zwodzenie. Zdanie - pokusa, którym zły duch próbuje nas zatrzymać z dala od Boga. W tym świadectwie jest ono, na szczęście, w czasie przeszłym, ale znam zbyt wielu osób, dla których jest ono aktualne, bym mogła obok tego przejść obojętnie. 

"Miałam takie doświadczenie dawno temu, na początku nawrócenia (ok, nie tak dawno temu, lat kilka), że już się owszem nawróciłam z letniości (a przedtem był ateizm), ale zaufać tak na 100% nie umiałam. Mało tego, wydawało mi się, że jak powiem fiat, jak Maryja, to mi się straszne rzeczy będą może dziać, dla mojego dobra a ja nie jestem na nie gotowa. I walczyłam z tym ze dwa tygodnie. Aż puściłam. I strasznie mi ulżyło. Bo zrozumiałam, że Bóg przecież wie na co ja jestem a na co nie jestem gotowa." 

Podkreślenie jest moje, bo o to zdanie właśnie mi chodzi. Raz po raz słyszę te słowa. "Zaufałbym Bogu, ale będzie bolało". 
TO JEST KŁAMSTWO!!!
I kiedy pojawia się w Twoim życiu, (a pojawi się, bo to jest podstawowa strategia złego ducha) to, cytując klasyka: "Nie pozwól mu otworzyć nawet tej rogatej gęby, tylko wersetem go!" (Michał Nikodem jest autorem tej oto wzniosłej porady duchowej :-)
"Wersetem go!". Z Biblii, oczywiście. To jeden ze sposobów.
Ale rzecz się komplikuje, gdy już jesteśmy ukąszeni podejrzliwością wobec Boga. Trucizna ta, gdy dosięgnie rozumu i serca, potrafi sprawić, że nawet Pismo święte odczytujemy w fałszywym kluczu, interpretując je opacznie. Ja sama pamiętam taki czas, gdy zdanie: "Kto chce iść za mną, niech weźmie swój krzyż", rozumiałam jako groźbę: "Bóg ukrzyżował Jezusa i mnie też chce tak załatwić!". Rozumiecie, że z takiej przesłanki  nie rodzi się zaufanie, ale opór i lęk.
Co robić zatem?
Dać szansę Bogu, by się w naszym życiu objawił takim jakim jest naprawdę. Przestańmy Mu przyprawiać gębę, a dajmy Mu przemówić.
On się już objawił i tylko trzeba chcieć Go poznać.
Objawił się w Jezusie Chrystusie.
Czy ten Człowiek zrobił komuś krzywdę? Czy sprowadził na kogoś chorobę, albo nieszczęście? (raczej przeciwnie, czyż nie?). Czy ten Człowiek kogoś znienawidził, przeklął, odrzucił?
Jest takie miejsce, gdzie ta podła "rogata gęba" (do tej pory się zastanawiam jak gęba może być rogata :-)) musi się zamknąć. Jest ono pod krzyżem Jezusa. Stań tam. I usłysz, że Jezus mówi: "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". I potem popatrz, jak z przebitego boku Jezusa, natychmiast wypływa Krew i Woda. To jest jedyna odpowiedź Boga na ludzki grzech - Miłość i Miłosierdzie.
Natychmiast. Czy takiego Boga można się bać? 

Jezu, Baranku zabity, ześlij do naszych serc swojego Świętego Ducha. Niech otworzy nasze oczy na prawdę Twojej Miłości. Niech zrodzi w nas bezgraniczne zaufanie do Boga, który jest Abbą - Tatusiem. Amen.

sobota, 9 września 2017

Oczy szeroko otwarte

Nieraz modląc się, zamykamy oczy. I dobrze. Św. Teresa od Jezusa mówiła nawet, że jest taki moment, gdy człowiek ma przemożne pragnienie, by już nie patrzeć na nic, tylko skupić się na Bogu.
Ale w momencie najważniejszego i najpewniejszego spotkania z Bogiem, otwórz oczy. Bo Bóg objawił się w Jezusie Chrystusie - Człowieku, w którym zamieszkała pełnia Bóstwa. I Ten Bóg-Człowiek jest obecny w kawałku Chleba, bo tak chciał.

Zatem, gdy chcesz Go spotkać, otwórz oczy i patrz. Oto Twój Bóg.


piątek, 8 września 2017

Między młotem a kowadłem, czyli o formacji duchowej chrześcijanina

Wczoraj, gdy modliłam się, przyszedł mi do głowy pewien obraz. W wyobraźni zobaczyłam rozgrzany do czerwoności pręt w rękach kowala. Kowal położył go na kowadle i zaczął uderzać weń młotem.
Ten obraz pozwolił mi jasno zrozumieć pewną regułę życia duchowego.
To dotyczy nas jako poszczególnych chrześcijan, ale także całych wspólnot.
My, bowiem, jesteśmy tym, metalowym prętem. Piecem, w którym pręt rozgrzewa się do czerwoności jest doświadczenie Bożej miłości, a uderzenia młotem procesem formacji (w tym obrazie młot nie miał żadnego negatywnego znaczenia, nie chodziło o jakieś uciski czy cierpienia, ale jedynie o kształtowanie).
Jeśli wchodzimy w doświadczenie Bożej miłości przez uwielbienie, przyjmowanie łaski, pomnażanie wiary i nadziei, przez słuchanie świadectw innych, którzy tej miłości doświadczyli, to miłość Boża rozpala nas, a zaufanie czyni nas podatnymi na formację. Wtedy jesteśmy zdolni kształtować się według Słowa Prawdy. Zaczynamy wchodzić w proces formowania się, czyli zmiany sposobu myślenia, a w konsekwencji w zmianę sposobu mówienia, działania, a nawet odczuwania zgodnie z Ewangelią. Jest to nawrócenie, które dokonuje się w duchu synowskiego zaufania, a nie niewolniczego lęku.
No właśnie, czy czasem sami dla siebie i dla innych nie jesteśmy takimi głupimi kowalami, którzy walą wściekle młotem w zimne żelazo? Chcemy siebie i innych  nagiąć do zasad Ewangelii, ale nie osiągamy żadnego skutku (chyba, że uderzamy tak mocno, że w końcu pokruszymy metal), bo bez doświadczenia, że Bóg stoi po nasze stronie próba zmiany kończy się porażką. Zresztą to całkiem zdrowy odruch w człowieku, że opiera się ingerencji z zewnątrz. Tylko miłość ma prawo wywierania wpływu, bo rodzi zaufanie i podatność, a nawet pewnego rodzaju bezbronność.
Zatem trzeba nam nieustannie rozgrzewać się doświadczeniem Bożej miłości, a potem... na kowadło i dalejże, kształtować swoje życie według Prawdy. I znowu, i znowu.
Z drugiej strony, zauważam nieraz we wspólnotach także i przeciwne wynaturzenie. Jest ciepełko miłości i uwielbienia i... tyle. Kowal rozgrzał żelazo i.. podziwia, że ładne. Nie znam się na kowalstwie, ale podejrzewam, że powtarzany wielokrotnie taki zabieg szkodzi metalowemu prętowi, który niszczeje (jeśli ktoś z Was ma wiedzę w tej dziedzinie, to proszę o informacje :-). Przyjmowanie miłości Bożej nadaremno jest jej marnowaniem. Przecież jesteśmy powołani do tego, byśmy nie tylko miłość przyjęli, ale także ją przekazywali. A do tego potrzebny jest proces formacji, bo nie urodziliśmy się bez grzechu pierworodnego. Io tym też trzeba pamiętać.


A swoją drogą, to ogromnie ważne, że są takie miejsca, gdzie właściwie nie da się pozostać zimnym wobec ogromniej temperatury uwielbienia Boga i promieniowania Jego miłości. Pozdrawiam wszystkie zaprzyjaźnione wspólnoty w Krakowie, w Warszawie i na Śląsku :-)

czwartek, 7 września 2017

Wiara i już

„Słowo to jest blisko ciebie, na twoich ustach i w sercu twoim. Ale jest to słowo wiary, którą głosimy. Jeżeli więc ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i w sercu swoim uwierzysz, że Bóg Go wskrzesił z martwych - osiągniesz zbawienie. Bo sercem przyjęta wiara prowadzi do usprawiedliwienia, a wyznawanie jej ustami - do zbawienia. Wszak mówi Pismo: żaden, kto wierzy w Niego, nie będzie zawstydzony. Nie ma już różnicy między Żydem a Grekiem. Jeden jest bowiem Pan wszystkich. On to rozdziela swe bogactwa wszystkim, którzy Go wzywają. Albowiem każdy, kto wezwie imienia Pańskiego, będzie zbawiony. Jakże więc mieli wzywać Tego, w którego nie uwierzyli? Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie słyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił? Jakże mogliby im głosić, jeśliby nie zostali posłani? Jak to jest napisane: Jak piękne stopy tych, którzy zwiastują dobrą nowinę! Ale nie wszyscy dali posłuch Ewangelii. Izajasz bowiem mówi: Panie, któż uwierzył temu, co od nas posłyszał? Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa. Pytam więc: czy może nie słyszeli? Ależ tak: Po całej ziemi rozszedł się ich głos, aż na krańce świata ich słowa. Pytam dalej: czyż Izrael nie zrozumiał? Mojżesz mówi: Wzbudzę w was zawiść do tego, który nie jest ludem, wzniecę w was gniew do ludu nierozumnego. Izajasz zaś odważa się powiedzieć: Dałem się znaleźć tym, którzy mnie szukali, objawiłem się tym, którzy o Mnie nie pytali. A do Izraela mówi: Cały dzień wyciągałem ręce do ludu nieposłusznego i opornego. ” Rz 10,8-21

Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, a słyszy się Słowo Ewangelii. Pytanie św. Pawła: „czy może nie słyszeli?” dotyczy nie tylko Żydów, ale i nas. I my również musi odpowiedzieć: „Ależ tak!”. Słyszeliśmy Dobrą Nowinę. 
Jednak pomimo tego, można pozostać na obojętnym na Słowo, tak jak Żydzi wspomniani przez Pawła. Można mieć uszy pełne innych słów. Człowiek ma ograniczoną zdolność przyjmowania treści. Jeśli karmi się słowem tego świata, staje się nieczuły na Głos Boga. Dlatego zawsze warto zadawać sobie pytanie: Czym się karmię? Ile czasu poświęcam na czytanie Biblii? Jakich treści szukam w książkach, na stronach internetowych?
Jeśli karmimy się świadectwami wiary oraz samym Słowem Dobrej Nowiny to wcześniej czy później staniemy przez nieuniknionym pytaniem: "Wierzysz w to?"
Nie da się pozostać obojętnym. Albo trzeba temu wszystkiemu zaprzeczyć, albo paść na kolana i wyznać, że Jezus jest Panem, który powstał z martwych i zwyciężył. Nie da się na dłuższą metę pozostać w rozkroku. 
Albo stajemy się ludźmi, którzy cynicznie i kpiąco podchodzą do wiary w Jezusa, bo „nauka krzyża jest głupstwem dla tych, którzy idą na zatracenie” (1 Kor 1,18). Albo Słowu Boga staje się dla nas „mocą”, motorem życia, siłą, która przenosi góry i nadaje sens każdemu wydarzeniu.
Właśnie dzisiaj Słowo jest blisko. Jest na naszych ustach, gdy czytamy słowa Ewangelii lub gdy recytujemy brewiarz. To jest ten moment, by na nowo wyznać ustami swoimi wiarę. Wtedy Słowo, staje się słodkie i przynosi Dobrą Nowinę, na którą czeka każdy człowiek. A brzmi ona: "Jesteś zbawiony". Jesteś drogi w oczach Boga i kochany bez granic. Nie jesteś niczyj. Jesteś Dzieckiem Boga. Jego Synem, Córką, Dziedzicem Królestwa. Jesteś tak cenny, że Jezus oddał za Ciebie swoje życie.
Czyż nie jest to najbardziej upragnione przez ludzkie serce Słowo? 


środa, 6 września 2017

Byleby zdrówko było...

Modlimy się do Pana o uzdrowienia fizyczne. I dobrze. Czy robimy to w formie prośby, wstawiennictwa ("Jezu, proszę Cię, uzdrów tę nogę") czy w formie nakazu w autorytecie Pana ("W Imię Jezusa, nakazuję tej chorobie odejść") to wydaje mi się być sprawą drugorzędną. Ważne, że wierzymy, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. 
O wiele bardziej istotnym jest szersze spojrzenie na tę posługę.
Bo nie jest tak, że Pan Bóg postanowił posłać na bezrobocie wszystkich lekarzy i teraz sprawi (a wielu by tak chciało!), że wszyscy będziemy żyć długo (bez końca?) i szczęśliwie na tej ziemi (niebo przestanie być wtedy atrakcyjne :-)). Uzdrowienie fizyczne, chociaż jest wielce pożądane (szczególnie, gdy naprawdę cierpienie przyciśnie nas czy naszych bliskich) to jednak nie jest wszystkim, co chce nam dać Bóg.
Bóg chce czegoś więcej!
Chce nas uzdrowić totalnie!
Uzdrowić naszego ducha (z grzechów, z wad, z niewary...), naszą psychikę (z lęków, z głodów emocjonalnych, ze smutku...) i w końcu nasze ciało. W pełni zrealizuje się to... w chwili zmartwychwstania przy powtórnym przyjściu Pana. Wtedy ostatecznie odrodzą się nasze ciała i przyobleką się w nieśmiertelność.

Uzdrowienie fizyczne jest znakiem tego pragnienia Boga.

A jeśli chcecie poznać to Boskie lekarstwo na wszystko, to jest nim MIŁOŚĆ. I to miłość, którą Bóg nas kocha, a także, w odpowiedzi, miłość, którą my darzymy Boga i człowieka.
Bo w pełni zdrowy nie jest ten, kto ma się świetnie, ale ten, kto jest zdolny przyjmować i dawać miłość. 

Kiedy Jezus uzdrowił teściową Szymona, to ona.... "wstała i usługiwała im". 

Prośmy Pana, by nas uzdrawiał, przywracał nam siły i zdolność miłowania, byśmy mogli usłużyć Mu w drugim człowieku.


poniedziałek, 4 września 2017

I po wakacjach....

Kiedy mnie tu nie było, to byłam gdzie indziej. Na przykład w Kiczycach, gdzie z Marcinem Zielińskim i Michałem Nikodemem prowadziliśmy rekolekcje dla Diakonii Świętej Rodziny z Katowic. Zresztą "prowadziliśmy", to nie jest dobre słowo. Wszyscy korzystaliśmy z obfitej łaski tego czasu. 
A w linku zabawny filmik z rekolekcji:

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Cała Polska na nogach

Od kilku dni jestem w Częstochowie. Widać ludzie już się o tym zwiedzieli, bo z każdym dniem przybywają tu tłumy... :-)
I na tym, mało zabawnym żarciku można by skończyć, ale ja właśnie o tych tłumach bym coś chciała napisać. Tysiące ludzi koczuje wokół Jasnej Góry przygotowując się na jutrzejszą Uroczystość Wniebowzięcia Maryi. Godzina po godzinie wchodzą kolejne piesze pielgrzymki z całej Polski. Zmęczeni, szczęśliwi. Kiedy tak idą, mają w sobie to coś - gen zwycięzcy. Dotarli, wytrwali, osiągnęli. A równocześnie jest w nich jakaś pokora, bo nie dla własnej korony tu przybyli, ale dla Tej, która koronę Polski nosi już od dawna. Przypatruję się im trochę z boku, bo nie uczestniczyłam w tym nie do końca możliwym do opisania fenomenie pielgrzymowania. Ja przyjechałam na Jasną Górę busem i trochę im zazdroszczę.
Może to dziwne porównanie, ale pielgrzymka przypomina... szpital. Nie, nie chodzi mi o modne już określenie Kościoła jako szpitala polowego. Bardziej o fenomen socjologiczny. Tak, jak w szpitalu człowiek "zdejmuje z siebie" rolę społeczną wynikającą z zajmowanej funkcji, bogactwa, wykształcenia i, włożywszy piżamkę, staje się po prostu pacjentem, tak samo na pielgrzymce, przestaje być panem inżynierem czy panią urzędniczką, a staje się bratem i siostrą (trzymając się tej przenośni, przewodnicy i porządkowi to tacy lekarze i pielęgniarki tego szpitala. Czyż główny Przewodnik nie ma w sobie coś z ordynatora? :-))
Na pielgrzymce wchodzi się w jakiś inny wymiar życia, gdy tę samą drogę, którą nieraz niefrasobliwie przebyliśmy samochodem, teraz pokornie mierzymy krokami i kroplami potu. Inna jakość. Nowe spojrzenie. I niesamowita okazja do przewartościowania w życiu. Do przemiany serca. Do ułożenia od nowa hierarchii wartości.
Tu także analogia ze szpitalem jest aktualna. Niejeden przecież, lądując niespodziewanie z czynnego życia w szpitalnym łóżku, chcąc, nie chcąc, musiał na swoje życie w nowej perspektywie popatrzeć.
Czyż pielgrzymka nie jest przyjemniejszą formą takiej retrospekcji? I w dodatku o wiele korzystniejszą dla zdrowia :-)

Z centrum pielgrzymkowego świata pozdrawia Was Wasz specjalny wysłannik :-)



piątek, 4 sierpnia 2017

Realistyczny optymizm i kilka bredni w upale

Wybaczcie długie milczenie, ale życie w realu wciąga i uzależnia :-) Nie mogę obiecać, że w najbliższych dniach będę pisać regularnie, bo słońce wypiło mi mózg, a przecież nie będę się tu odsłaniać w mojej skrajnej głupocie. Odezwę się jak wróci mi rozum :-)
(A propos słońca. Duchowość nasza, jak pisała M. Paula, jest duchowością słoneczną, ale zapewniam Was, że to porównanie w tych dniach jest całkowicie nieadekwatne! Jezus jest słońcem, zgadza się, ale nie oznacza to, że przypieka nas żywcem na wolnym ogniu!)

Ponieważ akurat dzisiaj chmury przyćmiły nieco żar lejący się z nieba, coś tam próbuję wystukać na klawiaturze, która w tych dniach też się buntuje wobec temperatury. Co ty wiesz, tępa maszyno, o upałach i tak siedzisz cały czas w cieniu! O, przepraszam, jak widać zaczynam już rozmawiać ze sprzętami. Niedobrze...

No to może wreszcie coś w ramach tekstu właściwego. Czyli, że będzie religijnie :-)

Żniwa w pełni, więc będzie coś w ten deseń. O ziarnie znaczy się.
Znacie przypowieść o siewcy? Znacie, to posłuchajcie:
Siewca, rozrzutny trzeba zaznaczyć, siał ziarno tak, że mu się sypało i na drogę, i na kamienie, i między chwasty, a gdzieniegdzie na dobrą glebę.

Z matematyki wynika więc, że tylko 1/4 ziarna wydała plon. A z tej 1/4 tylko 1/3 obrodziła stokrotnie, czyli w pełni wykorzystując potencjał ziarna.

W pierwszej chwili nie brzmi to dobrze. Ogromne marnotrawstwo środków i pracy. Narobił się człowiek, a tu większość wysiłku idzie na marne. 

Ale można na to popatrzeć od innej strony. 100-krotny plon nielicznych ziaren znacznie przekracza to, co się w sumie zainwestowało. Ten plon to sto nowych ziaren do zasiewu. Policzcie to sobie dobrze. Wynik jest jednoznaczny: 

Królestwo Boże z czasem rozprzestrzeni się po całym świecie.


Dlatego nie przejmujcie się, gdy wydaje się Wam, że wiele ziarna Słowa rzucane jest jak grochem o ścianę. To nic. Ci nieliczni, którzy Słowo przyjmą, wydadzą plon i zasieją go znowu. I znowu. Aż po krańce świata. I po krańce ludzkiej duszy. Amen.

wtorek, 25 lipca 2017

Świętość - ładowanie programu...

Marzył im się sukces. Trochę rywalizowali, więc i zazdrościli jeden drugiemu. Czasem wydawało się, że słowa Jezusa o poświęceniu, ofierze i miłości spływają po nich jak po kaczce. A jednak ostatecznie oddali życie dla Jezusa, wierni w wierze i miłości do końca - Apostołowie.
Są dla nas przykładem i nadzieją, że i my dojrzejemy do pełnej miłości.
Jeden z nich jest też przestrogą - to nie dzieje się automatycznie...

Ładownie programu "świętość" trwa...

niedziela, 23 lipca 2017

Łyżka dziegciu - jak to paskudztwo zneutralizować?!

To nie jest dobry tekst na słoneczną niedzielę, ale przecież możecie go sobie przeczytać w poniedziałek. Te myśli dojrzewały we mnie podczas moich zakonnych rekolekcji i potem, gdy słuchałam i czytałam, co w piszczy w ludzkich duszach.
A usłyszałam, że w naszych dyskusjach, w komentarzach (także na blogu #DuszaJezusa ) sporo jest bólu, że nie jest tak jak powinno być. Że Kościół nie taki święty, politycy wredni, sąsiedzi nieużyci, a dzień nie dość słoneczny/chłodny jakbyśmy sobie życzyli.
Piszę to bez ironii, bo domyślam się, patrząc także w głąb swojej własnej duszy, że za tym niezadowoleniem kryje się tęsknota za idealnym światem, pięknym i życzliwym, za dobrocią i szacunkiem, których deficyt nieustannie nas dręczy.
Tęsknota za niebem, krótko mówiąc, którego jakieś niezatarte wspomnienie w sobie niesiemy.
I dobra jest ta tęsknota, ale jest ona jak młode wino, które, albo z czasem dojrzeje, albo zmieni się w ocet.
I  właśnie temu octowi chciałabym poświęcić ten tekst.
Bo niezauważenie tęsknota może przerodzić się w pretensje, a te rosną jak na drożdżach przysłaniając istniejące dobro. Jest takie stare powiedzenie, że "łyżka dziegciu  popsuje smak beczki miodu". I niestety, jest to bardzo prawdziwe powiedzenie.
Rozgoryczamy się złem, własnym i cudzym (cudzym, powiedzmy sobie szczerze, raczej zastępczo, żeby nie myśleć o swoim. Tak, tak, można protestować, ale warto się zmierzyć z tą myślą, że te drzazgi, które tak nas drażnią w oczach innych, są naszym sposobem, by oddalić od nas samych świadomość własnych belek). Zalewają nas fale, a nawet czasem tsunami pretensji, żalu i złości. I skutek jest taki, że z naszego pragnienia, by świat stał się piękniejszy, rodzi się mały potworek zgredek.
Daleka jestem od osądzania zgredków, bo i sama nieraz dołączałam do tego zacnego grona. Nie o krytykę tu chodzi, ale o lekarstwo.
Jeśli chodzi o testy na zwierzętach, to wypróbowałam je na samej sobie. Działa!
Najpierw diagnoza. A raczej zrozumienie, co tak naprawdę dzieje się wkoło nas.
Nie jesteśmy w niebie. To oczywiste, ale warto czasem sobie to przypomnieć. A na ziemi, na której mieszkamy toczy się walka dobra ze złem. Nasz Pan już zwyciężył, ale my musimy konsekwentnie opowiedzieć się po stronie dobra, by mieć udział w Jego zwycięstwie.
Zakładam, że wszyscy chcemy dobra (gdyby tak nie było nie denerwowałoby nas zło), ale nie wystarczy chcieć. Trzeba umiejętnie je podtrzymywać i rozwijać.
Klasyczny przykład, jak tego nie należy robić? Proszę bardzo:
1. Siedź i dołuj się, że w Kościele/świecie/rodzinie nie ma miłości i życzliwości...
2. Napisz sążnisty komentarz o tym, jak jest źle i wezwij świat, żeby się opamiętał, wylewając hektolitry pretensji i żalów...
3. Grzeb w szambie i wyciągaj z niego przez udostępnianie co smakowitsze kąski (fuj!) przykładów zła i grzechów.
Smacznego.
Prawda, że dobro szerzy się, że aż miło?
Na zdrowy rozum wiemy, że to nie działa, ale spontanicznie sięgamy po takie środki, bo... dajemy się wciągnąć w strategię złego ducha.
Zły duch atakuje doprowadzając kogoś do popełnienia zła. Ale to zło nie dotyka jedynie grzeszącego. Ono jest jak trzęsienie ziemi, które wywołuje także tsunami. Fale zgorszenia docierają do nas i chcą nas porwać. Chcą by wino naszego  pragnienia dobra przerodziło się w ocet goryczy, którą będziemy bluzgać dalej. W ten sposób zło zatacza coraz szersze kręgi.
Kto potrafi je zatrzymać?
Tylko jedno - dobroć.
A właściwie Jeden Dobry - Bóg-Człowiek Jezus Chrystus.
A my w Nim i z Nim.
I nie chodzi tu o naiwne poklepywanie złego człowieka po ramieniu, jak w tekście ks. Twardowskiego o mordercy, który zabił ojca, matkę i dziadka: "No co? Ciach mamusię, ciach tatusia, a dziadula dylu,dylu?". Nie, nie o to biega.
Rzecz jest w tym, czy jesteśmy gotowi przyjąć strategię Jezusa, czyli zwyciężać zło dobrem.
Bo dobro jest nieśmiertelne.

Modlę się o to, by każdy kto czyta ten tekst wypuścił z ręki miecz gniewu i wziął najskuteczniejszą broń dobroci, która nie jest naiwnością, ale prawdziwą mocą, która zwycięża zło.

środa, 19 lipca 2017

Duchowa kondycja

Poszłam dzisiaj sobie z moimi siostrami do Czarnego Gąsienicowego Stawu. I chociaż trasa, jak wiadomo, jest niewątpliwie typu emerycko-sanatoryjnego, to niejeden emeryt zawstydził mnie dzisiaj w drodze.
Bo z kondycją jest jak z wiarą. Obie, nieużywane, szybciutko marnieją. Oj, szybciutko.


Pozdrawiam ciepło :-)

wtorek, 18 lipca 2017

Zaczepki, czyli jak zagadać do Boga na ulicy

Raz po raz spotykam ludzi, którzy może by i zaczęli się modlić, ale jakoś do tej pory nie mieli z Bogiem po drodze i nie bardzo wiedzą jak zacząć. Poza tym w sumie nie interesują ich jakieś wzniosłe rzeczy ("uwielbiać? hmmm.. ale, że dlaczego?") i wydaje się im, że pomiędzy ich światem, a Bożym światem zionie przepaść, której nikt przeskoczyć nie zdoła. 
Na szczęście, i to jest dobra nowina, przez duże D, nasz Bóg zainteresował się człowieczym światem na tyle, że nań zstąpił, stając się człowiekiem. Zatem jest punkt styczny.
Chcę zaproponować Wam zatem kilka zdań, którymi można zaczepić Boga, kiedy przyjdzie Wam na to ochota. Nie jest to jakaś zaawansowana forma modlitwy, ale ma jeden plus: jest niesamowicie uczciwa i można ją podjąć nawet wtedy, gdy ma się z Bogiem na pieńku. 
Zatem pierwsze z brzegu zdanie:
"Jezus, czy to jest ci obojętne?...
To zdanie wzięte z Ewangelii. Wypowiedzieli je..., a raczej wykrzyczeli apostołowie, gdy w czasie podróży łódką po jeziorze rozpętała się burza i sprawy wymknęły się im spod kontroli. Ale jest ono użyteczne nie tylko w chwilach śmiertelnego zagrożenia. To samo powiedziała Marta do Jezusa, gdy nawał pracy w kuchni ją przekroczył, a pomocy znikąd nie było. Jak widzicie modlitwa, to nie jest coś co się robi, kiedy człowiek znajduje się w komfortowej sytuacji ciszy i skupienia, ale właśnie w chwilach napięć, stresu i poczucia, że coś nas przekroczyło. Macie takie sprawy? To świetnie :-) Zatem można zacząć się modlić :-)

I drugie zdanie. To czerwony szlak, dla tych, którzy niby chcieliby zagadać do Boga, ale równocześnie trochę się poboczyć....
"Gniewam się śmiertelnie!". W tenże wyrafinowany sposób zwrócił się do Boga nie byle kto, bo prorok. Krnąbrny prorok Jonasz tak oto wypalił swojemu Bogu, gdy siedział sobie pod krzaczkiem rycynusowym, ale robaczek pogryzł krzaczek i słonko przypiekło Jonasza w ciemię. Wbrew pozorom, to też jest dobry punkt wyjścia do rozmowy.

Gdyby nie to, że powyższe zdania wzięłam z Biblii, można by je uznać za mówiąc delikatnie, bezczelne. Czyż można tak zwracać się do Boga? Jak widać można i Bóg w każdej z tych podanych sytuacji podjął dialog.
Oczywiście, nie jest to ideał. Celem jest pełna zaufania i wierności przyjaźń z Bogiem, który stał się człowiekiem z miłości do nas. Ale od czegoś trzeba zacząć. Choćby od takich zdań...


P.S. Pozdrawiam wszystkich wakacyjnie :-) Taka zaczepka :-)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Incydenty - level "wzajemność"

Liczba "incydentów" rośnie w postępie geometrycznym. Co więcej, przemoc rodzi przemoc, którą łatwo pomylić z konieczną obroną. Ale w ogniu walki, podgrzewanej jeszcze przez polityczne, doraźne interesy, któż by się takimi subtelnościami zajmował. Polaryzacja stanowisk jest widoczna: albo potulnie dać się zabić, narysowawszy wcześniej coś kredą na murze na znak solidarności z tymi, którzy zginęli wcześniej, albo wsiąść do samochodu i wjechać w tłum "wrogów". Nie chcę nikogo osądzać, bo nie wiem sama jak bym się zachowała, gdyby moje państwo wydało mnie, moją rodzinę i bliskich na pastwę niekontrolowanej dzikości. Bo to przecież tego, a nie biednych uchodźców boją się dzisiaj ludzie w całej Europie.
Raczej chciałabym się odnieść do tych wszystkich, którzy obserwując wydarzenia z bezpiecznej odległości, używają "pobożnych" argumentów do forsowania swoich idei (diabeł też tak robił na pustyni, kusząc Jezusa tekstami z Pisma Świętego). Na przykład dzisiejsza Ewangelia z liturgii mszalnej, wydaje się świetnym narzędziem, do walenia w łeb tych, którzy nie chcę przyjmować hurtowo emigrantów: "Powiadam wam, nie stawiajcie oporu złemu. Nadstaw policzek..., oddaj płaszcz..., idź dwa tysiące kroków..." Mt 5, 39nn. Czyli  wydaje się, że pozostaje jedynie rysowanie kredą na ulicach... Chrześcijaństwo nie jest jednak religią promującą postawę życiowej ofermy, ale siły, która ma inne korzenie niż przemoc. Jezus mówi dosłownie: "nie rewanżujcie się złu", czyli nie próbujcie zwalczać zła, złem. On nie każe nam być słabymi czy przegranymi. To w ogóle nie jest dyskusja o sile czy słabości, ale o byciu dobrym lub złym. Można być dobrym i mocnym. A nawet więcej, dobroć, płynąca z osobistej relacji z Bogiem jest źródłem siły.
Jeśli ktoś stosuje przemoc, nienawidzi, chce mnie zniszczyć, to mogę na to w różny sposób zareagować. Dwa sposoby już znamy: stać się ofiarą lub przeciwnikiem. Jezus podpowiada trzecią drogę: walcz ze złem, a nie z tym kto to zło wyrządza. Fantastycznie komentuje ten tekst o. Fausti: "Jezus nienawidzi grzechu, ponieważ kocha grzeszników, a my nienawidzimy grzeszników, ponieważ kochamy grzech". 
Dopiero w takiej perspektywie można planować konkretne działania, tak dopierając środki, by wyeliminować zło, a nie grzesznika. Tolerancja nie może być zgodą na zło, krzywdę i przemoc. Ale nie można też pod przykrywką walki ze złem, przemycać swojej własnej nienawiści i uprzedzeń. Nikt z nas, nawet, gdy nasza wieś z brzegu spokojna, nie jest zwolniony dzisiaj z pytania siebie o stosunek do tych innych, którzy każdego dnia przekraczają granica Europy w dobrych i złych zamiarach. Jeśli chcemy "bronić chrześcijańskich korzeni", to trzeba najpierw sprawdzić, na ile one są wrośnięte w nasze dusze. Bo "kochać" po chrześcijańsku nie oznacza naiwnego wymachiwania transparentami: "Welcome refugees" i rzucania się w ramiona emigrantom, jak to czynią/czyniły, bo teraz już się boją?, lewicowe feministki, ale roztropne czynienie dobra, w którym jest miejsce na postawienie zdrowych wymagań.



niedziela, 18 czerwca 2017

50 lat minęło jak jeden dzień.....

Jestem niedużo młodsza niż Katolicka Odnowa w Duchu Świętym, która właśnie odchodzi 50-lecie istnienia. (I jak ona czuję się nadal młoda :-) A także od 25 lat czynnie uczestniczę w tym nurcie Kościoła, do którego wpadłam, czy raczej zostałam wciągnięta przez Ducha Bożego bez własnej inicjatywy (bo trudno nazwać inicjatywą fakt, że nieopatrznie :-) pomodliłam się do Ducha Świętego i ku mojemu zaskoczeniu, On odpowiedział :-)
Tak więc jubileusz Odnowy ma dla mnie mocno osobisty wymiar. Może z tego powodu, a może i z innych, bardziej ogólnokościelnych przyczyn, mam pewien niedosyt, jeśli chodzi o skalę świętowania tego wydarzenia i jego oddziaływania w całym Kościele. Bo to, że świętują wspólnoty charyzmatyczne, to dobrze, ale mało. Nawet uroczystości centralne z udziałem Papieża Franciszka, które miały miejsce niedawno w Rzymie, to jeszcze nie wszystko. To jedynie impuls, okazja do szerszej refleksji w całym Kościele. W calutkim Kościele. I nie chodzi tu jedynie o fakt, że wspólnoty charyzmatyczne są liczne i nie da się ich już zlekceważyć w strukturze Kościoła. Raczej przemawia za tym sama natura tego zjawiska. Bo wszystko wskazuje na to, że Odnowa nie jest jedynie pobożnym stowarzyszeniem osób, które założyły coś w rodzaju klubu miłośników gołębi :-) i teraz obchodzą rocznicę powstania. 
To nie ludzie wymyślili Odnowę. Nikt tego nie planował. Nikt nie przewidział (no, może kilku proroków), a już na pewno nikt, w najśmielszych oczekiwaniach, nie napisałby takiego scenariusza wydarzeń. Kiedy studenci i wykładowcy uczelni w Pittsburghu doświadczyli Chrztu w Duchu Świętym, nikt z nich nie przewidywał tego, co wydarzy się przez następne 50 lat. Bóg dokonał pośród nas większych dzieł niż "prosimy czy rozumiemy" (Ef 3,20). To było suwerenne działanie Boga. Pełne zaskoczenie. Czysta inicjatywa Boga. A tego nie można zlekceważyć, bo skoro Bóg działa, to jest w tym zamysł i naszym, jako uczniów Jezusa, obowiązkiem jest odczytać ten zmysł i wpisać nasze działanie w jego realizację.
Od samego początku też i ze swej natury Odnowa była i jest ekumeniczna (zrodziła się ponad podziałami pośród chrześcijan). Skoro wykracza ona poza ramy jednej denominacji, to naiwnością byłoby sądzić, że chodziło jedynie o powstanie kolejnej organizacji czy zrzeszenia  w Kościele. Odnowa nie jest pobożnym bractwem skupiającym fanów Ducha Świętego, bo też i Duch Święty nie jest jedynie dla wąskiej grupy chrześcijan. W ogóle nie można prowadzić życia chrześcijańskiego bez pomocy Ducha Świętego. Zatem wszyscy jesteśmy charyzmatykami czynnymi lub potencjalnymi. To co się wydarzyło przez te 50 lat dotyczy każdego z nas osobiście. To łaska, która jak promieniowanie ma przemienić całą strukturę Kościoła, odnowić ją, nie przez przyjęcie jakiejś nowej obrzędowości czy formy pobożności, ale przez przyniesienie nowej świeżości i blasku wszystkiemu, co w tym Kościele od dwóch tysięcy lat jest. Chodzi o to, byśmy przeżywali na nowo Eucharystię w mocy i zrozumieniu jakie daje Duch Święty; by kapłan, na nowo rozpalił w sobie charyzmat kapłaństwa,; żebym ja, jako osoba zakonna, w Duchu Świętym na nowo pokochała Jezusa, z którym związałam się przez śluby zakonne; byś, Ty, mój bracie, mógł przeżyć ogrom bogactwa, którym zostałeś obdarowany w Chrzcie św., itd.,itd... I więcej! Duch Boży chce nas poprowadzić do jedności w chrześcijańskiej rodzinie i potem dalej ku misji, na cały świat. Nie da się tego wszystkiego wyrazić słowami. Ale też nie o słowa chodzi. Chodzi o decyzję. Można, bowiem, albo dać się porwać temu nurtowi, albo zostać przy brzegu. Oczywiście, może to i bardziej komfortowe, czuć grunt pod nogami i kontrolować co się dzieje. Ale czy warto trzymać się sztywno własnych scenariuszy, gdy wokół nas dzieją się wielkich rzeczy?


sobota, 17 czerwca 2017

Introit do wakacji

Szybkimi krokami zbliża się lato, a wraz z nim, przynajmniej dla niektórych, wakacje i urlopy. Po całym roku pracy ciało ludzkie łaknie odpoczynku jak kania dżdżu. Deżdż (to nie błąd, tylko staropolski mianownik do tego dżdżu :-), oczywiście, jest na tym urlopie niewskazany, ale łaknienie bardzo podobne. Jednak wakacje są potrzebne nie tylko ciału. O tym, że cenne są one także dla duszy przekonywać Was, Drodzy Czytelnicy, zapewne nie muszę, ale chciałabym dorzucić tu mały kamyczek argumentu w temacie dusznego waloru i funkcji wakacji. Posłużę się w tym celu fragmentem z książki G. Ravasiego.

piątek, 16 czerwca 2017

Źródło radości

Jest problem z tym pisaniem, bo dzisiaj liczy się szybkość reakcji, szczególnie w mediach. To co było wczoraj zostało już zepchnięte w niepamięć przez wydarzenia dzisiejsze. Ale co zrobić, kiedy żyje się do przodu, a przecież, jak trafnie zauważył Kierkegaard, rozumie się do tyłu. Stąd też refleksja przychodzi z opóźnieniem. Na przykład ta o tzn. Bożym Ciele.

środa, 31 maja 2017

Ten, który przychodzi...

Wczoraj gościłam w malutkiej wspólnocie i kiedy głosiłam przypomniała mi się jedna ze scen z Dziejów Apostolskich, gdy Paweł przybył po raz pierwszy do Efezu i znalazł tam kilkunastu uczniów (Dz 19). Ci młodzi ludzie, których spotkałam nie wyglądali na takich, którzy "nie słyszeli, że istnieje Duch Święty" (wprost przeciwnie!), ale modliliśmy się razem i efekt był bardzo podobny - Duch Boży napełniał nas i zapraszał do przyjaźni z Jezusem.
Duch Święty, którego otrzymaliśmy w Sakramentach Chrztu i Bierzmowania, ożywia swoją działalność ile razy Go o to prosimy. Oglądałam to po wielokroć i za każdym razem wzrusza mnie wierność Boga, który odpowiada na nasze prośby.
Gdy modliłam się przed tym spotkaniem nieszporami, podczas śpiewania hymnu do Ducha Świętego w mojej wyobraźni pojawił się obraz zastygniętej lawy, która pęka i zaczyna przemieniać się w żarzący, płynący strumień. Właśnie to dzieje się w naszym wnętrzu, za każdym razem, gdy przywołujemy Ducha Świętego. Mówiąc trywialnie, nie potrzebujemy żadnej "dolewki" darów, tak jakby to co otrzymaliśmy w Sakramentach było wybrakowane. Nie. Ale zawsze, wszędzie, w każdej chwili potrzebujemy ożywienia tych darów, by nie skrzepły w martwy kamień, ale płynęły wewnątrz nas i wylewały się na zewnątrz.

Czas oczekiwania na Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, jest świetną okazją do wzmożonej modlitwy, która sprawia, że nawet ze skały może popłynąć woda żywa. 

"Przyjdź Duchu Święty Niepojęta, Osobowa Miłości Ojca do Syna i Syna do Ojca i wprowadź mnie w nurt tej miłości"

P.S.
A tu kilka krótkich tekstów o oczekiwaniu na Ducha Świętego z poprzednich lat:

wtorek, 30 maja 2017

Po prostu oczekiwanie....

Zaledwie skończyły się rekolekcje w Krynicy, a już Bóg zaprasza nas na nową przeobfitą ucztę duchową. Mam nadzieję, że niebawem dla tych, którzy nie mieli okazji uczestniczyć w rekolekcjach "Czuły dotyk Boga", a chcieliby posłuchać konferencji, będę mogła tu na blogu umieścić link nagrań, ale na razie trzeba zająć się tym, co przed nami.
Zapraszam serdecznie do naszej kaplicy w Krakowie na Prądniku Białym na czuwanie przed Uroczystością Zesłania Ducha Świętego.
Tak sobie to wyobrażam, że wszystko będzie bardzo proste. O godz. 20.00 O. Mariusz Balcerak SJ odprawi Mszę świętą z Wigilii Zesłania Ducha Świętego, a potem po prostu będziemy się modlić, czekać, prosić...
Co więcej trzeba?
Wszystko oddaję i spodziewam się wszystkiego. Amen.
P.S. Acha, data!
Oczywiście 3 czerwca 2017 :-)
Do zobaczenia

czwartek, 25 maja 2017

Dziękuję :-)

Ogromnie dziękuję za wszystkie komentarze zamieszczony tutaj i na FB. Obiecuję, że po powrocie z rekolekcji podejmę temat mistyki na blogu. W pewnym sensie będzie to opowiadanie ślepego o kolorach. Ale spróbujemy. Nie pierwszy raz tak będzie. A właściwie często tak jest :-)

Gdy jadę gdzieś głosić, moja przyjaciółka, patrząc na temat konferencji mówi nieraz: "Znowu będziesz mówić o tym, o czym nie masz zielonego pojęcia" :-)))))))) I coś w tym jest!

środa, 24 maja 2017

Mistyka - luźne skojarzenia

Kochani, niebawem rozpoczynamy w Krynicy rekolekcje "Czuły dotyk Boga - mistyka dla wszystkich". Miejsc wolnych brak, więc last minute nie wchodzi w rachubę, ale mam do Was prośbę:
napiszcie w komentarzach z czym Wam się kojarzy słowo "mistyka", "mistyk", "kontemplacja". Ja z racji skrzywienia zawodowego mogę mieć trochę inne wyobrażenia i byłoby dla mnie cennym widzieć jak to funkcjonuje w potocznym rozumieniu.
Z góry (czy raczej z dołu, sadząc po układzie tekstu :-))) dziękuję za odpowiedzi...
Polecam się Waszym modlitwom na czas rekolekcji. I potem też :-)


czwartek, 18 maja 2017

O przycinaniu i uprawie latorośli ciąg dalszy....

"A ja się nie dziwię takiej reakcji winnego krzewu. Ma wszelkie prawo myśleć, że jest niszczony i umiera. Naprawdę trzeba wielkiej, świętej wiary, żeby dać się obcinać" - napisał ktoś w komentarzach.

Cóż mogę rzec ad vocem? Jestem za, a nawet przeciw :-)
Patrząc na życie jakim jest, to też się nie dziwię. Znamy Boga-Ogrodnika często tylko ze słyszenia i nie ufamy Mu, więc kiedy bierze się do przycinania gałązek, to jest lęk. To subiektywne odczucie bierze się nie tylko z braku zaufania, ale także z ukształtowanej w nas potrzeby, żeby mieć kontrolę nad swoim życiem, a tu jesteśmy zależni. Niekomfortowa sytuacja.

Jednak w dużej mierze jest to kwestia percepcji. Myślę, że kilka spostrzeżeń pozwoli popatrzeć na tę sprawę z innej strony.
Po pierwsze, przycinanie to nie jedyna czynność ogrodnika. A ogrodnik to nie jedyny ewangeliczny obraz Boga. Popatrzmy szerzej. Ogrodnik dba o winorośl. Pasterz nie tylko strzyże owce, ale też je pasie, opiekuje się, opatruje zranione i broni (jak wiemy z Ewangelii Jana oddając życie). Chodzi zatem o proporcje. Bóg jest dobry i troskliwy. Jego troska wyraża się na różne sposoby. Kto doświadczył Jego opieki, ufa, że i wtedy, gdy zbliża się z nożycami do przycinania winorośli, nie ma złych planów.
A teraz zajmijmy się samym przycinaniem.
Bóg nazywa siebie także lekarzem. W tym przypadku można by Mu dodać specjalizację - chirurgia. A nawet bardziej szczegółowo - to chirurg onkolog.
Tak, bo to, co Bóg chce odciąć, to nowotwór.
Ja wiem, że boli tak samo, ale świadomość jest całkiem inna, kiedy myślę, że ktoś pozbawia mnie czegoś cennego, ukochanego jak ręka czy oko, a kiedy usuwa zagrażającą mi narośl, która wyniszcza mój organizm.
Kiedy oglądałam film dokumentalny o kobiecie, która miała na plecach ok. 70 kilogramową narośl. Uniemożliwiała jej normalne funkcjonowanie. Operacja trwała wiele godzin. Kilku lekarzy odcinało wielkiego guza. Po jego usunięciu potrzeba było wiele centymetrów skóry do przeszczepu. Po operacji kobieta jeszcze długo cierpiała zanim skóra się przyjęła. Czy miała do lekarzy pretensje? Dziękowała im ze łzami w oczach. To naturalne.
Ale gdyby wspomniana wyżej kobieta uważała tę narośl za część własnego ciała? Gdyba była przekonana, że tak właśnie jest lepiej. Z tą naroślą. Że tak wygląda "kompletny" człowiek, a bez tego będzie kaleką?
Tak czasem jest w życiu duchowym. Trzymamy się kurczowo tego, co wcale nam nie służy. Czasem jest to nawet grzech.
Bóg nie odbiera nam tego, co potrzebne do życia. Wprost przeciwnie, pomnaża w nas żywotność, uwalniając od tego co ją tłumi. Właśnie taki jest cel przycinania winnicy. 
Bóg jest dobrym ogrodnikiem i dba o latorośl. On nie jest autorem cierpienia. Cierpienie weszło na świat przez grzech i zawiść diabła. Bóg pośród tego nas prowadzi do pełni życia. 
Jeśli Mu zaufamy.



środa, 17 maja 2017

Promocja postów

Co to jest promowany post? (pytanie z FB). Post promowany jest wtedy, gdy w piątek odmawiasz sobie kiełbasy, ale szykujesz kanapkę z szynką na godz. 24.00 :-)))))))))

Ogrodnik sadysta, czyli o tym, że strach się bać.

Wydawało mi się, że o krzewie winnym z Ewangelii św. Jana napisano już wszystko. Że można się już jedynie zająć kontemplacją tego cudnego obrazu i, przede wszystkim, po prostu tą rzeczywistością żyć.
Ale, nie!
Okazuje się, że nie wszystko jest jasne. A nawet, dla niektórych całkiem ciemne. Mroczne wręcz! Bo są nowe odkrycia w tej kwestii. Np. takie, że głównym bohaterem tej historii jest ogrodnik sadysta, który cały czas przeznacza na wynajdywanie nowych katuszy dla biednej roślinki. Że to taki horror jest. Biedna roślinka uciec nie może, bo korzonki trzymają, a ten drań dalejże jej zadawać cierpienia. Acha, smaczku w tym wszystkim dodaje to, że gałązka ma być wdzięczna i sercem przywiązana do oprawcy. Taki tam syndrom sztokholmski.

A to wszystko na podstawie tego jednego zwrotu: "(Ojciec) każdą (latorośl), która przynosi owoc, oczyszcza" J 15,2.
Gdybym tego nie usłyszała na własne uszy, nie uwierzyłabym.
Ale słyszałam. I krew we mnie zawrzała.
Bo z tej interpretacji nie wyłaniał się obraz troskliwego hodowcy, który dba o roślinkę i ukierunkowuje jej rozwój, pomnaża jej siłę, ale koszmar sadysty, który przypala ją papierosem i wdeptuje w ziemię.
Skąd się borą te koszmary? Te diabelskie opowieści straszące Bogiem? Diabelskie, i mówię to nie w przenośni, bo to jest cel szatana: odstraszyć nas od Boga, byśmy nie poznali Jego miłości i nie poznali słodyczy przyjaźni i zaufania. 
Bóg jest dobry, a jednak ciągle istnieją na tym świecie ludzie, którzy boją się powierzyć mu swoje życie. Nie dlatego, że w Niego nie wierzą, ale dlatego, że Mu nie ufają. I istnieją na świecie ludzie, którzy opowiadają te niestworzone bzdury o okrutnym bogu, który, gdy mu zaufamy zamieni nasze życie w pasmo cierpienia. I do tych mam pretensję. Wielką pretensję. WIELKĄ PRETENSJĘ. I jeszcze większą nawet. Robicie krzywdę Bogu i ludziom.

sobota, 13 maja 2017

Słowo prorocze?

Przedwczoraj głosiłam w Chorzowie. Na pożegnanie wspólnota, u której gościłam dała mi czekoladę, a na niej... jak sądzę, słowo prorocze.
Na czekoladzie było napisane:

Tira(j) misiu! :-)))))))))))))

piątek, 12 maja 2017

Taka myśl

Ktoś mnie zapytał, czy trzeba ujawniać prawdę o jakiś nadużyciach czy grzechach ludzi Kościoła, bo jedni mówią, że to atak, a przecież Jezus mówił, że prawda wyzwala.

Pomiędzy szukaniem prawdy a atakiem jest taka różnica jak między elektrownią jądrową a bombą. Niby to samo paliwo, ale cel inny...

Słowo na pogodę i niepogodę...

Tyś jest ucieczką dla biednych, dla ubogich podporą w utrapieniu; Tyś osłoną przed deszczem, Tyś ochłodą przed skwarem Iz 25,4


środa, 10 maja 2017

Słowo niosące przez dzień

Daj mi życie zgodne z Twoim przykazaniem... Ps 119

Woda ze skały

Od niedawna uczę się nowej umiejętności. 
Może, z racji stażu mojego życia zakonnego (w przyszłym roku ćwierćwiecze ślubów zakonnych) powinnam ją nabyć już dawno, ale lepiej późno niż wcale.
Dawniej, gdy przyszło mi uczestniczyć we Mszy św. sprawowanej przez znudzonego (oczywiście, to czysto subiektywne odczucia) księdza, zżymałam się, gdy słuchałam kiepskiego kazania - denerwowałam się, a rzępolenie w kościele na organach w połączeniu z zawodzeniem sprawiało, że przewracały się mi wnętrzności. Oczywiście, dzisiaj nadal nie sprawia mi to  przyjemności, ale odkryłam, że tracę cenną szansę.
Wychodziłam z kościoła rozgoryczona i zła, czyli z niczym, a nawet na minusie. A przecież podczas tej niedbałej Eucharystii także na ołtarz przyszedł Jezus. Ani troszkę umniejszony czy zmieniony. Ten sam, żywy i prawdziwy.
Dlatego teraz zamiast bić głową w mur, staram się przyłożyć usta do skały, bo okazuje się, że z niej płynie woda żywa. I jest to cudowne działanie dobrego Boga, który pokornie przychodzi nie pytając o to jak Go traktujemy. Przecież i ja sama nieraz przyjmuje Go niedbale, bez gorliwości i wstrząsającej świadomości tego co się dzieje. A On przychodzi.
Więc zamiast wściekać się na to, na co i tak nie mam wpływu, lepiej skoncentrować uwagę na Jezusie, bo może On się czuje osamotniony i niezauważony...
A teraz didaskalia :-)
Powyższy tekst nie jest zachętą, żeby sobie odpuścić troskę o piękne sprawowanie liturgii. Jeśli mamy na to wpływ, zróbmy wszystko, co w ludzkich możliwościach, by Msza św. była najważniejszą godziną. I nie chodzi tu o teatralne gesty i ozdoby. To nie jest teatr. Piękna liturgia rodzi się z żywej wiary. A z tak sprawowanej liturgii wiara się pomnaża. Wtedy woda żywa płynie przeobficie.

wtorek, 9 maja 2017

Hierarchia wartości

Historia z cyklu "fakty autentyczne":
Przewodnik na wycieczce tłumaczy coś przedszkolakom z naszego zakonnego przedszkola. Ale chłopcy trochę rozrabiają, więc przewodnik chciał ich trochę ustawić do pionu. Mówi im: "Macie mnie słuchać. Ja tu jestem teraz najważniejszy". 
Staś na to: "Nieprawda, Bóg jest najważniejszy!"

Siostry przedszkolanki miały mieszane uczucia, ale w sumie jest z czego być dumnym. Hierarchia wartości ustawiona wzorowo...


Wołanie i co potem?

Trwa tydzień modlitw o powołania kapłańskie i zakonne.
Modlimy się, bo, wbrew opiniom niewtajemniczonych, nowi księża nie biorą się z księżyca, a bracia i siostry zakonne nie rodzą się w habitach jako oddzielny gatunek człowieka. Bóg powołuje zwykłych ludzi, którzy niczym nie różnią się od swoich rówieśników. Nie są lepsi, ani lepiej urodzeni. Dlatego modlimy się, bo powołanie jest całkiem niezasłużoną, darmową łaską.
Modlimy się, bo potrzeba Kościołowi nowych kapłanów i nowych osób konsekrowanych. Prosimy Boga, by wezwał konkretnych młodych mężczyzn i kobiety do tej posługi.
I jak ufamy, Bóg hojnie wysyła te zaproszenia.
Jest jednak jeszcze coś o co trzeba się gorliwie modlić.
O to, by te zaproszenia dotarły do zainteresowanych.
Rzeczywistość wokół nas przypomina czasem pijanego listonosza, który z trudem trafia pod wskazany adres z zaproszeniem Boga. Wielu młodych dzisiaj nie umie usłyszeć Boga. Nie przychodzi im do głowy, że Pan może ich potrzebować. W planowaniu przyszłości nie biorą nawet pod uwagę możliwości Bożej interwencji. 
Nie chcę jednak generalizować. Byłoby to krzywdzące dla sporej rzeszy młodych, którzy autentycznie liczą się z Bogiem i słuchają Jego głosu.
Jednak i na nich czyhają pewne pułapki.
Nawet jeśli słyszą Boże wezwanie, nawet, jeśli pragną iść za tym głosem, to świat rzuca im pod nogi kłody, o których im dawniejszym kolegom i koleżankom w powołaniu nawet się nie śniło. 
Sporo jest kpiny, odwodzenia od decyzji, nieprzychylnych komentarzy aż po niechęć i groźbę zerwania relacji. Dawniej z takimi reakcjami mógł się spotkać ktoś, kto zamierzał zrobić coś bardzo złego... Dzisiaj ostracyzm dotyka tych, którzy wybierają dobro. Taki klimat.
Ale nie będziemy się tu przygnębiać krytykowaniem czasów, bo czasy są jakie są i każdy z nich jest dobry, by powiedzieć Bogu "tak".
Modlę się więc za każdą młodą kobietę i każdego młodego mężczyznę, którego Bóg zaprasza do służby w Kościele.

Jest Boże wołanie. I jest to co się dzieje po tym wołaniu, czyli po-wołanie. I jeśli człowiek da się Bogu poprowadzić, to może z tego powstać całkiem ciekawa historia życia. Ja, na ten przykład, nie żałuję niczego. Po prostu "non, je ne regrette rien" :-)

poniedziałek, 8 maja 2017

Baba i 25 rozbójników

Wczorajsza opowiastka z Kamienia Pomorskiego to tylko wstęp, introit do spotkań z gatunku tych, po których nic już nie jest takie samo.
Nie wszystko mogę opowiedzieć "ze względu na wzgląd" dyskrecji, ale posłuchajcie...
Inna część Polski i inne środowisko. Ośrodek "Monaru" konkretnie. Pojechałam tam, bo znam szefową - Hanię oraz Pawła, Rafała i Gosię - dawnych pacjentów tego ośrodka. Już od kilku lat Bóg w swoich nieodgadnionych planach spotkał nas i wyraźnie ma dla nas jakiś wspólny ciąg dalszy.
Otóż, ponad trzy lata temu, Hania przeczytała w "Gościu Niedzielnym" wywiad z moja osobą i tknęło ją, żeby przyjechać z dwoma chłopakami, którzy już byli po terapii na rekolekcje do Siedlca. 
Szczerze powiedziawszy, przywitałam ich z obawą. Byli trochę z innego świata, w dodatku jeden z nich chory...
Nie zapomnę tej chwili, gdy Paweł przyszedł w czasie rekolekcji pogadać i powiedział: "I co ze mnie zostanie? Przedtem narkotyki, a teraz choroba..." Paweł miał zniszczoną wątrobę. HCV i guz na dodatek. Był chudy i lekarz nie dawał mu zgody na podjęcie pracy. Mimo tego, że wyszedł z nałogu, nie mógł się usamodzielnić, bo nie mógł pracować.
Rekolekcje "W Duszy Jezusa uzdrowienie naszych dusz" były skoncentrowane wokół tematu uzdrowienia wewnętrznego, ale modliliśmy się za Pawła także o uzdrowienie fizyczne. Paweł otrzymał także sakrament namaszczenia.
Po czasie dowiedziałam się, że Bóg go tam, w Siedlcu uzdrowił. On sam nie dowierzał. Gdy pierwszy raz po rekolekcjach robił badania, to wrócił się do przychodni, żeby powiedzieć, że pomylono wyniki, bo te na pewno nie są jego...
Zniknął guz i zniknęło HCV.
Obecnie Paweł ożenił się i pracuje, ma mieszkanie...
Kilka dni temu pojechałam razem z Mariolą, z którą prowadzimy rekolekcje w Siedlcu do Pawła i Gosi oraz odwiedzić Hanię. Kiedy Hania zaproponowała, żebyśmy się spotkały z pacjentami z ośrodka, pomyślałam sobie, że coś tam im powiem, ale wiecie, rozumiecie... co ja mogę im powiedzieć? Zakonnica wobec 25 facetów z przeszłością. Mimo pamięci cudu jakiego dokonał Bóg dla Pawła, nie dowierzałam w Bożą moc.
Spotkaliśmy się razem wieczorkiem, siedząc w kole na fotelach. Powiedziałam coś o Bogu, który nie przychodzi, by jedynie od nas wymagać, ale by dać łaskę... a potem po prostu oni zaczęli opowiadać o swojej religijności, o tym co mają do Kościoła, do księży...
I tak się zaczęło. Jak w rodzinie. Szczerze.
I wiecie co? Jakoś się nie dziwię, że Pan Jezus lubił głosić ewangelię celnikom i jawnogrzesznicom. To jest naprawdę żyzna gleba.

niedziela, 7 maja 2017

Małe, wielkie rzeczy

Ostatnio wiele czasu spędziłam w podróży. A podróże, jak wiadomo, kształcą. Mają też inne skutki, jak ten, na przykład, że nie ma czasu, żeby napisać coś na blogu, ale to zostawiam na marginesie w ramach usprawiedliwienia mojego milczenia. 
Zatem wracając do kształcenia. Kształcące były przede wszystkim spotkania z ludźmi. Spotkania, które zostawiły trwałe ślady w mojej pamięci i sercu.
Jest ich sporo, ale zacznę dzisiaj od jednego - lekkiego i pięknego.
Kamień Pomorski. Ładne, zabytkowe miasteczko na zachodnio-północnym krańcu naszego kraju. Jest trochę deszczowa (sorry, taki mamy klimat!) kwietniowa sobota. Do naszego domu (Siostry Duszy Chrystusowej pracują tam od wielu lat) puka Ksiądz-dziadeczek. Przyjechał specjalnie PKS-em z odległego o ok. 30 km. Międzywodzia, bo pamiętał, że tu kiedyś siostry miały sklep z dewocjonaliami. Ksiądz-dziadeczek jest już na zasłużonej emeryturze i w Międzywodziu kuruje się w sanatorium, ale przyjechał, bo w sanatorium też są ludzie, o których trzeba zadbać duchowo. Widział, że nie bardzo garną się do Pana Boga, więc postanowił, że pojedzie i kupi jakieś obrazki, żeby im w niedzielę dać i coś o Bogu opowiedzieć. 
Bo kapłaństwo to sposób bycia. 
Zawsze.
Sklepu już dawno nie ma, ale akurat miałyśmy sporo obrazków Jezusa Promieniującego. Dałyśmy je i odwiozłyśmy Księdza do sanatorium.
I tak sobie myślę, że przez pokorną troskę tego Kapłana o dusze ludzkie, przez jego wysiłek i miłość, mogą się dziać się w duszach ludzkich wielkie rzeczy. Bo wszechmoc Boga objawia się najskuteczniej przez miłość i pokorę.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rekolekcje w Krynicy

"Czuły dotyk Boga"
mistyka dla wszystkich
26-28 maja 2017


Jeszcze jest kilka miejsc na rekolekcje weekendowe w "Leśnej Polanie" w Krynicy. Info i zapisy na stronie domu:

wtorek, 18 kwietnia 2017

Gate: Zmartwychwstanie

Witam wszystkich serdecznie po wielkopostnej przerwie :-) Ale dosyć czułości, przejdźmy do rzeczy ważnych :-)))))
Czy zwróciliście uwagę, że najszybciej do wiary w Zmartwychwstanie dochodzą ci, którzy najgłębiej doświadczyli męki i śmierci Jezusa? To właśnie Jan, który stał pod krzyżem i widział, jak Jezusowi sinieją usta, słyszał Jego ostatni krzyk i był świadkiem, gdy bezwładne ciało zdejmowano z pala hańby, uwierzył o świcie, gdy ujrzał płótna w pustym grobie. To Maria Magdalena i inne kobiety, które patrzyły na męczarnie Mistrza i uczestniczyły w Jego pogrzebie, pierwsze spotkały Zmartwychwstałego. Nie mówiąc już o Matce Pana, która według mądrej tradycji Kościoła jako jedyna nigdy nie zwątpiła. Ona także uczestniczyła w ostatniej drodze Jezusa.
Reszta, która zwiała i nie patrzyła na kaźń Zbawiciela, dociera do tajemnicy zmartwychwstania późno, wieczorem, a nawet po kilku dniach.
A przecież powinno być odwrotnie. Im bardziej ktoś się napatrzył na rany i umieranie, tym powinien być bardziej o(d)porny na wiarę, że On żyje. Jan widział przebity bok - niewątpliwy znak końca życia, a jednak wystarczyły prześcieradła i chustka w grobie, by uwierzył, że to dopiero początek.
W tym musi coś być.
Bo zmartwychwstanie to nie proste odwrócenie złego losu. Umarł, ale na szczęście to minęło i nie warto do tego wracać. Jak wymazanie gumką z pamięci wspomnienia niefortunnej przygody.
Jezus po zmartwychwstaniu ukazał się z przebitymi dłońmi, stopami i bokiem. Tajemnica uzdrowienia, także naszych dusz i ciał to droga, w której nie ucieka się w zapomnienie od tego co boli, ale zejście z Jezusem do otchłani własnej nędzy i śmierci, by wszystko zostało rozświetlone Jego zwycięstwem. Gdy uciekamy, utrudniamy sobie dojście do bramy życia. Gdy nie chcemy pamiętać i patrzeć, jak ci, którzy nie wytrzymali widoku Męki Jezusa, oddalamy się od celu: uzdrowienia.
Przesłanie Wielkiej Nocy jest takie: Nie bój się zejść z Jezusem na dno śmierci, bo właśnie tam jest brama do zmartwychwstania. Bo tam, gdzie Jezus "nawet śmierć jest teraz pełna życia" (tekst piosenki Wspólnoty Pustynia w Mieście).
Zatem, śmiało.

wtorek, 28 lutego 2017

Rekolekcje wielkopostne w Sieldcu

Kochani, 
tradycyjnie na czas Wielkiego Postu znikam z sieci, ale jest to także okazja, by znajomość przenieść do realu.
Zapraszam na wielkopostne rekolekcje weekendowe do Siedlca.
Termin: 7-9 kwietnia
Miejsce: Dom rekolekcyjny w Siedlcu k Krzeszowic (ok. 30 km od Krakowa w stronę Katowic). Tak to wygląda: 


Zgłoszenia i info na:

Jeśli będzie się Wam dłużyć czas bez nowych tekstów na "Duszy Jezusa", to zajrzyjcie sobie do archiwum bloga. Przez te trzy lata zgromadziło się tam sporo rozważań. Tak, tak, w marcu minie trzy lata od powstania bloga. Dzięki Wam nadal chce mi się pisać i dzielić myślami mej głowy, chociaż przecież w głowie różne rzeczy się rodzą :-)
Życzę wszystkim owocnego przeżycia Wielkiego Postu. Do zobaczenia w świetle poranka wielkanocnego.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Sprawiedliwość i miłosierdzie, czyli jak wejść do Królestwa Niebieskiego w towarzystwie

Obruszyli się niektórzy, gdy zaproponowałam metodę "adopcji" grzesznika, zamiast karania go 
i na FB odezwały się głosy sprzeciwu, że karać jednak trzeba. Np. taki argument się pojawił:  
"Ale kochający ojciec karci syna..." W sumie to się z powyższym zdaniem w pełni zgadzam. Tak..., kochający ojciec karci syna. Ale rzecz w tym, że nikt z nas nie jest ojcem (mówię o relacjach miedzy dorosłymi ludźmi). Mamy jednego Ojca, a wszyscy jesteśmy braćmi (por. Mt 23, 8nn), a do brata należy upomnienie braterskie, a nie kara. 
Ja wiem, że to mocno uderza w nasze poczucie sprawiedliwości. W ustalony porządek rzeczy. Ale tak jest napisane.
Naszym celem nie jest przywrócenie sprawiedliwości przez wymierzenie kary, bo ... Jezus już wziął to na siebie. Naszym celem jest doprowadzenie do tego, by grzesznik przyjął zbawienie. Oczywiście, metody mogę być różne, ale motyw tylko jeden: kocham tego drania i chcę, żeby był ze mną w niebie.

To bulwersuje, ale sorry, takiego mamy Boga.

W Ewangelii według św. Marka w rozdziale 10 Jezus mówi: "Kto nie przyjmuje Królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego" (Mk 10, 15). "Przyjmuje". Zapamiętajmy ten wyraz. Nie "zdobywa", ale "przyjmuje".

A kilka wersetów dalej Jezus jednemu, który chciał "osiągnąć życie wieczne" uświadomił, że nie umie tego zrobić. I w dodatku, żeby nie było wątpliwości, na pytanie "Kto więc może się zbawić?", odpowiedział: "U ludzi to niemożliwe" (Mk 10, 27). Niemożliwe! I basta.

Nie ma ludzi, którzy zasłużyli sobie na Królestwo Boże. Wszyscy jesteśmy w podobnej sytuacji. Czy grzech duży czy mały, czy publiczny czy tylko w sercu. Nie możemy wejść. To niemożliwe! Jeśli uważasz, że ktoś zasługuje na to, by pozostać pod zamkniętymi drzwiami Królestwa, bo jest wielkim grzesznikiem, to... masz rację, ale Ty i ja zostajemy pod tymi drzwiami razem z nim. I kto tu kogo ma karcić? (jedyny bezgrzeszny, który mógł to zrobić, nie tylko zrezygnował z wymierzenia kary, ale wziął ją na siebie).

Jest tylko jeden sposób, by wejść. Trzeba Królestwo "przyjąć jak dziecko", a więc uznać swoją niemożność. Jezus mówi: "u Boga wszystko jest możliwe" i drzwi się otwierają. Dla Ciebie, dla mnie i dla tego, kogo mielibyśmy ochotę ukarać. Jeśli tylko uznamy swoją grzeszność i potrzebę zbawienia.
Wchodzimy razem.

piątek, 24 lutego 2017

Zwycięska ofensywa

Taka sytuacja: Artysta obraża uczucia religijne chrześcijan, albo lekarz przeprowadza aborcję.

Czego pragniemy?
Żeby się nawrócił, zrozumiał swój błąd i zaczął żyć według prawdy i dobra.

Co robimy?
Składamy doniesienie do prokuratury.

Co uzyskujemy?
Zaciekłego wroga.


A może trzeba przyjąć inną strategię. 

Np. taką jak w przypadku Dra Levatino, znanego abortera?

"Kobieta przyszła tylko na zwykłe badanie kontrolne, a kiedy badanie się skończyło, zapytała lekarza, czy może z nim porozmawiać. Dr Levatino  (...) profesjonalnie odparł: "W czym mogę pani pomóc?"
"Przyszłam tutaj, ponieważ mam do przekazania panu wiadomość" - zaczęła poważnym tonem. "Jezus pana kocha i troszczy się o pana. I On nie chce, aby pan w swoim życiu zajmował się przeprowadzaniem aborcji. Proszę przestać" - brzmiała wiadomość. 
(...)
Po roku kobieta znów przyszła na badanie kontrolne. I znów, kiedy badanie się skończyło, zapytała, czy może mu coś powiedzieć. Po czym powtórzyła tę samą wiadomość. Lekarz zorientował się, że to ta sama kobieta, głęboko w pamięci bowiem utkwiły mu jej słowa. Przypomniał sobie także, że w międzyczasie otrzymał trzy kartki pocztowe zaadresowane na jego miejsce pracy z napisem "Poufne", które zawierały tę samą wiadomość. Później dowiedział się, że ta sama kobieta była także wśród "oszołomów" modlących się pod oknem jego gabinetu.
"To, co ta kobieta zrobiła, nazywa się adoptowaniem aborcjonisty" - powiedział później dr Levatino.

Całość zobacz na "Gość Niedzielny": 

Skutek? Lekarz zmienił swoje poglądy i dzisiaj jest działaczem pro life.

To trudniejsze, prawda? Trzeba by... pokochać wroga.


czwartek, 23 lutego 2017

Szuka klątwy

Czasem zanim się zrobi sztukę, trzeba się mocno s(z)tuknąć w w głowę....

Tłusty bez chudego

Tłusty Czwartek miał swój smak/sens, gdy ludzie naprawdę pościli w Wielkim Poście. Teraz to tylko następna strategia marketingowa.
Ale i tak zjadłam go, rzecz jasna... :-)

wtorek, 21 lutego 2017

Warto rozmawiać o człowieku

Zwierzę np. koń jaki jest każdy widzi. A czy zastanawialiście się w czym, my ludzie, różnimy od zwierząt? Na pozór, temat może nie należy do gorących, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że człowiek nieprzekonany o swej wyjątkowości, rzeczywiście z czasem schodzi do poziomu zwierzęcia, a nawet niżej, to sprawa jest wagi cywilizacyjnej i bezpośrednio nas dotyka.
Jezus powiedział: "Kto chce zachować swoje życie straci je". Tak się do zwierzęcia nie mówi. Podstawą jego życia jest przecież instynkt przetrwania. Walczy o byt nawet w sytuacji beznadziejnej. Np takiej:

Zatem Jezus mówiąc takie słowa podcina gałąź zwierzęcej egzystencji. Ale On nie mówi do zwierzęcia. On mówi do człowieka. Bo człowiek, w przeciwieństwie do zwierzęcia, wie, że umrze. Ta świadomość sprawia, że instynkt życia nam nie wystarcza. Właśnie dlatego poddajemy się, zniechęcamy, wpadamy w deprechę. Sama walka o przetrwanie to za mało, żeby żyć naprawdę. Jezus ma rację. Jeśli ufunduję swoje życie na zwierzęcym instynkcie przetrwania, to stracę je. Bo jestem człowiekiem i potrzebuję czegoś więcej.
Paradoksalnie, Jezus radząc: "kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je", nie namawia nas do zbiorowego samobójstwa, ale do pochwycenia prawdziwie ludzkiej żywotnej siły. Jest nią miłość. Żyć dla czegoś, kogoś... dopiero wtedy życie ludzkie jest ocalone.
Zatem motyw dla życia jest u nas odmienny niż u zwierząt. Kiedy próbujemy funkcjonować na sposób zwierzęcy szybko niszczy nas świadomość, której nie mają zwierzęta, że nasze życie, patrząc w perspektywie zwierzęcej zmierza ku śmierci.
Ale my nie jesteśmy jedynie zwierzętami i mamy inną perspektywę przyszłości. Jest nią zalążek nieśmiertelności zapisany w głębi naszych dusz.
I to jest Dobra Nowina.

sobota, 18 lutego 2017

Miara człowieczeństwa

Różnymi rzeczami się zajmujmy, ale cel jest jeden.
"Aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa." Ef 4,13
To krótkie zdanie streszcza całą drogę duchową, którą została wskazana przez M. Paulę Tajber w kulcie Najśw. Duszy Jezusa.
Najpierw wiara. Dzięki niej zaczynamy "widzieć" Boga i po bożemu. Z tego rodzi się poznanie Syna Bożego. Kiedy otwierają się nam oczy na rzeczywistość duchową, zaczynamy zauważać żywego, obecnego pośród nas Jezusa Chrystusa. Zaczyna się proces poznawania. I kiedyś stanie się ono pełne! To jest istotny cel naszego czytania Ewangelii, kontemplacji Jezusa, modlitwy...